Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HexxBox. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HexxBox. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 sierpnia 2013

Sparkle dwa razy trzy

Uszanowanie, koleżanki Czytelniczki!

Wracam z obiecanym rozwiązaniem zadania domowego. Poniżej znajdziecie makijaże wykonane paletą Sparkle 2, o której opowiedziałam więcej w tym hexxboksowym wpisie. Niektóre propozycje częściowo pokrywały się z moimi. Wszystkie natomiast poruszyły wyobraźnię. Miałam ochotę spróbować ich na sobie, ale czas nie sprzyjał. Coraz bardziej brakuje mi lampy, bo na zdjęcia makijaży zostają mi - w najlepszym wypadku - soboty i niedziele.

Pierwszy
Na rozgrzewkę kombinacja, której nie mogłam sobie odmówić. Prosta, lecz intensywna. Wykorzystałam raptem dwa cienie - zielononiebieskiego ulubieńca (Blue Spruce) oraz wzbudzający zainteresowanie granat (Twinkle). Wyszła taka rozgwieżdżona noc, nieco już blednąca. Jeszcze trochę, a będę miała na blogu wszystkie pory dnia i nocy. Wschód słońca przecież już oglądaliśmy...

Kreski na powiece ruchomej i na linii wodnej zrobiłam niebieską kredką z H&M.

Wspominałam ostatnio, że w Sparkle 2 brakuje mi jasnego cienia do rozcierania.
Dlatego przy wszystkich makijażach pomagałam sobie pudrem Wet'n'Wild,
którego używam na co dzień do utrwalania podkładu.

Tęczówka jak zwykle niezdecydowana.

Wykorzystane cienie:

(1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle,
(5) Mistletoe, (6)Illusion, (7) Festive, (8) Gold Ribbon,
(9), Glitz&Glamour, (10) Tinsel,
(11) Twinkle, (12) Starry Night.


Drugi
Tym razem w pełnym słońcu i nad jakimś akwenem. Skusiły mnie cienie bez brokatu, ale nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła Blue Spruce. Trafił na linię wodną, choć w żadnym wypadku nie jest to trwałe rozwiązanie. Do zaakcentowania zewnętrznego kącika użyłam między innymi czerni.

Przy robieniu kreski na górnej powiece wykorzystałam brązową kredkę Pierre Rene.

Jeśli znacie wodoodporną kredkę w odcieniu zbliżonym do Blue Spruce...
błagam, zlitujcie się i napiszcie o niej w komentarzu!

Aha, pamiętajcie, że wszystkie makijaże z tego wpisu zmalowałam na bazie Hean.


Wykorzystane cienie:

(1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle, (5) Mistletoe, (6) Illusion,
(7) Festive, (8) Gold Ribbon, (9), Glitz&Glamour, (10) Tinsel, (11) Twinkle, (12) Starry Night.


Trzeci
A tu taka multikolorowa popierdółka, z której jestem zadowolona najmniej, zwłaszcza że wymyśliłam sobie jakieś dziwaczne połączenie kolorów. Całe szczęście, że na zdjęciach nie wygląda tak źle.

Do kreski na górnej powiece wykorzystałam fioletowy Festive i Duraline z Inglota.
Tuż nad kreską dołożyłam odrobinę srebrnego cienia Tinsel.

Na linii wodnej kredka Catrice Kajal Designer 160 Get Your Golden Eyes. Raczej już wycofana.

Wykorzystane cienie:

(1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle, (5) Mistletoe, (6) Illusion,
(7) Festive, (8) Gold Ribbon, (9), Glitz&Glamour, (10) Tinsel, (11) Twinkle, (12) Starry Night.



Na koniec zostawiam Was jeszcze z takimi oczami:

Makijaż poranny.

Ponieważ dolna powieka zniknęła w mroku, skupmy się na górnej. A na niej Mulled Wine, którego jako jedynego zabrakło w poprzednich makijażach, oraz Tinsel z obiecaną niebieską poświatą. Mam ochotę to powtórzyć, ale na pewno nie teraz. Teraz idę spać, a Wam życzę samych dobrych rzeczy!

Buziaki!

PS Na komentarze pod poprzednim wpisem odpowiem już jutro. Dziś odpadam.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Zaglądamy do Hexxboksa (2)

Na początek wyprostujmy kilka spraw. Kiedyś Sleek był fajniejszy. Dzięki niemu w błyskawicznym tempie powiększyłam swoją kolekcję z rozmiaru, który i tak zawstydziłby przeciętną Polkę, do czegoś, co śmiało moglibyśmy podpiąć pod ciężki przypadek zbieractwa. Odpowiadała mi pigmentacja tych cieni, kolory, których jeszcze nie miałam, sensowna, wręcz niska cena. Aż tu niespodziewanie, nie wiadomo kiedy, bo jak to zazwyczaj bywa, takie zmiany nie dzieją się od zaraz, tylko bardzo powoli i w dodatku chyłkiem (porozmawiajmy o starości), przestało mi zależeć. Paletki zrobiły się wtórne, cena skoczyła w górę… przestałam śledzić nowości, nawet nie wiem, co wyszło ostatnio. Moja świadomość zatrzymała się gdzieś na etapie rispektów i suprimów. W bieżącym roku, który - przypominam - trwa już siedem miesięcy, przybyła mi jedna paletka. W dodatku sama jej nie kupiłam, ale otrzymałam do testów od sklepu cocolita.pl w ramach HexxBoksa. Mowa o Sparkle 2.

Edycja limitowana. Wciąż dostępna na Cocolicie za 37,49 zł.

Ucieszyłam się. Przede wszystkim dlatego, że trochę chciałam ją sprawdzić, ale niepokój pokrzyżował mi plany i ostatecznie zrezygnowałam. Cienie z brokatem, bo przecież to w nich zasadza się cały pomysł na Sparkle, nigdy nie wzbudzały mojego zaufania, choć niechęć bardziej wynikała z domysłów niż empirycznego doświadczenia. Zawsze sobie myślałam: brokat, poważnie? Jak ja mam to porządnie rozetrzeć? Sparkle tu, sparkle tam, wszędzie sparkle na sobie mam!

Tak, TAM też.

I wiecie co? Nie pomyliłam się. Najpoważniejszy zarzut, jaki mam do tej paletki, to upchnięcie w niej matów, które są wszak bardziej wymagające przy rozcieraniu niż satyny czy perły, i dodanie do nich brokatu. Nie ogarniam. Mogę sobie wklepywać cienie, ale w którymś momencie potrzebuję muszę je rozetrzeć. A wtedy brokat robi wszystko, tylko nie zostaje na powiekach. Nie wiem, może ja po prostu swoją amatorską ręką nie potrafię zrobić tego we właściwy sposób, ale tak czy siak nie zamierzam się ze swoją nieudolnością kryć, bo jednak amatorskich rąk jest wiele i każda z nich zasługuje na to, by zostać ostrzeżoną przed wymagającymi cieniami i brokatową zamiecią.

Coraz bliżej święta.

Zamieć nie jest przypadkowym słowem. Sparkle 2 wyszła bowiem na zimę, szczególnie z myślą o świętach, na co wskazują nazwy cieni nadrukowane na folii zabezpieczającej: znajdziemy wśród nich lametę (Tinsel), jemiołę (Mistletoe), grzane wino (Mulled wine) czy świerk (Blue Spruce). Tak, tak, macie rację - środek lata, rychło w czas.

Folijka.
Górny rząd: (1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle, (5) Mistletoe, (6) Illusion.
Dolny rząd: (1) Festive, (2) Gold Ribbon, (3), Glitz&Glamour, (4) Tinsel, (5) Twinkle, (6) Starry Night.

Nazwy są znaczące i świetnie oddają kolory poszczególnych cieni. A są to kolory ciemne, brudne, raczej ciepłe. Cztery satynowe cienie nie zawierają brokatu: złoty Gold Ribbon, srebrny Tinsel, miedziany Chocolate Penny i mający zadatki na kameleona, czekoladowy Truffle. Od razu je polubiłam. Pozostałe cienie są matowe i zbezczeszczone migoczącym brokatem, głównie srebrzystym, chociaż w grzanym winie (Mulled Wine) jest on złoty, a w zielonej jemiole (Mistletoe) wydaje się zielonkawy. Brokat ma co prawda różne natężenie w różnych cieniach, ale nadal w nich jest. Same maty rozcierają się całkiem nieźle, a pigmentacja też daje radę. Gdyby jeszcze te upierdliwe paprochy raczyły zniknąć, byłabym wniebowzięta.

Ciepło i przytulnie.

Tak więc kiedy przyjrzałam się temu wszystkiemu z bliska, mina trochę mi zrzedła. Zrozumiałam, że przygotowanie recenzji tej palety nie będzie proste. Przede wszystkim dlatego, że moim zdaniem Sparkle 2 jest zestawieniem cieni wybitnie wieczorowych, a ja wieczorem nie robię zdjęć makijaży, bo nie mam dobrej lampy. Trochę klops.

(1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle, (5) Mistletoe, (6) Illusion,
(7) Festive, (8) Gold Ribbon, (9), Glitz&Glamour, (10) Tinsel, (11) Twinkle, (12) Starry Night.

Oczywiście, dla chcącego nic trudnego i problem przeskoczyłam. Kolejny też, choć okazał się jeszcze kłopotliwszy. Muszę bowiem wyraźnie zaznaczyć, że nawet jeżeli ta paleta tworzona była z myślą o długich zimowych nocach, to jednak brakuje mi w niej jaśniejszych akcentów. Okej, jest złoto i srebro, ale nie o to chodzi. Skoro do prawie każdego sleeka można pakować tę przebrzydłą czerń, to dlaczego nie da rady wraz z nią dorzucić jakiegoś w miarę jasnego, najlepiej matowego cienia, który ułatwi rozcieranie i rozświetlenie makijażu, bez dodawania odpustowego błysku? Nie wiem, może ja jestem jakaś spaczona, olśnijcie mnie.

Głównie górny rząd oraz gęsia skórka.

Dlatego pomimo iż po Sparkle 2 sięgałam dość często, zwłaszcza ostatnio, choć jest jasno, a o Last Christmas nikt już nie pamięta (spokojnie, niedługo ruszą wyprzedaże z okazji tegorocznych świąt), to przeważnie łączyłam ją z innymi paletami, żeby nie robić z siebie pandy. Albo nawet drag queen. Łączenie z innymi paletami i podobnymi kolorami, tylko że pozbawionymi brokatu, pozwalało mi również uniknąć osypywania.

Głównie dolny rząd. I gęsia skórka.

Które cienie upodobałam sobie najbardziej? Przede wszystkim nieokreślony Blue Spruce. Zakochałam się po uszy i sięgałam po niego najczęściej. Wbrew pozorom idealny na lato. Natomiast spośród bardzo przyjemnych satyn, najbardziej zaciekawił mnie Tinsel, dlatego że srebrny, ale dość niezwykły, bo z piękną niebieską poświatą, czego być może nie widać na zdjęciach, ale spróbuję to pokazać w jednym z makijaży. Spodobał mi się również ciemny fiolet z górnego rzędu, czyli Illusion oraz bajecznie napigmentowany, granatowy Twinkle. Zielony Mistletoe też jest niczego sobie. W opakowaniu zupełnie mnie nie ruszał, ale po rozsmarowaniu na powiece, pięknie podbija kolor mojej tęczówki.

Tinsel na czarnej kredce.

Zupełnie natomiast nie ciągnęło mnie w stronę czarnego Starry Night (a to ci zaskoczenie). Zawiodłam się również na ciemnoszarym, nieco oberżynowym Glitz&Glamour. Na oku robiła mi się z niego brzydka, szarobura plama. Być może trzeba go jeszcze okiełznać.

Okiełznuję paletę z paprochami.

W tym miejscu chciałabym zakończyć swoją recenzję, a przynajmniej część ze słoczami i moim narzekaniem. Makijaże dorzucę w kolejnej notce, nie chcę, żeby się zagubiły w natłoku tych wszystkich zdjęć, które dzisiaj zamieściłam. Celowo pominęłam opis opakowania, skład i hejtowanie pacynki, po którą ja akurat czasami lubię sięgać. Te rzeczy są wałkowane przy większości wpisów o paletkach Sleeka, nie widzę sensu, aby je powielać. Wszystkie słocze na ręce robiłam w świetle dziennym, przy lekkim zachmurzeniu, podczas jednego z naszych wypadów nad jezioro - stąd gęsia skóra. Pod cieniami nie ma żadnej bazy.

W tle widać kawałek domku ♥

Macie pracę domową!
Oj no, dla chętnych.
Zanim zamieszczę kolejny wpis z malunkami, zapodajcie w komentarzu ciekawe kombinacje cieni z tej palety. Zobaczymy, czy nasze pomysły były podobne. :)


Farfocle w sztucznym świetle.



Bardzo dziękuję Hexx oraz sklepowi internetowemu Cocolita.pl
 za umożliwienie mi przetestowania powyższego produktu w ramach akcji HexxBox.
 (Kliku klik w poniższe obrazki).



Buziaki!

 PS Makijaże znajdziecie tutaj. Zapraszam!

piątek, 28 czerwca 2013

Zaglądamy do HexxBoksa (1)

Tak naprawdę to wcale nie zaginęłam. Siedzę w lesie, prawie że w jeziorze, chociaż teraz to wolę przy kominku, i ładuję baterie przed kolejnym maratonem. Okej, dobra, dziś wróciłam do domu, żeby upiec ciasto, bo coś w końcu w tym lesie jeść muszę. (FYI, z poziomkami na razie krucho, a ciastka z lewiatana już mi się sprzykrzyły...).

W międzyczasie recenzja. O tego:

Pink eye. Or something.

Jak sam tytuł wskazuje, różowe cacuszko ze zdjęcia powyżej przywędrowało do mnie w HexxBoksie (regulamin akcji oraz formularz zgłoszeniowy znajdziecie na blogu Hexx). W pierwszej chwili pomyślałam, łał, nie spodziewałam się takiego pięknego koloru. Ale potem: łał, tych drobin też nie. I wiecie co Wam powiem? Strach ma wielkie oczy, ale mimo wszystko... niedowidzi.

Powoli.

Róż przywędrował do mnie w czarnym kartoniku, szczelnie zafoliowany.

Dziękuję Ci, Matkobosko Niemacantko!

Marka, czyli Beauties Factory (oficjalna strona), była mi zupełnie obca, więc jeszcze przed rozpieczętowaniem kartonika powzięłam decyzję o niesprawdzaniu niczego na jej temat, ot, żeby się zanadto nie uprzedzić. Chociaż uprzedzenie i tak nastąpiło, gdy zobaczyłam napis MADE IN P.R.O.C. nadrukowany na jednym z boków. No trudno.

Tak, tak, w Chinach.

Róż ma 6 gramów, czyli jest sporawy. Dla porównania róż the Balm ma 8,5 grama, a pojedynczy Sleeka 8 gramów. Data ważności, widoczna powyżej, jest w porządku, ale pamiętajcie, że po otwarciu ten produkt jest ważny tylko 12 miesięcy.

Okej, karton jak karton, pokaż lepiej co jest w środku.

Tak lepiej!

Pudełeczko jest czarne, z tworzywa sztucznego. Zamyka się z klikiem, nie otwiera samoistnie. Wygląda dość solidnie, nie zdążyłam go połamać, ale też nie nosiłam go nigdy w torebce. Fakt, przejechało ze mną pół Polski, ale w bezpiecznej odległości od moich dwóch lewych rąk.

Poza tym jest piętrowe!

A kuku!

Na parterze mieszka lusterko oraz rozczapierzony, płaski pędzel z krótkim, nieporęcznym trzonkiem. Na upartego można go użyć (ze dwa razy to zrobiłam), ale polecam coś solidniejszego, może nieco mniej giętkiego. Dlaczego?

Aj dont fink soł.

Dlatego że róż należy do gatunku "mocno sprasowanych". Ale w tym dobrym sensie, na szczęście (chyba że używamy do aplikacji czegoś szajsowatego, vide pędzel powyżej). To znaczy, że ani nie nabiera się go przesadnie dużo, ani nie trzeba sięgać po druciak, żeby zeskrobać ociupinę pyłku na policzek. Myślę, że to istotna uwaga dla wszystkich początkujących. Moim zdaniem tego typu róż jest idealny przy pierwszych próbach. Naprawdę trudno sobie zrobić nim krzywdę. Nakłada się równomiernie, można stopniować intensywność koloru, pod tym względem bajka. Natomiast dla fanów matrioszki może być rozczarowujący.

Trwałość? Nie jest idealny, po kilku godzinach warstewka ulega wytarciu, chociaż policzek nie zostaje zupełnie nagi. Róż na pewno nie tworzy nieestetycznych plam czy prześwitów. Po prostu jest przyzwoicie, ale oczekiwałabym większego zaangażowania z jego strony. Ja z siebie dałam wszystko, bardzo się przywiązałam. Szczerze mówiąc, to jeden z moich dwóch ulubionych różów ostatnich kilku miesięcy. Sięgam po niego kilka razy w tygodniu.

Drobiny?

Co się zaś tyczy samego koloru... bardzo mi przypasował. Mam odcień nr 8, jasny róż, rzekłabym, że chłodny. Mikrodrobiny, które na początku bardzo mnie przeraziły, najbardziej opalizują w sztucznym świetle, ale moim zdaniem nie ma w tym nic ordynarnego. W świetle naturalnym błysk jest znikomy, aczkolwiek wolę uprzedzić, bo wiem, że niektórzy mogą nie zdzierżyć. Róż sam w sobie jest matowy.

Paleta kolorów ze strony cocolita.pl

No i na koniec mam dla Was coś, co sobie również zachowałam na deser: cenę! Aż do dziś nie wiedziałam, ile ten róż kosztuje, i muszę przyznać, że zaskoczenie spotkało mnie miłe, bo 13,90 zł. Możecie go kupić na stronie www.cocolita.pl.




Żartowałam, to jeszcze nie koniec... Przecież wypadałoby pokazać cacko na twarzy. Dlatego poniżej scrollujecie na własną odpowiedzialność.

W nieco chłodniejszym oświetleniu.



Oraz w nieco cieplejszym.




I jak? Czujecie się zainteresowane?
A może znacie inne produkty Beauties Factory, choćby z opowieści?




Nawet jeżeli nie, to pożegnalne buziaki i tak się należą,
Słom :*

PS Składzik dla ciekawskich.







Bardzo dziękuję Hexx oraz sklepowi internetowemu Cocolita.pl 
za umożliwienie mi przetestowania powyższego produktu w ramach akcji HexxBox.



piątek, 15 lutego 2013

Przyszło do mnie, ale wiem skąd

...też jestem śmieszna, że od jednego labiryntu słów odpoczywam, uciekając w drugi. Brawa dla mnie, burza oklasków i na koniec grom z jasnego nieba. Słomka's dead...









Ale wstaje, bo robota sama się nie zrobi, nie?

Dlatego dziś więcej zdjęć, temat jak zwykle błahy, bo już nie mogę, głowa mi spuchła, jest jak ciężki balon wypełniony spalenizną przegrzanych zwojów i bździną nie najlepiej trawiącego mózgu. Tak, dziś jest dosadnie. Kolejny powód, by jednak skupić się na zdjęciach.

Będą między innymi te panie:

Zlazły się baby i pitolą o dupie Maryni. Bo Marynia nie przyszła, wiadomo, jak to jest.

Po kolei.

Minął już tydzień od czasu, gdy dotarła do mnie niemiecka wygrana od Sroki, więc po fazie przyjemnego zaskoczenia (przypominam) oraz oglądania każdego artefaktu z należytym pietyzmem postanowiłam na zapas zrobić zdjęcia, żeby później nie było durnego: o nie, ja jeszcze tego nie mogę napocząć, bo przecież nie cyknęłam fot uwieczniających całość i niepokalaność. Doprawdy, po tym właśnie poznasz blogerkę. Choć fakt - nie każdą.

Skoro mam już zdjęcia, to Wy też miejcie.

Zgromadzenie? A pozwolenie macie?

Będzie pierwsze randewu (i nie w mojej wyobraźni) z Baleą oraz Alverde, ale to jeszcze chwila, bo najpierw wykończę to, czego teraz używam. Na razie pozwoliłam sobie na wąchanie. Wanilia z kardamonem na pierwszy rzut nosa zapachniała mi dość intensywnie, ale teraz zmieniam zdanie, tamtego dnia miałam widocznie jakieś przeczulenie. Myślę, że będzie nam razem przyjemnie.

Balea. Według niej funky dżungla pachnie figą i granatem, dla mnie jest to zapach wakacyjnych kąpieli w publicznej łazience. Okej, to zabrzmiało źle, ale ja lubię takie zapachy.

Pomadka nawilżająca trąci wyrobem czekoladopodobnym.

Intensywnie używam natomiast kremu do rąk Essence. Po pierwszym posmarowaniu myślałam, że się nie polubimy, bo jednak pozostawia warstewkę, ale okazało się, że ta warstewka niespecjalnie mi przeszkadza, bo nie jest klejąca. Poza tym mam wrażenie, że od czasu, gdy zaczęłam zabawy z olejami, wzrosła moja tolerancja względem tłustości. Póki co z kremu jestem zadowolona, na drugim miejscu w składzie, tuż po wodzie, ma olej kokosowy, na trzecim - masłoszparkę. Potem jest już wazelina i gliceryna, ale nic nie szkodzi, na zimę to nawet dobrze dla dłoni. Taka rękawiczka. Gdybym miała coś zmieniać, to w pierwszej kolejności zmieniłabym zapach (Gingerbread Chai Latte). Chociaż... im więcej z nim przebywam, tym bardziej się przyzwyczajam. Już tak mam.


Kurduple.

Tutaj nie mam większych uwag. Rozświetlającego cusia z Essence jeszcze nie wypróbowałam. Tego korektora do paznokci użyłam ze dwa razy (poradził sobie), raz przy czerwonym lakierze, więc już ma zabarwiony czubek, a producent nie przewidział zapasowych - dziwne. Zapach jest... nawet ładny. Jakaś guma balonowa? Jeżeli wierzycie, że zmywające płyny mogą dobrze pachnieć, to ten właśnie pachnie.

EDIT: A teraz pośmiejcie się ze mną! Sroczka właśnie mnie naprostowała: to wcale nie jest zmywacz, tylko odżywka w pisaku. Najlepsze jest to, że obejrzałam napisy na opakowaniu i chyba sobie dopowiedziałam, że 3 w 1 oznacza również zmywanie... Trolololo. Nic dziwnego, że ma jedną końcówkę i pachnie (coś ostrego wyczuwałam w tym zapachu i to też utwierdziło mnie w przekonaniu, fak, siła sugestii)... tylko jak ja dałam radę zmyć zalane skórki? Może ten pisak nie wie, że stać go na więcej ;)

Mała katastrofa w tle.

Pomadkę miałam na ustach tylko raz - zdecydowanie za mało, żeby teraz wnikać. Jest z tych o laboratoryjnym zapachu. Kryje i daje raczej satynowe wykończenie.

Podejdźmy jeszcze bliżej.


Nie chciałam, żeby czuła się samotna, więc znalazłam jej towarzystwo.

Free hugs.


























Czyli zadałam szyku w Azji.

Na swatchach w następującej kolejności:
- Ultra Color Rich Chic (Avon)
- Be Obsessed Lipstick 020 Rosewood Myths (P2, limitka Keep the Secret)
- Lasting Finish Lipstick 077 Asia (Rimmel)

Tak jest, jadłam jabłko.

Swatchuje (i pozdrawiam):

Od dołu: Chic, Rosewood Myths, Asia

Jak widzicie, Rosewood Myths bardzo blisko do Azji (Asi?). Asia jest może nieco jaśniejsza, trochę więcej w niej różu, Rosewood wygląda przy niej brązowo (przynajmniej na żywo). Natomiast z szykiem to już inna historia. Taka wiśniowa ciut.
Hm, jesienne kolory.

Poniżej chyba lepiej widać różnice.
(Ale kolory podrasowane, "soczystsze" niż w rzeczywistości. Bardziej przypominają to, co widzę w świetle sztucznym).

Od lewej: Avon, P2, Rimmel

Od lewej: pomadka nr 1, pomadka nr 2, pomadka nr 3 :>

Na usta jeszcze przyjdzie pora, teraz jest za wcześnie (zgrywam się).


Co jeszcze, moje Panie?
Ano jeszcze cień, który został skrzywdzony. Nie ubolewam, bo jakoś go sprasuję i jeszcze będzie do śmigania. No, może ociupinkę go żal. Ciekawe, czy miał jakieś fajne tłoczenie.

P2, Metal Eyes Eye Shadow 020 Taupe Elephant
Razem raźniej.

020 Taupe Elephant, czyli słonik w błotku jest ślicznym kameleonem-duochromem. Na opakowaniu napisano, że to kremowy cień do aplikacji na sucho i mokro. Tam kremowy zaraz. Moim zdaniem do wypiekańców mu bliżej. Solo jest raczej delikatny. Ożywa na bazie czy też z nieszczęsną wodą.

Przybrudzony ciepły brąz mieniący się na zielono. Lubimy to!
Od lewej: solo, baza ArtDeco, woda.
Ej, to naprawdę zaczyna przypominać skórę słonia XD

I tyle dobrego!
Do niektórych rzeczy na pewno jeszcze wrócę, a póki co serdecznie dziękuję Sroczce za zorganizowanie rozdania. Buziaki.



Aha, byłabym zapomniała. Uważne obserwatorki na pewno spostrzegły taki baner w pasku bocznym:



No właśnie, jestem testerką i dostałam już swoją działkę (Hexx, leci do Ciebie moc całusów!).
Jeśli jeszcze nie słyszałyście o akcji (możliwe to?), polecam zajrzeć tutaj. Hexx uczyniła rzeczy cudowne i znów zamierza je czynić!

Oto, co będę brała w obroty (brace yourself!):



Zainteresowane? W takim razie polecam się na przyszłość, bo póki co powinnam przystopować z blogiem. Niestety, dalej piję niesmaczne piwo.

Am!

...jak widać, nie umiem tak bez tekstu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...