Łeb to dzisiaj mam jak sklep.
Taki duży, z meblami i żółto-niebieskim logo. Szkoda tylko, że dotrzeć się nie udało.
Ale przynajmniej w ten weekend zaliczyłam rosół z prawdziwego zdarzenia. Fuck yeah!
Porozmawiajmy zatem o Hebe. Cieszę się niezmiernie, że to właśnie Hebe przywędrowało do centrum mojej mieściny, a nie kolejny Rossmann. Zawsze to jakaś odmiana. Dla kolejnego Rossmanna miejsce też się znalazło, ale w bezpiecznej odległości od reszty, możemy zatem spać (w miarę) spokojnie, wszechświat nie imploduje.
Zebrałam kilka groszy na dzień uroczystego otwarcia, a potem je uroczyście wydałam i założyłam kartę stałej klientki. Mój pugilares już pęka w szwach od tych wszystkich komicznych plastików. Wolałabym, żeby pękał od gotówki i kart płatniczych z niewyczerpanymi zasobami. Kto by nie wolał? No, ktoś na pewno.
Tymczasem dostałam kupon (10 złotych) na kolejne wydatki pierwszej potrzeby. Mówię na zapas, żeby nikt nie wpadł na pomysł, że na zdjęciu poniżej widać rachunek.
![]() |
| Nowi współlokatorzy. |
Poszłam przede wszystkim po Biodermę Sebium, której chyba żadnej z Was nie trzeba przedstawiać i która kosztowała 15 złotych bez grosza za 250 ml. Cena, uważam, uczciwa. Mogę w końcu spróbować i przekonać się, czy robi coś lepszego niż micelarny burżuj. Poza tym jest pompka. Pompka się przyda.
A później to już była wycieczka krajoznawcza.
Zawędrowałam pod szafę z Revlonem i wyciągnęłam z niej pachnący lakier za 10 złotych bez grosza.
![]() |
| O zapachu gejfiuta? |
![]() |
| Mieni się. |
Lakier pachnie jak... pachnące lakiery. Upojny smrodek przeradza się powoli w chemiczny owoc. Po pierwszym smarnięciu stwierdzam, że ładnie się mieni i ma słabe krycie. Będzie świetny do layeringu. Nie posiadam się z radości.
Patrzcie na to: Może być stosowany samodzielnie lub jako druga warstwa na tradycyjny lakier do paznokci Revlon.
Z innym nie podchodź.
Poza tym zaskoczyła mnie szafa Catrice wypełniona po brzegi limitką SpectaculArt. Tym razem pohamowałam swą emocjonalność i chłodnym okiem oceniłam zawartość. Podarowałam sobie:
- rozświetlacz (bo jakieś drobinki)
- róż w musie (jestem taka silna)
- jakiś czarny liner (nie potrzebuję cię)
- kępki (widziałam lepsze)
- pomadki (śliczne są, takie transparentne, chlip)
Skończyłam za to z:
![]() |
| ... nimi. |
Reszta lakierów zupełnie mnie nie poruszyła, natomiast cienie... mmm, mogłabym więcej, ale no bez przesady. Prawda? PRAWDA?
![]() |
| Bardzo mi się podoba, że te paski, które pikają przy bramkach są tak sprytnie naklejone. Zawsze to jakieś zabezpieczenie przed macantką i jej paluszkiem wierciuszkiem. |
Topper Gold Leaf ma przezroczystą bazę napakowaną heksami i drobniejszym brokatem. Jest złoty, ale taki chłodny złoty. Porównałam go na szybko z 67 Make It Golden Essence. Baza to lakier zielonkawy szarak z Wibo (Plant Life 1).
![]() |
| Catrice / Essence / Catrice / Essence |
Po jednej solidnej warstwie widać, że te dwa toppery to jednak inna historia. Make It Golden jest bardziej złoty (ta zielonkawość to wina lakieru bazowego), ma jeszcze większe heksy niż Catrice plus mniejsze heksy i taki drobny pył, którego w ogóle brak w Gold Leaf. Poza tym lakier Catrice nakłada się obficiej.
Kosztował 12 złotych bez grosza.
![]() |
| Który lepszy? Oba! :) |
Teraz czas na cień i jego piękne tłoczenie.
![]() |
| 04 Artfully Lustrous |

Cień ma bardzo dobrą pigmentację, piękny połysk typu tafla i świetnie spisuje się w roli rozświetlacza wewnętrznego kącika (dziś próbowałam). Jestem poważnie zauroczona. Gdybym miała mniej zapasów (i więcej gotówki), brałabym pozostałe. Cienie to moim zdaniem mocna strona tej limitki. Kosztują 15 złotych bez grosza.
Czyżby to już wszystko?
A nie. Zostało jeszcze coś, z czym spotkałam się po raz pierwszy.
Madame Lambre.
![]() |
| No wiadomo, że ty, bo przecież nie ja. |
Znacie tę markę? Teraz pewnie już tak, skoro wczoraj napisała o nich Cammie.
Ja z ciekawości wpakowałam się także na stronę internetową www.madamelambre.eu, bo w Hebe to i tak zasoby ograniczone. Widzę, że firma oferuje pielęgnację (hmm, składów na stronie brak), kolorówkę i akcesoria. Widzę, że dużą wagę przywiązuje do opakowań. To nie jest do końca moja stylistyka, choć przyznaję, że jest ładnie. Podoba mi się konsekwencja. Mam nadzieję, że zawartość jest równie przemyślana.
Zmacałam jedną pomadkę - była dobrze napigmentowana, kremowa, ale nie matowa. A potem ruszyłam na cienie. Nawet skusiłam się na numer dwa. Kosztował 10 złotych bez grosza.

Niby taki niepozorny, ale opalizuje na chłodny róż. Pomyślałam, że będzie idealny do dziennych makijaży, ale gdy dziś wypróbowałam go na oczach, zrewidowałam swoje plany, bo ten różowy połysk najlepiej wyłazi w sztucznym świetle. Konsytencja bardziej w kierunku pudrowości niż kremowych duochromów Kobo.
Na razie nie jestem oszołomiona, ale i tak uważam, że jest nieźle.
Aha, ważne, cień nadaje się do palety magnetycznej. Może być Inglot, ale taki bez separatorów, ponieważ prasowańce Madame Lambre mają większą średnicę.
Można też wspomóc firmę i kupić szkatułkę od nich.
![]() |
| W tle Inglot oraz Kobo. |
Czy to już wszystko, co chciałam powiedzieć?
Na pewno nie, ale na dzisiaj wystarczy. Co za dużo, to niezdrowo.
Psst, dopiero wczoraj odkryłam, że Hebe to skrót od Health&Beauty.
A poza tym Jeronimo Martins...
EDIT: A kto policzy, ile grosików mi się ostało? ;D
















