Mam ochotę napisać kilka słów o muzyce, ale uprzedzam, że to nie będzie nic ambitnego, raczej takie szowinistyczne umcyk umcyk, do którego można potupać nóżką, a co odważniejsi i bardziej skorzy do zabawy mogą nawet pokręcić tyłkiem. Zapraszam.
Jakiś czas temu, podczas październikowych zakupowych szaleństw i weekendowych promocji skuteczniej wyciągających ludzi z domów niż wszelkie akcje mające na celu promocję zdrowego trybu życia moje ucho wychwyciło, bodaj w Cubusie, intrygującą melodię. Jestem łasa na bałkańskie klimaty, więc ucho dało rade nawet pomimo słuchawki w nim tkwiącej. Z pomocą gogli udało mi się odszukać rzeczony kawałek. Podejrzewam, że miałyście okazję zapoznać się z nim wcześniej, bo jak się okazało, jest to dźwięk chętnie wałkowany w kilku popularnych rozgłośniach radiowych.
Potem poszperałam sobie dalej i poczyniłam przyjemne odkrycie: refrenowy sampel pochodzi z piosenki Hermetico Balkan Beat Box. Jeden z kawałków tego amerykańsko-izraelskiego zespołu oczarował mnie kilka lat temu, więc z przyjemnością zapętliłam sobie poniższy, przygotowując się do odwiedzin u Simply.
Nie pozostaje mi nic innego jak zadedykować dzisiejszy krótki wpis wszystkim zboczeńcom muzycznym oraz tym, którzy tęsknią za Bałkanami, nawet jeżeli - podobnie jak ja - jeszcze ich nie odwiedzili. Wszystko przed nami!
Buziaki,
Słom
PS Co przemawia do Was bardziej? Kopia czy oryginał?
Pamiętajcie, proszę, że interpretowanie nie jest nauką ścisłą.
Nie
oczekujcie, że tygiel moich skojarzeń jest podobny do Waszego.
Chcę Was
po prostu zaprosić do swojej głowy,
chociaż wiem, że to,
co w niej
znajdziecie,
również podlega interpretacji, jest interpretacją
Od początku do końca.
***
Gdy dwa dni temu zupełnie przypadkowo wetknęłam sobie pędzel do nosa, poczułam, że coś jest nie tak. Najwyraźniej wetknęłam go całkiem solidnie, bo z automatu w mózgu mi się poprzestawiało, jakieś poluzowane trybiki wreszcie zazębiły. Siedzę zatem i piszę posta. Niebywałe...
Mówią, że muzyka łagodzi obyczaje, więc jeżeli ktoś się gniewa, że wzięłam sobie i zrobiłam kolejny urlop od blogosfery, albo raczej zdążył się zezłościć, że znowu do niej wracam, no to może chociaż uda mi się go udobruchać tematyką niniejszego wpisu...
To było tak: pod koniec ubiegłego roku niechcący wpadłam w trans pod tytułem Fragrant World (widzicie, coś jednak z tym nosem jest na rzeczy) i zanurzyłam się w Yeasayerze na kilka dobrych tygodni. Można powiedzieć, że po same uszy. Słuchałam tej płyty na okrągło, najczęściej w całości, bo chociaż niektóre piosenki uważałam za lepsze, to jednak w tych pozostałych nie słyszałam nic złego. Przy jednej z najpiękniejszych piosenek (są dwie takie na tej płycie) zmalowałam makijaż.
Glass of the Microscope z płyty Fragrant World
Zawsze wydawało mi się niesamowite, że pod mikroskopem też jest wszechświat, tylko że taki mały i nieoczywisty. Fakt, piosenka traktuje jednak o czymś innym, ale ja słyszę w niej kosmos i gwiazdy, stąd chyba te kolory w makijażu. A może wcale nie fakt? Może ona właśnie jest o tym, jak bardzo nasza olbrzymia Ziemia jest niewielka i nieistotna - dla wszechświata, dla nas...
Get the bigger picture.
A może jest o różnicy pomiędzy patrzeć i widzieć? O tym, że małe kawałki, które zbieramy, musimy jeszcze poskładać w pełen obraz i wreszcie go zobaczyć, bez względu na to, jak bardzo jest straszny.
I wish that I
Could tell you
That it's all alright
But in truth we're doomed
Consumed by all the truck fumes
That would kill you without uttering a sound
Jest w tej piosence coś przykrego, a zarazem pobudzającego. Być może to zasługa liniowego rozwoju melodii i nadbudowywania dźwięków, które tak bardzo u Yeasayera lubię. Na koniec wszystko brzmi inaczej niż na początku. Kiedy to się stało?
Przy okazji mała metamorfoza.
Słomka + Glass =... ^__^
Bazą tego makijażu jest granatowy eyeliner w żelu Catrice z limitki Out of Space. Użyłam granatowych i niebieskich cieni z paletek Sleeka (Bohemian i Curacao), granatowych matów Inglota z kolekcji Rainbow (110) oraz cieni z paletki Rimmela (o tej). Brokat, który mam na górnej powiece, to liner Glam Crystals z Collection 2000 (Hustle).
Błyszczący Hustle na granatowym tle.
Zaszpachlowałam się revlonowym Colorstayem, zaróżowiłam trójkątem z Wet'n'wild (Threesome, seria Silk Finish). Na rzęsach między innymi niebieski tusz Golden Rose, o którym więcej w poprzednim wpisie. Usta przyozdabia zdobyczna Brave z Maca, najpewniej przykryta jakimś jasnym błyszczykiem. Kilka rzeczy do poprawy, ale to już moja broszka.
Wiecheć na głowie znowu dłuższy, bo to stary makijaż jest.
Mimo wszystko jestem zadowolona z tego inspirowanego dymka i chętnie zrobiłabym go do ludzi.
Cześć, Ludzie.
No tak, przecież wypadałoby jeszcze zapodać piosenkę. Moim zdaniem jest w sam raz na późną porę, więc jeśli jeszcze tam siedzicie, posłuchajcie. Ciekawa jestem Waszych spostrzeżeń.
Mam nadzieję, że ta podróż była udana.
Dajcie znać.
(Jeżeli macie ochotę na więcej, zapraszam do zakładki Inspirowane muzyką).
Zafundowałam sobie dość intensywny tydzień. Głównie pod względem fizycznym, bo umysłowo było w normie. Dojeżdżałam do pracy na rowerze (jakieś 14 km w jedną stronę), a co drugi dzień wyciskałam siódme poty na wuefie przy trzydziestostopniowych upałach. Wieczorem zasypiałam na siedząco. Przyszedł weekend i oklapłam. Słońce odpuściło, świat ucichł. Nagle zrobiło mi się niewyobrażalnie pusto. Z tęsknoty zaczęłam przeglądać zdjęcia i wspomnienia. Tak jest: czas na drugi wpis o tegorocznym heńku!
Mówiłam Wam, że to był spontan. Dzień przed rozpoczęciem, a właściwie w nocy, podjęliśmy decyzję, że wpadniemy na jeden dzień. Po dłuższym namyśle wybraliśmy pierwszy. Kładłam się spać lekko podekscytowana. W autobusie wymieniłam kilka esemesów ze znajomymi. W kupie raźniej. Po czym coś mnie tknęło. Wybrałam kolejny numer. Poczekaj, posłuchaj, a może...
Nie musiałam długo namawiać.
Po pracy szybko wymieniliśmy świeżo kupione bilety na opaski i pojechaliśmy do domu przygotować się do długiego spaceru. Pamiętam, że było gorąco. Pierwszy dzień był właściwie najcieplejszy, ale nauczeni doświadczeniem zabraliśmy ze sobą grubsze ciuchy, które w nocy bardzo się przydały. Doczłapaliśmy się na Babie Doły, a potem na sam koniec terenu festiwalowego (początek, jeżeli patrzeć od strony Kosakowa), gdzie czekał już na nas Dawid Podsiadło.
Skubany, paczy się!
To był delikatny koncert, odrobinę marzycielski. Taka lemoniada w upalne lipcowe popołudnie. Nie powiem, całkiem miło, ale po wszystkim poszliśmy na piwo, już w powiększonym składzie. Festiwal rozpoczął się na dobre.
Petarda
Gdy zapytacie mnie o najlepszy koncert Open'era 2013, to bez chwili zawahania odpowiem: Alt-J(∆). W gazetach i na portalach internetowych redaktorzyny mogły sobie wzdychać do Nicka Cave'a i rozpływać nad Damonem Albarnem z Blur (woohoo), ale ja swój muzyczny orgazm przeżyłam pod namiotem z chłopakami, którzy wydali na razie tylko jeden krążek. Za to jaki zajebisty! Po dziś dzień mam ciary, gdy słucham.
Something Good leci.
Petardą była też Skin ze Skunk Anansie, ale Skin ma na drugie Petarda, więc w sumie żadne zaskoczenie. W błyszczącym wdzianku wskoczyła na scenę i momentalnie rozgrzała publiczność do czerwoności.
Skin Petarda.
Na tym koncercie byłam blisko, więc kiedy wbiła się tłum, a potem dała nosić się na rękach, macnęłam jej sprężyste udo. Fajny koncert, tym razem zamiast lemoniady mieliśmy energy drinka.
Petarda w tłumie.
Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie także czwartkowy koncert Crystal Fighters, na który trafiliśmy przypadkiem, po drodze na Kings of Leon. Pod Alterklub Stage zgromadziło się wówczas naprawdę dużo festiwalowiczów. Miałam wrażenie, że wszyscy tańczą, a przynajmniej podrygują. Przy muzyce zakręconych Hiszpanów po prostu nie dało się ustać! Za to właśnie lubię heńka: uczy mnie nowych dźwięków.
Nie mam Crystal Fighters, to wklejam Blur.
Jeżeli chodzi o polskie gwiazdy - zdecydowanie Hey. Delikatnie rzecz ujmując, nigdy nie przepadałam za Nosowską i jej bandem. Dopiero dwie ostatnie płyty trochę mnie zainteresowały. Ale czemu, do licha ciężkiego, nikt mi nigdy nie wytłumaczył, że Kaśka na żywo brzmi sto razy lepiej niż na nagraniach? Ja nie wiem, o co chodzi, ale zarówno jej głos, jak i sama muzyka brzmią w radiu nieznośnie płasko. Na żywo poczułam się oczarowana. W dodatku na scenie pojawiła się Brodka. Nosowska tłumaczyła, że to był spontan, że dopiero wczoraj się spotkały podczas jednego z festiwalowych koncertów i wpadły na pomysł wspólnej piosenki. Czy naprawdę? Nie wiadomo. Ale to na pewno nie był ich pierwszy raz, bo już na ubiegłorocznym Męskim Graniu próbowały takiej kombinacji.
Oł, heloł, szczerzę się do Was spod sceny głównej.
Niespodziewanie dobrze bawiłam się ponadto na koncercie Kalibra. Ogólnie raczej nie moja bajka, ale miło było cofnąć się w przeszłość przy niektórych tekstach, bo przecież nie sposób tego nie znać. Śmialiśmy się, że chłopaki odchowali dzieci, to teraz wracają na scenę. W sumie bardzo się nie pomyliliśmy...
Beyonce i inne rozczarowania
Nietrudno zgadnąć. Chyba już wszyscy powiesili psy na Rihannie, która była dodatkiem do tegorocznego Open'era, dość jednak ekskluzywnym skoro bilety podrożały przez nią o stówę w stosunku do ubiegłego roku. Nie będę ukrywać, że noszę kilka jej kawałków na moim wysłużonym płodzie. Nigdy nic do niej nie miałam, a taneczny beat przydaje się czasem do rozbudzenia i szybszego marszu. Niestety, skończyło się rumakowanie. Teraz kiedy szufel podrzuca mi Rihannę, szybko ją przełączam. Niechęć w sobie odczuwam. Panna, która spóźnia się na koncert ponad godzinę, a potem połowę każdej piosenki śpiewa z playbacku, nie zasługuje na mój czas. Może nie byłabym zawiedziona, gdybym nie miała za sobą całych czterech dni heńka. Rozpieszczona solidnym graniem i punktualnością wykonawców zbuntowałam się wewnętrznie przeciwko "wielkiej gwieździe". Więcej emocji wzbudziła we mnie solówka gitarzysty niż pseudotaneczne popisy z obmacywaniem krocza na czele. I mam wrażenie, że publiczność podzieliła się na dwa obozy: zajarane golden circle pod sceną oraz zdegustowani festiwalowicze na tyłach. Nie podobało się gwizdanie i buczenie? Trzeba było nam sprzedać tańsze bilety i nie wpuszczać na koncert. O!
Where the fuck is Beyonce?
Z kolei na Kings of Leon odrobinę zawiodło nagłośnienie. W pewnym momencie lepiej słyszałam laski gadające za moimi plecami o chińskich zupkach niż muzykę ze sceny. Na szczęście szybko zakumaliśmy, że coś jest nie tak i przenieśliśmy się w inne miejsce, gdzie wszystko brzmiało już bardzo dobrze, jak na pozostałych koncertach.
Rozczarował mnie także Steve Reich & Ensemble Modern na zakończenie festiwalu. Ale nie chodzi o sam występ, bardziej o program. Kurde, zwieńczając taką imprezę, trzeba walnąć kolejną petardę, wystrzelić tysiącem fajerwerków. Na co liczyli organizatorzy zapodając dość monotonną muzykę z subtelnymi zmianami? Chcieli się nas szybciej pozbyć czy jak? Fakt, pod sceną bardzo się przerzedziło... Przykre. To nie był po prostu czas i miejsce dla tego występu, skądinąd na pewno dobrego.
Przed Greenwoodem.
Mieszane uczucia mam też w stosunku do koncertu Noviki. Muzyka spoko, ale Kaśka mogłaby poprzestać na śpiewaniu i nie odzywać się do publiczności. Niemniej jednak było zajebiście, ale głównie dlatego, że czwarty dzień, więc zmęczeni pierdzielnęliśmy się na kocyk i pod błękitnym niebem chilloutowaliśmy przy aksamitnym plumkaniu.
Nie tym razem, cwaniaku.
Coś jeszcze
Bo heniek to nie tylko muzyka, ale też teatr, moda, sztuka, ngo, diabelski młyn - zupełnie jakby muzyka nie wystarczyła, a uwierzcie mi, wystarcza aż nadto. W tym roku na przykład premiera "Kabaratu Warszawskiego" w reżyserii Warlikowskiego z Cielecką, Ostaszewską, Chyrą, Poniedziałkiem i "młodym" Stuhrem. Nie załapałam się, ale też jakoś specjalnie o to nie zabiegałam. Trzeba było.
Futro w modzie? Chyba sztuczne.
Duże zainteresowanie budził samolot sklecony z kaszlaków i pomalowany na biało, na którym można było zostawiać autografy, złote myśli i podobizny penisa. Bardzo to sprytne. Autobus - samolot - lotnisko - ikarus - latanie. Zresztą co ja się będę produkować, zobaczcie filmik poniżej i moje ulubione pytanie: Gdzie ja jestem?
O reszcie niech powiedzą zdjęcia. Mam nadzieję, że tym razem wystarczy.
Jest pole...
... jest wypas...
... no i fallus pośrodku pola.
Dzień drugi. Zapowiadało się groźnie. Na szczęście tylko przez chwilę.
Przyszła odsiecz.
Z kołem ratunkowym.
To po walce.
Przestrzeń.
Bliskość.
Czary mary.
Szkoda. Szkoda, że tak szybko się skończyło, bo tego, że zrobiliśmy dobrze jestem w stu procentach pewna. Trzeba oszczędzać, ale na rzeczach. We wspomnienia lepiej inwestować. Poza tym jakoś niewyobrażalnie ciepło zrobiło mi się na sercu, gdy usłyszałam: Tak się cieszę, że mnie namówiłaś. I nie, to nie był upał.
Całe wieki temu, bo 3 lipca, rozpoczął się Open'er. Otwieracz, ale taki do lata.
Nawiasem mówiąc, wiecie, że pierwszy heniek odbył się w Warszawie w 2002 roku? Na szczęście (ehe) rok później przeniósł się do Gdyni, lecz zanim trafił na lotnisko w Babich Dołach-Kosakowie, przez pewien czas odbywał się na Skwerze Kościuszki (bardzo popularne miejsce w centrum Gdyni). Scena zwrócona była w stronę morza. Co sprytniejsi wypływali z mariny na swoich drogich jachtach, żeby posłuchać muzy za darmo, ale straż skutecznie ich przeganiała.
VIP trybuna.
Kiedy widzisz z domu (przy kilkukrotnym zbliżeniu) coś takiego...
VIP trybunę też widać.
... i wiesz, że na tej scenie, ewentualnie w jej pobliżu, grają muzykę, bardzo twoją muzykę, to doprawdy trudno jest nie uronić łzy, gdy jednak zostajesz w czterech ścianach. Żal ściska to i owo, bo dzikie tłumy płyną wartkim strumieniem przez twoje miasto, a ty tymczasem stoisz na brzegu i nijak nie możesz z tej przyjemności zaczerpnąć dla siebie. Przerabiałam taki scenariusz już kilka razy i nigdy nie było fajnie.
Zamek otoczony fosą (wiek XXI).
Dlaczego heniek jest w moim typie? Oprócz tego, że nasze gusta muzyczne często się pokrywają, jest jeszcze genialna atmosfera, którą henryk wytwarza wokół siebie. I nie mam tu na myśli oparów hipsterstwa, lansu czy trawy, tylko wrażenie, że jest się na ogromnym pikniku na wskroś przepełnionym muzyką (na żywo!) i niczym nieskrępowanym luzem. Możesz walnąć się na kocyk, patrzeć w niebo i spokojnie sączyć przyjemne dźwięki, ale możesz też pocisnąć pod samą scenę i cały koncert pochłonąć jednym haustem. Co wybierzesz?
Można i tak.
Teren festiwalowy jest ogromny (ok. 75 hektarów). Tak naprawdę dopiero w tym roku dotarło do mnie, jak wielkie odległości pokonujemy, wędrując przez lotnisko. Szaleństwo! Scen jest kilka, ale te najważniejsze to: na jednym końcu - Open'er Stage, czyli scena główna, na której występują headlinerzy; na drugim końcu - Tent Stage, czyli scena pod namiotem, pod którym przeżywam najbardziej. Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy nimi znajduje się trzecia scena, w tym roku nazwana Alterklub Stage, gdzie ktoś mnie zawsze mocno zaskakuje. I tak sobie kursujesz z jednego końca na drugi niczym warszawskie metro, a po drodze zaliczasz kilka stałych przystanków - wymiana kasy, piwo, prowiant i toi toi.
Open'er Stage nocą.
Tent Stage na horyzoncie. Gdybyśmy spojrzeli na lewo, zobaczylibyśmy Alterklub Stage.
Za placami mamy scenę główną.
Niektórzy bardzo narzekają na długie spacery, natomiast ja z ręką na sercu mogę Wam powiedzieć, że wraz ze zbędnym balastem pozbyłam się takiego stękania. Lubię, jak nogi wchodzą mi w tyłek. Uwielbiam rzucać się padnięta na wygodne łóżko. Nie twierdzę, że duże odległości nie mają swojego minusa, bo mają, ale polega on na czymś innym niż na zmęczeniu fizycznym: nie sposób zobaczyć wszystkiego, nie ma szans. Po prostu trzeba się z tym pogodzić i zawczasu zaplanować sobie jakiś gryplan, uwzględniając przerwy na żarcie i sikanie. Trzeba też uzbroić się w cierpliwość, bo wszędzie będą kolejki. Jednak muszę przyznać, że w tym roku byłam pozytywnie zaskoczona dobrym dostępem do toi toi. W strefie gastro natomiast bywało różnie. Ale i na to można znaleźć metodę. Najlepiej udać się na konsumpcję niesmacznej zapieksy dokładnie wtedy, gdy wszyscy siedzą na koncercie, na którym akurat nam nie zależy...
Cały czas mowa o jedzeniu. Przysięgam!
Tutaj też ;D
Czy też raczej: co ja wpieprzam?
Oto jest dobre pytanie na festiwal.
Oczywiście festiwal na olbrzymim, otwartym terenie oznacza również dużą zależność od kaprysów pogody. W tym roku obyło się na szczęście bez kąpieli w kałużach, nieatrakcyjnych aromatów i nurkowania w błocku za zgubionymi kaloszami. Za to noce były bardzo zimne, głównie za sprawą wiatru (już wam kiedyś tłumaczyłam, że klimat nad Bałtykiem jest, delikatnie ujmując, specyficzny). Moja kumpela w akcie desperacji ostatniego dnia przyniosła rękawiczki i wełnianą czapę. Tak, W LIPCU! Najgorsze, że to był bardzo dobry pomysł.
Ale to nic. Gdy już po wszystkim rozliczam się ze sobą i z festiwalem, zazwyczaj okazuje się, że lista szeroko rozumianych wad wyjątkowo zbladła, ba! niektóre z tych wad wspominam z rozrzewnieniem i przerzucam cichaczem na stronę plusów. I teraz konia z rzędem temu, kto oszacuje, jak cenne są te słodko-gorzkie wspomnienia, które zyskałam... Albo nie, zostawmy konia i rząd w spokoju (nie wierzę, że to piszę), bo wszyscy i tak doskonale znamy odpowiedź na to pytanie. Bezcenne!
Słońce zachodzi za Kosakowem.
Postanowiłam, że nie będę pakowała już więcej zdjęć w ten wpis, a ponieważ dzisiaj opowiedziałam Wam o festiwalu bardzo ogólnie, następnym razem skupię się na różnych wydarzeniach i emocjach. Co Wy na to? Nie bądźcie znudzone, proszę! A może coś jeszcze Was interesuje?
... nie zawsze są takie radosne. I've got that summertime sadness. Tak, ostrzegam, to będzie wpis głównie muzyczny.
To nie będzie pontona?
Z minionym tygodniem będzie mi się kojarzyć wiele wydarzeń: badminton, kiełbasa, spacer w deszczu, żyto, łabędzie na bagnach, cztery seriale i jeden film, olbrzymi arbuz i kilka rzeczy, o których nie wypada tutaj wspominać, dlatego wrzucam kilka smętnych pięknych (moim zdaniem) piosenek - one też będą mi się kojarzyć - i spadam rozwieszać pranie. Miłego niedzielnego popołudnia, buziaki, Słom.
Misiu z nami nie pojechał (poprzedni wpis), bo zabrałam Jareda z zespołem, a wiadomo, że jak jest 30 Seconds to Mars, to bez chórków się nie obejdzie. Słowem, sporawe towarzystwo mieliśmy i bardzo dobrze nam się jechało. Up in the Air i z górki.
Dzisiaj obejrzałam sobie teledysk i doszłam do wniosku, że jest [teledysk] dla mnie źródłem satysfakcji estetycznej. Nic dziwnego, w końcu jest kolorowo i slow motion. Oprócz tego w teledysku występują wygimnastykowane panie, zwierzęta oraz goła klata Jareda Leto. Pomijając dorabianie wszelkiej filozofii, po prostu przyjemnie się na to patrzy.