Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makijaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makijaż. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 maja 2016

Las, czarownica i stary kameleon

Spotkałam się niedawno z dwiema cudownymi dziewuszkami: Simply i Kataliną. No i stało się: zostałam grzecznie upomniana i poproszona o opublikowanie jakiegoś wpisu, najlepiej z makijażem. Choć czasu mam teraz jak na lekarstwo (albo jeszcze mniej), to jednak postanowiłam spełnić ich prośbę.

Proszę bardzo!

I jeszcze raz.

Przejrzałam swoje archiwum w poszukiwaniu pastelowych, wiosennych zdjęć, ale w oczy rzuciło mi się coś zupełnie innego. Las. No właśnie, najchętniej pojechałabym teraz do lasu i popatrzyła na zielone.

Nie wow.

Tymczasem siedzę w pokoju i patrzę w monitor. A na monitorze moje oko, pomalowane między innymi kameleonem. Mogłabym udawać, że pamiętam, czego tu jeszcze użyłam, ale nie pamiętam i nie zamierzam ściemniać. Na pewno nie było tego dużo, ten jeden cień i tak dałby sobie radę bez pozostałych.

Wyszłam z twarzą.

Kameleony nie są nowym wynalazkiem. Mój drugi wpis na blogu (z października 2011 roku!) traktował właśnie o słynnym numerze 85 z Inglota, który miał być odpowiednikiem pigmentu Blue Brown z MAC-a, ewentualnie prasowanego cienia Club. Od tamtego czasu przybyło im sporo braciszków z innych firm. Najwięcej właśnie takich brązowo-zielonych, choć niektóre mają również domieszkę fioletu. Na zdjęciach widzicie propozycję MUA, czyli cień z numerem 12.

Niepozorny.

Niestety w swoich zbiorach nie udało mi się odnaleźć żadnego porządnego swatcha, ale od czego jest internet. Zresztą wszystko wskazuje na to, że cień i tak nie jest już dostępny, chyba że go prostu nie widzę. Trochę szkoda, choć z drugiej strony... na pewno znajdziemy coś podobnego u konkurencji.

I jeszcze zbliżenie.

Make Up Academy to dość tania (przykładowo, taki cień kosztuje funciaka), drogeryjna marka dostępna przede wszystkim w Wielkiej Brytanii. Nie pałam do niej jakąś wielką miłością, ale też nie mam zastrzeżeń do tych kilku pojedynczych cieni, które mieszkają w mojej szufladzie. Nie wiem, może Wy macie jakieś ciekawostki na temat produktów opatrzonych logo MUA?

Na koniec propozycja dla osób, które wolą subtelniejsze makijaże. Prosta sprawa: robimy kreskę jakąś fajną, ciemną kredką (czarną, brązową czy nawet fioletową - decyzja należy do Was), a potem rozcieramy ją kameleonem. 

I już!

Makijaż pod kolor sweterka gotowy.


Którą Słomkę wolicie?
Bo ja uśmiechniętą. 


Całusy i do kolejnego,
Słom


PS Tutaj znajdziecie moje krótkie porównanie Inglota nr 85 i Catrice C'mon Chameleon.

piątek, 19 czerwca 2015

Halo, to ja

Już dość długo nie pokazywałam twarzy, więc chyba czas najwyższy zrobić małą aktualizację.

Tadam!

Przygotowując to zdjęcie do - że tak to ujmę - publikacji, przypomniałam sobie, że obok lewego oka mam bliznę, jeszcze z czasów dzieciństwa, o której kompletnie zapomniałam. Jak to jest, że niektóre drobiazgi potrafią wpędzić nas w olbrzymie kompleksy, a inne po prostu wylatują nam z głowy? Nie wiem, ile miałam wtedy lat, ale pamiętam, że bawiłam się na dworze, gdy koleżanka albo może sąsiadka (niewykluczone nawet, że dwa w jednym) podarowała mi kasztanka, wiecie, tę popularną czekoladkę, która zresztą uchowała się w naszych sklepach do dzisiaj. Tamtą sztukę chciałam zachować na później, więc podekscytowana pobiegłam do domu i kiedy energicznie wskakiwałam po schodach - powiedzmy, że energicznie, zawsze byłam trochę pulpetem - tuż przed przedostatnim półpiętrem, a miałam ich kilka do pokonania, wyłożyłam się jak długa, uderzając skronią o betonowy stopień. Musiało boleć, ale wyparłam. Zresztą nigdy nie pamiętam, jak coś bolało, wiem tylko, że było mi mniej lub bardziej niekomfortowo. Po tamtym upadku na pewno strasznie ryczałam, bo sąsiadka z dołu wyskoczyła na klatkę. Może miałam się nauczyć, że przyjemnych rzeczy nie trzeba odkładać na później, na ten właściwy, jedyny, niepowtarzalny moment. Nie nauczyłam się do dziś.

Detal pierwszy.

Chyba nie o tym miałam pisać, wróćmy do twarzy. Ostatnio przeszłam fazę podkreślania ust. A tak właściwie nadal ją przechodzę. Jeśli obserwujecie mnie nieco dłużej, to wiecie, że do tej pory wygrywały oczy, przeważnie dość mocne i kolorowe. Plus kreski w różnych barwach, ale rzadko czarne. Aż wreszcie stało się, porzuciłam to wszystko dla jaskrawych pomadek. Być może dlatego, że wreszcie trafiłam na matowy ideał, który nie odbija mi się na zębach, nie znika podczas jedzenia i niczego nie wysusza. Wcześniej zachwycałam się już lipstainami z Sephory, ale dzisiaj uwielbiam matowe pomadki Bourjois (Rouge Edition Velvet). Mają tę przewagę nad swoimi konkurentkami, że nie dają uczucia ściągnięcia i występują w ciekawszych odcieniach - wyrazistych i cielistych, przy czym muszę przyznać, że te pierwsze sprawdzają się u mnie nieco lepiej.

Zdaje się, że tutaj na ustach mam numer 6.

Do tej pory jestem nimi podekscytowana, nie ma tygodnia, żebym się nimi nie smarowała, i nie żałuję żadnej wydanej złotówki, zwłaszcza że prawie wszystkie dorwałam podczas ostatniej wielkiej promocji w Rossmannie.

<3

Myślę, że słocze pokażę już w innym wpisie, bo muszę je najpierw zrobić, he he. O czarnym lajnerze też nie omieszkam wspomnieć, bo to ciekawa historia jest, z kilkoma zwrotami akcji i przewrotnym happy endem. Dzisiaj chciałam Wam tylko powiedzieć pewien truizm, że różnie to w życiu bywa. Czasem ma się małą, acz widoczną bliznę, o której się nie pamięta, a czasem małe usta, o których myśli się zbyt często.


Miłego dnia,
Słom

środa, 9 lipca 2014

Check this out

Wygląda to trochę tak, jakbym odchodziła, ale zanim naprawdę to zrobię, muszę rozliczyć się z pewnej współpracy. Fakt, współprace nie zdarzają mi się zbyt często. Nie będę Wam jednak mydliła oczu, że tonę w natłoku propozycji i po prostu starannie wybieram te, które wydają mi się korzystne. Dajcie spokój, przecież po spojrzeniu na statystyki i tak nikt by w tę bajkę nie uwierzył. Mówiąc zatem zupełnie szczerze: nie mam skrupułów, jeżeli idzie o przyjmowanie rzeczy do testów. Z mojej strony nie będzie więc żadnego pitu pitu o tym, jak się cenię i chcę być rzetelna, dlatego wszystko kupuję za własny pinionżek. E-e. Jak ktoś mi chce dać coś za darmo, bierę. O ile oczywiście to coś wzbudza moje zainteresowanie i pasuje do treści, które zamieszczam na blogu. Być może moje podejście zmieniłoby się diametralnie, gdybym dostała sto propozycji na miesiąc, a nie jedną na pół roku, ale w takiej sytuacji... Maseczka do twarzy? Proszę bardzo. Ładny cień do powiek? Jeszcze lepiej. Suplement diety? Dziękuję, postoję. Okulary? Tym bardziej.

Widziałam, że dużo dziewczyn podejmowało współpracę z Born Pretty Store. Moją uwagę zwróciły przede wszystkim akcesoria do zdobienia paznokci i głównie z nimi kojarzyłam ten sklep internetowy. Zaproponowano mi jednak wypróbowanie kolorówki - widocznie moje makijaże przekonują bardziej i wcale się nie dziwię, bo mnie też. Pomyślałam, że mogę dać szansę chińszczyźnie i wyraziłam zgodę. Wybrałam trzy produkty, które testuję sobie od ponad miesiąca, więc spodziewajcie się, że to one będą bohaterami najbliższych postów. Jeśli ktoś jest zniesmaczony, jak ja po otwarciu przesyłki i zobaczeniu pseudologo MAC-a na dwustronnym pędzlu, niech nie zagląda albo jakoś to przełknie. Tak czy siak, zapraszam!

Testy w toku.

Uwaga, jeżeli macie ochotę, możecie skorzystać z 10% zniżki w Born Pretty Store. Wystarczy podczas składania zamówienia wpisać kod WORLDH10.
Banner poniżej i w pasku bocznym (kliknięcie przenosi do sklepu).

http://www.bornprettystore.com/
Klik.


Pozdrawiam Was serdecznie,
prawiewszystkobierąca Słomka

poniedziałek, 12 maja 2014

Czy to już pożółcenie?

Lo and behold, dodałam wpis!

Słomko wyszło i prześwietliło.

Nie przecierajcie oka (ba dum tss) ze zdumienia, serio, ja żyję. A poniżej naprawdę są inne zdjęcia niż te, które wisiały na czołówce prawie miesiąc. Niby znowu na żółto, ale proszę, potraktujcie to jako zabawę. Znajdź różnice na przykład. Tak, ja chcę po prostu dostarczyć Wam rozrywki. Brzmi jak dobra wymówka, więc tego się trzymajmy.

Nie jestem chora, takie robię zdjęcia.

Mali komuniści z mojej parafii mają teraz biały tydzień, więc dlaczego ja nie mogę mieć, powiedzmy, żółtego. Oczywiście, że mogę, no i sobie miałam, ale to było dawno i  być może nieprawda, ale przecież są zdjęcia, więc nie będziemy się wypierać, nie w naszym stylu takie polityczne zagrywki. Zresztą nie ma się czego wstydzić ani bać, uważam, że to był bardzo udany tydzień. Właściwie to był nawet Wielki Tydzień, bo o ile dobrze pamiętam, zakończył się Wielkanocą. Tym sposobem trzymamy się tematyki sakralnej (damn, trzeba było zamieścić wpis dwa tygodnie temu, jak Jan Paweł II awansował z śp. na św. i niektóre hipermarkety, o ile nie wszystkie, postanowiły sprawdzić, czy Polacy są nadal katole - choć raz byłabym na czasie), elegancką klamrą spinamy akapit bez ładu i składu, przechodzimy do prezentacji całej gęby.

To też w sumie takie w stylu "pamiętamy" [*].


Nie chcąc drobinek z Curious (Sleek), tym razem żółć zaczerpnęłam z Curaçao (Sleek), a że była już otwarta, to sięgnęłam też po pomarańczę. Wszelkie brązy, jak mniemam, bo sobie tego nie zapisałam, są z Au Naturel. No i oczywiście żółta kredka z Sephory (słocze).

*mruży się*

Makijaż rzeczywiście podobny do poprzedniego, odrobinę go tylko podrasowałam, a potem jeszcze zaszalałam z czernią na linii wodnej. Bo tak na co dzień to ja się w zasadzie maluję wedle tego samego, sprawdzonego (chyba) schematu, tylko kolory i produkty zmieniam, bo pod tym względem nie lubię monotonii. Chyba że się na czymś zafiksuję, tak jak na żółci.

Och, jestem taka zaskoczona, że ktoś właśnie pstryknął mi zdjęcie.

Pomarańczowy też jest ładny, ale tak naprawdę mam ochotę na burzowe chmury.

Wydaje mi się, że to już wszystko, co chciałam powiedzieć w dzisiejszym wpisie. W każdym razie nic więcej nie przychodzi mi do głowy. Jeśli coś Was szczególnie interesuje, piszcie śmiało. Jestem, nawet jak się Wam wydaje, że mnie nie ma.

 Buziaki,
Słom

Bacznie obserwuję.

wtorek, 15 kwietnia 2014

O kurczaki

Co można zrobić z żółtą kredką, którą się wreszcie (raz kozie śmierć!) kupiło?
Można jej użyć, na przykład.

Wcale się nie obrażę, jeżeli zrobicie to lepiej.

Właściwie przyświecała mi dzisiaj jedna myśl: zrobić to tak, żeby nie raziło. Z efektu jestem zadowolona, zadaję sobie tylko pytanie, nie pierwszy raz zresztą, dlaczego tak sporadycznie sięgam po ten kolor, skoro czuję się w nim całkiem nieźle, nawet bardziej komfortowo niż z czarną kreską. Może dlatego, że czarna kreska, choćby nieidealna i koślawa, wciąż jest bardziej standardowa niż żółta powieka.

Tadam!

Makijaż, jaki jest, każdy widzi: żółta plama po jednej stronie, brązowa po drugiej, a pomiędzy coś stonowanego, matowego, żeby się wszystko kupy trzymało. Plamy wzięłam z paletki Curious Sleeka, a coś stonowanego z Au Naturel. Żółta matowa kredka to oczywiście Banana Split z poprzedniego wpisu. Jest dobrze napigmentowana, ale lubi się pobrudzić od ciemniejszych rzeczy. Wiem, znam te triki z zostawianiem wolnego miejsca przy rzęsach, gdy chce się namalować jasną kreskę, albo dodawaniem do jasnej kreski trochę czerni przy linii rzęs, żeby optycznie zagęścić włosie, ale szczerze powiedziawszy, chciałam zobaczyć, czy dam radę bez. Dałam i dzięki temu została mi chwila na cyknięcie zdjęć.

*drobinki brokatu z żółtego cienia

Powiedziałam, co wiedziałam, i więcej marudzić dziś nie będę. Idę sprawdzić, czy ten drugi żółty makijaż nadaje się do publikacji. No i naostrzyć żółtą kredkę.

 
Buziaki,
Słomka


czwartek, 5 września 2013

Tym razem założyło się malinowe

Ostatnio jestem, bardzo jestem, ale blogerką to nieszczególnie. Być może moje blogowe dni dobiegają końca, być może to tylko praca, która pochłania mnóstwo czasu, a nawet jeszcze więcej. Na szczęście bardzo ją lubię. Przed pracą, o ile nie ćwiczę, miziam się pędzlami. Chwila oddechu, relaksu, zresztą pisałam już o tym wszystkim i teraz mogę być cwana i wstawić odnośnik (o taki). Wracam do domu bardzo późno, odpalam służbową skrzynkę i klepię dalej, tyle że w wygodniejszych ciuchach... W każdym razie długo to już nie potrwa. Ciekawe, co będzie dalej.

Morze możliwości...

Póki co wrzucam makijaż, który zrobiłam jedną z moich ulubionych (a może najulubieńszą?) palet sleeka. Domyślacie się którą? Nic skomplikowanego, trzy lub cztery kolory, na to złoty liner z Catrice, niestety już dawno wycofany ze standów, choć czasem można go jeszcze spotkać na wyprzedażach.

Eksponuję policzek.

Na policzku zaś ziemia egipska z Bikoru (w spadku po Hexx) i shimmer brick, ale nie Bobbi Brown (gdzieżbytam!), tylko Famous (prezent od Simply). W roli podkładu pierwszy raz na mojej twarzy True Match L'Oréala (tym razem "zawiniła" Katalina). Same dobre rzeczy od samych dobrych ludzi.

Siemanko! Dawnośmy się nie widziały!

Przy niebieskim zawsze pada nazwisko tej pani z tego serialu, którego nigdy nie oglądałam - bo oglądałam inne. Celowo pomijam. Nigdy nie dissowałam niebieskiego koloru w makijażu. Może dlatego, że on bardzo dobrze współpracuje z moją tęczówką i chowa się w moim oczodole, gdy patrzę innym prosto w oczy. Dzisiejszy niebieski jest z rodzaju tych cyjanowych, turkusowych. Takie też bardzo lubię i uważam, że świetnie komponują się z jasnym złotem. Tak samo jak złoty piasek na egzotycznej plaży komponuje się z lazurową wodą.

Przypływ?


Na dziś już wszystko. Kończę, bom śpiąca. Niesamowicie się cieszę, że wreszcie udało mi się zostawić pracę w pracy i napisać te kilka słów. Muszę solidnie naładować baterie, bo festiwal, a właśnie nim się teraz zajmuję, startuje już w przyszły poniedziałek. To będzie bardzo intensywny tydzień, zupełnie wyjęty z życia, po którym nastąpi syndrom odstawienia. Trzymajcie kciuki, pliz.

http://www.festiwalgdynia.pl/

Niektórzy wieczorami myślą o frytkach (:*), a ja mam ochotę w nocy zgrzeszyć z pizzą.
 Czy ta studnia w ogóle ma dno?

Buziaki,
Słom

How you doin'?

piątek, 26 lipca 2013

O poranku

Konieczność wczesnego wychodzenia z domu i bycia wśród ludzi przez kilka godzin nadzwyczaj skutecznie stymuluje moją kreatywność. Nie lubię malować tego samego, bo to mnie nudzi. Czynność malowania staje się nużąca, zbyt przewidywalna. Jestem prawie pewna, że gdybym codziennie sięgała po te same produkty i nakładała ten sam makijaż, to w którymś momencie przestałabym się malować. Owszem, bardzo lubię rozmaite rytuały, wprowadzające ład i porządek do chaosu wszechrzeczy, ale niech one mają kilka zmiennych. Wystarczy, że stałą jest sam rytuał.

Tyle tytułem zbędnego i pseudointelektualnego wstępu. Poniżej znajdziecie kilka moich makijaży z minionego tygodnia.
W sumie system podobny, tylko kolory się zmieniają.

Tutaj znowu mi się włączyła tęsknota za Bora Bora.

Jeszcze więcej różu? Czemu nie.
Ten makijaż powtórzyłam. I to aż dwa razy! :O

Tak właśnie maluje się Słomka na co dzień. Nie trzeba być geniuszem, żeby zauważyć, iż przeważnie sięgam po kolor (no okej, każdy makijaż ma jakiś kolor, ale wiecie, co mam na myśli), tylko że lubię nieco go stonować, nakładając cieńszą warstwę albo w miarę umiejętności dobrze rozcierając wszelkie granice. Z tego względu nie mam w zwyczaju spisywać na straty cieni o średniej pigmentacji. Musicie mi też wybaczyć, że nie są to intensywniejsze makijaże, ale inaczej maluję się do zdjęć, gdy wiem, że aparat (i amatorszczyzna) zeżre mi kolory, a inaczej do ludzi. Poza tym światło, które dociera do mnie o tej porze, nie sprzyja. Całe szczęście, że chociaż tyle się udało.

 A jak jest u Was o poranku?
Kolorowo?
Oszczędnie?
Śpiąco?
Dajcie znać!


Buziaki
Słom

Patrzę, co piszecie.

(O porannym makijażu i kreskach zygzakach pisałam już tutaj).

niedziela, 19 maja 2013

Miało być nudno

Mam taką przypadłość.
Znacie to?
Siadam z myślą "będzie nudziak, będzie nudziak, nudziak będzie jak jasna cholera".

Kończy się następująco:

Już było podobne.

To jest trochę jak z mówieniem sobie: "już więcej nie piję", gdy jest się na ciężkim kacu.
A potem sięgasz po paletę i słyszysz: "ze mno sie nie napijesz?".

Dammit!

Słabe wole mam.

Brązy to głównie kredki MUA i Essence oraz ukochana paletka Revlon Coffee Bean.
Niebieskości z paletki Physicians Formula (Cat, dziękuję raz jeszcze).
Na ustach kredka Emily 211, a na niej masełko L'oreal Caresse 101 Tempting Lilac oraz błyszczyk Collection 2000 3 Rock Steady z linii Lock N Hold.

Miłego dnia,
Słom.

środa, 17 kwietnia 2013

Dopisek

Teraz będzie, że sobie nabijam licznik. Najwyżej...
Pomyślałam, że fajnie byłoby dorzucić słocze do poprzedniego wpisu (kliku). Słocze zawsze dobrze się ogląda, uważam, o ile oczywiście coś na nich widać.

Ale na początek zdjęcia wybranych produktów.

Twarz.

Pierwszy raz z Healthy Mix Serum Bourjois, o czym pisałam już ostatnio. Do tej pory maltretowałam zwykłą wersję Healthy Miksa, jakieś 3 czy 4 opakowania zużyłam, co raczej świadczy o tym, że mimo wszystko lubię, i wiemy dobrze, że osamotniona nie jestem. Serum ma być lżejszą, żelową wersją burżujowego weterana. Zobaczymy. Może kiedyś pokuszę się o porównanie... Tylko nie spodziewajcie się po mnie sztywnej recenzji. Zresztą wiecie, jak to jest.

W roli bronzera wystąpił Sun Protecting Gel Bronzer z Isa Dory. Dostałam go kiedyś od Stri i długo leżał, bo ma napisane, że jest "slightly pearly". Okazało się, że to ściema i tak naprawdę jest przyzwoity. Obecnie mój ulubiony bronzer w płynie. Nie żebym miała jakieś inne...

Poza tym Dermacol w roli korektora i Mary-Lou Manizer w roli... rozświetlacza, zarówno twarzy, jak i wewnętrznych kącików oka.

Róż Beauties Factory w odcieniu 008 ma monopol na moje policzki ostatnimi czasy.

Na zdjęciu zabrakło pudru, ale był bambusowy z Biochemii.

Oczy.

Tamten makijaż zmalowałam oczywiście na bazie Hean, która pachnie pronto i nie zmienia konsystencji, choć mam ją już od ponad roku. Potem sięgnęłam po dinozaura z Avonu (Classic Canvas) - służy mi od iks czasu do wyrównywania kolorytu powieki i przygotowywania jej przed rozcieraniem. 

Poza tym cień L'oreal i zielone kredki Catrice (to ta z gąbką) i Bourjois (ta bez gąbki, oczywiście), o których pisałam więcej w poprzednim wpisie. Jest jeszcze pigment Pure Luxe, który trafił do mnie od Hexxany, ale niebezpośrednio. Z paletki Sleeka Curaçao wykorzystałam dwa zielone cienie - Green Martini oraz Green Iguana. Martini to ta leśna zieleń obok czerwonego cienia, a Iguanę trochę przycięłam.

Aha, załapała się także moja ulubiona paletka do konturowania powieki: beżowo-brązowa Revlon Coffee Bean. Pominęłam natomiast czarną żelową kredkę z Avonu oraz tusz do rzęs Rimmela Extra Wow Lash.

Na wszelki wypadek przypominam, że makijaż wyglądał tak:





Po tym wstępie czas na clou imprezy, czyli zapowiedziane słocze.

Tadaaaam!
(Wszystkie słocze bez bazy).

Kredka Bourjois Regard pailetté 34 Vert stupéfiant jest zielona i ma złote, brokatowe drobinki. Drobinki na szczęście nie migrują po twarzy. Jej wkład (może być wkład? bo przecież nie grafit, nie?) nie jest zbyt twardy, moim zdaniem, ale ma średnią pigmentację. Trzeba kilka razy machnąć kreskę, żeby wydobyć intensywny kolor.

Bourjois na pewno rysuje lepiej niż wycofany (nie dziwimy się) Kajal Designer Catrice. Ten ze zdjęcia jest w odcieniu 100 Tropical Green. Kiedy wycofywali tę serię kredek, tropikalną zieleń można było dostać w gratisie do zakupów. Nie jest to najlepsza kredka świata, oj nie, ale znam takie jeszcze bardziej beznadziejne, co to w ogóle nie rysują po powiece - raczej powiekę. Pomimo wszelkich zastrzeżeń lubię jej "tropikalny kolor", dlatego cały czas ze mną jest. To zieleń wpadająca w niebieski. Po kilku warstwach robi się nieco metaliczna. Ładnie się rozwinęłam na temat wycofanej kredki... no brawo.

Dalej w kolejce jest cień L'Oréal Color Infallible 040 Cosmic Black. Ostatnio napisałam, że jest to zielonkawa czerń ze złotymi drobinkami, ale powinnam chyba napisać czarniawa zieleń. Nie używałam jej zbyt wiele razy, ale zauważyłam, że a) lubi się osypywać, b) przy rozcieraniu znika z powieki. Jeżeli chcemy uzyskać intensywny kolor, bo da się to zrobić, polecam palec lub pacynkę.

I na deser pigment Pure Luxe w odcieniu Ariel. Na zdjęciu nie wypadł korzystnie, no wiem, tak trochę jak osad w butelce wody do kwiatów. Ale na żywo bardziej przypomina syreni ogon, musicie mi wierzyć na słowo albo poczekać aż wrócę z lepszymi słoczami. Ma piękny zielono-niebieski połysk. Same widzicie, jak elektryzująco wypadł, gdy nałożyłam go na czarną żelową kredkę z Avonu!

Ariel solo i Ariel na czarnej bazie. Love.

Bourjois, Catrice, L'Oréal. Rozmyty Pure Luxe.

Pogadałam sobie trochę.
Mogą być takie słocze bez pełnych recenzji?
Ja lubię.

Miłego dnia,
Słom.

środa, 10 kwietnia 2013

Ostatnio

...jestem raczej oszczędna i stonowana w makijażu oczu. Więcej bawię się z ustami (to zabrzmiało dokładnie tak, jak miało zabrzmieć). Wczoraj próbowałam strzelić sobie kreskę, ale było jej tak dalece do ideału, że szybko zmyłam i ograniczyłam się do tuszu. Co się z tobą dzieje, Słomko? Z tej okazji dzisiaj nawet nie próbowałam żadnego zmyślnego cieniowania powieki. Taki ze mnie badass.

Seriously?

Chciałam jedynie wzmocnić kontur oka i rozświetlić powiekę. Nooo, tak jakby "chciałam"... samo wyszło.

Mam nadzieję, że coś widać.

Na powiece mam jedynie:
bazę Hean,
holograficzny cień Lovely nr 01,
pigment Kobo 505 Sea Shell,
rozświetlacz The Balm Mary-Lou Manizer 
czarną kredkę, mocno roztartą,
i tusz Rimmel Extra Wow-Lash, który albo dokonuje żywota, albo po prostu robi mi na złość, nie wiem, muszę sprawdzić.

Ha, ha, ha, ależ zabawnie!

Jest jeszcze zdjęcie kawałka twarzy, żebyście zobaczyły, o jaki rodzaj zabawy z ustami się rozchodzi. Między innymi.

Nie powinnam się uśmiechać, bo kiedy się uśmiecham, to nie mam górnej wargi.

Świeżo napoczęta pomadka Maybelline Super Stay 14 HR Lipstick w odcieniu 110 Neverending Pink oraz już od dłuższego czasu katowany róż Beauties Factory w odcieniu 008, który otrzymałam w ramach HexxBoxa. Wiem już, co o nim myślę, ale na razie tego nie napiszę, bo potrzebuję zacnych słoczy.



Właściwie to już wszystko. Dzisiaj bez zdjęć morza, żeby nie skradły mi wpisu. Także buziaki.
Pamiętajcie, że do Was zaglądam, tylko nie bardzo mogę komentować!

sobota, 23 marca 2013

Świeżo malowane

Chwila odpoczynku.

Dzisiaj nadarzyła się okazja, więc bez zbędnych ceregieli postanowiłam ją wykorzystać i spełnić wczorajsze marzenie, czyli czerwono-matowe usta. Pokażę Wam, co z tego wszyło, i przy okazji napomknę o zeszłorocznym odkryciu w kategorii pomadka.

W końcu prawdziwe buziaki ;)

Jeśli lubicie matowe usta w intensywnym kolorze i wielogodzinną trwałość, której nie straszne gadanie, jedzenie i picie, oto pomadka dla Was. Pomalowałam usta dzisiaj o godzinie 11. Demakijaż zaliczyłam o 18. W międzyczasie przegadałam z Dziewczynami ponad dwie godziny (Bogusi i Kat dziękuję za spotkanie i kosmetyki), z siostrą kolejne pół, zjadłam obiad i wypiłam kefir. Na deser wsunęłam pistacje. I wiecie co? Kiedy stanęłam przed lustrem z wacikiem w dłoni, nadal miałam co zmywać z ust. Oczywiście, przydałyby się drobne poprawki, nie oszukujmy się, zwłaszcza przy konturze ust, ale kolor wciąż na nich był! I to nie taki poprzecierany jak stary dywan. Czerwony, intensywny.

Tak jest za każdym razem.


Słomka, nie podniecaj się, tylko powiedz wreszcie, o co chodzi!

Cudowne rozmnożenie.

No wiem, że na zdjęciu mamy mały tłum, ale chodzi o towarzyszkę w środku. Płynną pomadkę Cream Lip Stain Sephory w odcieniu 03 Strawberry Kissed. To taka chłodna czerwień, karmazynowa. Pomadka, przypominam, daje matowe wykończenie i pełne krycie. Uwaga, malować trzeba ostrożnie, bo jeżeli coś spaćkamy, to potem możemy mieć problem z usunięciem niepożądanego zapaćkania. To jest stain, który naprawdę jest stainem. Plami znaczy.

Aplikator z gąbeczką, całkiem wygodny, chociaż mimo wszystko wolę pędzelkiem.
Zapach (moim zdaniem) delikatny, ciasteczkowo-chemiczny, ale to w sumie nieistotne, bo szybko się ulatnia.

Wady? Całkiem oczywiste. Może przesuszać i ściągać. Nie polecam nakładania na spękane usta. Polecam natomiast dobre nawilżenie przed i po (niah, niah). Ja dzisiaj zrobiłam szybki peeling ust pod prysznicem, a po skończeniu kąpieli nasmarowałam je balsamem. Po ten sam balsam sięgnęłam także po zmyciu pomadki. Moje usta mają się świetnie, dziękuję, że pytacie.

Poza tym cena. Dorwałam lipstaina w promocji za 19,90, jeszcze w zeszłym roku. Świetna okazja, bo z tego, co mi wiadomo, normalnie kosztuje około 45 złotych. Dużo czy mało? Dla mnie sporo, ale szczerze powiedziawszy, gdybym wydała na niego tyle pieniędzy, wcale bym nie żałowała.

Napis się ściera z opakowania, drobiazg, ale czasem mierzi.

Tutaj sprawdzicie kolory. Fanki nudziaków mogą sobie odpuścić zaglądanie.

A wiecie co jeszcze w nim kocham? Że nie muszę kombinować z chusteczką czy kciukiem, żeby nie odbijał mi się na zębach. On po prostu się nie odbija!

Przysięgam, że tam był łuk kupidyna. Ale jak się uśmiechnęłam do Was, to się napiął ;)

Dzisiejszy makijaż. Ogólnie rzecz biorąc, podkład Bourjois Healthy Mix i oczy zmalowane paletką Sleek Au Naturel. Jeśli interesują Was jakieś szczegóły - puder, korektory, róż, tak mam róż, brwi - pytajcie śmiało.

Na koniec chciałabym wyjaśnić, dlaczego na tamtym zdjęciu było tak tłoczno. Bo usta pomalowałam tak:
Najpierw płaskim pędzelkiem nałożyłam lipstaina. Potem poprawiłam kontur mięciutkim ołówkiem od Max Factora. Ma nieco inny odcień, jaśniejszy, ale ładnie się wymieszały. Na środek ust nałożyłam ociupinkę słynnego Eliksiru od Wibo, żeby nie było aż tak super matowo. Wszystko.

Cmok, cmok.

I ściski,
Słomik.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...