Na początek wyprostujmy kilka spraw. Kiedyś
Sleek był fajniejszy. Dzięki niemu w błyskawicznym tempie powiększyłam
swoją kolekcję z rozmiaru, który i tak zawstydziłby przeciętną Polkę, do
czegoś, co śmiało moglibyśmy podpiąć pod ciężki przypadek zbieractwa.
Odpowiadała mi pigmentacja tych cieni, kolory, których jeszcze nie
miałam, sensowna, wręcz niska cena. Aż tu niespodziewanie, nie wiadomo kiedy, bo
jak to zazwyczaj bywa, takie zmiany nie dzieją się od zaraz, tylko bardzo powoli i w dodatku chyłkiem (porozmawiajmy o starości), przestało mi
zależeć. Paletki zrobiły się wtórne, cena skoczyła w górę… przestałam
śledzić nowości, nawet nie wiem, co wyszło ostatnio. Moja świadomość
zatrzymała się gdzieś na etapie rispektów i suprimów. W bieżącym roku, który - przypominam - trwa już siedem miesięcy, przybyła mi jedna paletka. W dodatku sama jej nie kupiłam, ale otrzymałam do testów od sklepu
cocolita.pl w ramach HexxBoksa. Mowa o
Sparkle 2.
 |
| Edycja limitowana. Wciąż dostępna na Cocolicie za 37,49 zł. |
Ucieszyłam się. Przede wszystkim dlatego, że trochę chciałam ją sprawdzić, ale niepokój pokrzyżował mi plany i ostatecznie zrezygnowałam. Cienie z brokatem, bo przecież to w nich zasadza się cały pomysł na Sparkle, nigdy nie wzbudzały mojego zaufania, choć niechęć bardziej wynikała z domysłów niż empirycznego doświadczenia. Zawsze sobie myślałam: brokat, poważnie? Jak ja mam to porządnie rozetrzeć? Sparkle tu, sparkle tam, wszędzie sparkle na sobie mam!
 |
| Tak, TAM też. |
I wiecie co? Nie pomyliłam się. Najpoważniejszy zarzut, jaki mam do tej paletki, to upchnięcie w niej matów, które są wszak bardziej wymagające przy rozcieraniu niż satyny czy perły, i dodanie do nich brokatu. Nie ogarniam. Mogę sobie wklepywać cienie, ale w którymś momencie potrzebuję muszę je rozetrzeć. A wtedy brokat robi wszystko, tylko nie zostaje na powiekach. Nie wiem, może ja po prostu swoją amatorską ręką nie potrafię zrobić tego we właściwy sposób, ale tak czy siak nie zamierzam się ze swoją nieudolnością kryć, bo jednak amatorskich rąk jest wiele i każda z nich zasługuje na to, by zostać ostrzeżoną przed wymagającymi cieniami i brokatową zamiecią.
 |
| Coraz bliżej święta. |
Zamieć nie jest przypadkowym słowem. Sparkle 2 wyszła bowiem na zimę, szczególnie z myślą o świętach, na co wskazują nazwy cieni nadrukowane na folii zabezpieczającej: znajdziemy wśród nich lametę (Tinsel), jemiołę (Mistletoe), grzane wino (Mulled wine) czy świerk (Blue Spruce). Tak, tak, macie rację - środek lata, rychło w czas.
 |
| Folijka. |
 |
Górny rząd: (1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle, (5) Mistletoe, (6) Illusion.
Dolny rząd: (1) Festive, (2) Gold Ribbon, (3), Glitz&Glamour, (4) Tinsel, (5) Twinkle, (6) Starry Night. |
Nazwy są znaczące i świetnie oddają kolory poszczególnych cieni. A są to kolory ciemne, brudne, raczej ciepłe. Cztery satynowe cienie nie zawierają brokatu: złoty Gold Ribbon, srebrny Tinsel, miedziany Chocolate Penny i mający zadatki na kameleona, czekoladowy Truffle. Od razu je polubiłam. Pozostałe cienie są matowe i zbezczeszczone migoczącym brokatem, głównie srebrzystym, chociaż w grzanym winie (Mulled Wine) jest on złoty, a w zielonej jemiole (Mistletoe) wydaje się zielonkawy. Brokat ma co prawda różne natężenie w różnych cieniach, ale nadal w nich jest. Same maty rozcierają się całkiem nieźle, a pigmentacja też daje radę. Gdyby jeszcze te upierdliwe paprochy raczyły zniknąć, byłabym wniebowzięta.
 |
| Ciepło i przytulnie. |
Tak więc kiedy przyjrzałam się temu wszystkiemu z bliska, mina trochę mi zrzedła. Zrozumiałam, że przygotowanie recenzji tej palety nie będzie proste. Przede wszystkim dlatego, że moim zdaniem Sparkle 2 jest zestawieniem cieni wybitnie wieczorowych, a ja wieczorem nie robię zdjęć makijaży, bo nie mam dobrej lampy. Trochę klops.
 |
(1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle, (5) Mistletoe, (6) Illusion,
(7) Festive, (8) Gold Ribbon, (9), Glitz&Glamour, (10) Tinsel, (11) Twinkle, (12) Starry Night. |
Oczywiście, dla chcącego nic trudnego i problem przeskoczyłam. Kolejny też, choć okazał się jeszcze kłopotliwszy. Muszę bowiem wyraźnie zaznaczyć, że nawet jeżeli ta paleta tworzona była z myślą o długich zimowych nocach, to jednak brakuje mi w niej jaśniejszych akcentów. Okej, jest złoto i srebro, ale nie o to chodzi. Skoro do prawie każdego sleeka można pakować tę przebrzydłą czerń, to dlaczego nie da rady wraz z nią dorzucić jakiegoś w miarę jasnego, najlepiej matowego cienia, który ułatwi rozcieranie i rozświetlenie makijażu, bez dodawania odpustowego błysku? Nie wiem, może ja jestem jakaś spaczona, olśnijcie mnie.
 |
| Głównie górny rząd oraz gęsia skórka. |
Dlatego pomimo iż po Sparkle 2 sięgałam dość często, zwłaszcza ostatnio, choć jest jasno, a o Last Christmas nikt już nie pamięta (spokojnie, niedługo ruszą wyprzedaże z okazji tegorocznych świąt), to przeważnie łączyłam ją z innymi paletami, żeby nie robić z siebie pandy. Albo nawet drag queen. Łączenie z innymi paletami i podobnymi kolorami, tylko że pozbawionymi brokatu, pozwalało mi również uniknąć osypywania.
 |
| Głównie dolny rząd. I gęsia skórka. |
Które cienie upodobałam sobie najbardziej? Przede wszystkim nieokreślony Blue Spruce. Zakochałam się po uszy i sięgałam po niego najczęściej. Wbrew pozorom idealny na lato. Natomiast spośród bardzo przyjemnych satyn, najbardziej zaciekawił mnie Tinsel, dlatego że srebrny, ale dość niezwykły, bo z piękną niebieską poświatą, czego być może nie widać na zdjęciach, ale spróbuję to pokazać w jednym z makijaży. Spodobał mi się również ciemny fiolet z górnego rzędu, czyli Illusion oraz bajecznie napigmentowany, granatowy Twinkle. Zielony Mistletoe też jest niczego sobie. W opakowaniu zupełnie mnie nie ruszał, ale po rozsmarowaniu na powiece, pięknie podbija kolor mojej tęczówki.
 |
| Tinsel na czarnej kredce. |
Zupełnie natomiast nie ciągnęło mnie w stronę czarnego Starry Night (a to ci zaskoczenie). Zawiodłam się również na ciemnoszarym, nieco oberżynowym Glitz&Glamour. Na oku robiła mi się z niego brzydka, szarobura plama. Być może trzeba go jeszcze okiełznać.
 |
| Okiełznuję paletę z paprochami. |
W tym miejscu chciałabym zakończyć swoją recenzję, a przynajmniej część ze słoczami i moim narzekaniem. Makijaże dorzucę w kolejnej notce, nie chcę, żeby się zagubiły w natłoku tych wszystkich zdjęć, które dzisiaj zamieściłam. Celowo pominęłam opis opakowania, skład i hejtowanie pacynki, po którą ja akurat czasami lubię sięgać. Te rzeczy są wałkowane przy większości wpisów o paletkach Sleeka, nie widzę sensu, aby je powielać. Wszystkie słocze na ręce robiłam w świetle dziennym, przy lekkim zachmurzeniu, podczas jednego z naszych wypadów nad jezioro - stąd gęsia skóra. Pod cieniami nie ma żadnej bazy.
 |
| W tle widać kawałek domku ♥ |
Macie pracę domową!
Oj no, dla chętnych.
Zanim zamieszczę kolejny wpis z malunkami, zapodajcie w komentarzu ciekawe kombinacje cieni z tej palety. Zobaczymy, czy nasze pomysły były podobne. :)
 |
| Farfocle w sztucznym świetle. |
Bardzo dziękuję Hexx oraz sklepowi internetowemu Cocolita.pl
za umożliwienie mi przetestowania powyższego produktu w ramach akcji HexxBox.
(Kliku klik w poniższe obrazki).
 |
| Buziaki! |
PS Makijaże znajdziecie
tutaj. Zapraszam!