Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 stycznia 2014

Duet

Wraz ze starym rokiem odeszła do przeszłości maseczka maltretowana przeze mnie od początku października, a ponieważ peeling, który dzielnie jej towarzyszył, powoli zmierza w tym samym kierunku, zapraszam Was na recenzję dwóch produktów marki Himalaya Herbals. Oba otrzymałam do testów.

Czapki z głów? Sprawdźmy.

Maseczka z miodli indyjskiej do cery trądzikowej
75 ml / ok. 12 zł

Tajemnicza miodla powraca, tym razem jako dodatek do brudnozielonej pasty, która ma regulować wydzielanie sebum, oczyszczać zatkane pory skóry i zapobiegać nawrotom zaskórników. O miodli indyjskiej napomknęłam jakiś czas temu, kreśląc kilka słów na temat pianki do mycia twarzy, ale pozwólcie, że przypomnę: jest to roślina o właściwościach antybakteryjnych, przeciwgrzybiczych i antywirusowych, która w rzeczywistości ma niewiele wspólnego z miodem i jodłami (oprócz nazwy).

To naprawdę maska!

Wydobywanie maski z plastikowej tubki od pewnego momentu zrobiło się dla mnie, delikatnie mówiąc, kłopotliwe. Nie raz i nie dwa glinkowa maź bryzgała w nieplanowanym kierunku (albo w kilku takich kierunkach...), a o wyciskaniu resztek z tubki można by zrobić kolejną część Mission Impossible, przy czym kiedy wreszcie ośmieliłam się sięgnąć po nożyczki i rozciąć wredny plastik, okazało się - zgodnie z moimi przypuszczeniami - że w środku siedziała sobie jeszcze całkiem spora porcja, nadająca się przynajmniej na dwa użycia.

Jeszcze przed egzekucją.

Producent zaleca nakładanie maseczki na oczyszczoną skórę na 10-15 minut, w czasie których powinna zdziałać wspomniane wyżej cuda, pozostawiając skórę o poprawionej strukturze, odmłodzoną [sic!] i ujędrnioną. Zacznijmy jednak od tego, że maska zastygała na mojej twarzy w czasie krótszym niż zalecany. Czasami zmywałam ją nieco szybciej, ale najczęściej spryskiwałam zastygającą masę wodą lub hydrolatem. Oprócz szybkiego wysychania odnotowałam ciekawy zapach, dla mnie bardzo przyjemny, relaksujący, jakby mydlany, ale skrzyżowany z bliżej niezidentyfikowanym zielskiem czy może mentolem, choć zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą uznać taką mieszankę za co najmniej dziwną. Poza tym zaraz po aplikacji odczuwałam delikatne mrowienie.

Poprawiam strukturę.

Efekty? Może zejdźmy na ziemię i darujmy sobie odmłodzoną skórę (czy ktoś w ogóle daje wiarę takim obietnicom?), chyba że oznaką odmłodzenia jest zaczerwienienie twarzy, które występowało u mnie po większości spotkań z tym produktem. Na szczęście nie utrzymywało się zbyt długo, ale jeśli macie wrażliwą cerę i wpadłyście na pomysł, że jest to maska dla was, pomyślcie jeszcze raz. Pory wizualnie zwężone, cera, oczyszczona i zmatowiona, dopomina się o krem, a kiedy go otrzymuje, spija w błyskawicznym tempie. Czy ja już mówiłam, że za to najbardziej cenię glinkowe maseczki?

W składzie jest również kurkuma.

Na koniec kilka luźnych spostrzeżeń. Ubrałabym je w zdania, ale czeka nas jeszcze peeling, więc najwyższy czas, abym przestała się pieścić z maseczką. Tak więc:
  • warto przemywać wylot tubki, bo maska lubi zastygać
  • nie ma gładkiej konsystencji, są w niej grudki - przy nakładaniu można zrobić pseudopeeling
  • zmywanie bywa upierdliwe, dlatego najlepiej zaaplikować maskę przed wejściem pod prysznic
  • w składzie pojawiają się parabeny, hydantoina i SLS.

Skład: Aqua, Kaolin, Melia Azadirachta Leaf Extract, Propylene Glycol, Bentonite, Fuller's Earth, Curcuma Longa Root Extract, Fragrance, Sodium Methylparaben, Imidazolidinyl Urea, DMDM Hydantoin, Xanthan Gum, Sodium Propylparaben, Citric Acid, Disodium EDTA, Sodium Lauryl Sulfate.


Peeling morelowy delikatnie złuszczający do cery wrażliwej
75 ml / ok. 10 zł

A tutaj mamy produkt przeznaczony właśnie do cery wrażliwej.

Ślimak, ślimak pokaż rogi.

Widzicie te drobiny? Wcale nie jest przesadnie delikatnie. Nie mam cery wrażliwej, ale gdybym miała, podchodziłabym do testów tego peelingu z pewną dozą ostrożności. Zanim produkt trafił w moje ręce, zastanawiałam się, czy będzie dla mnie wystarczająco "ostry". Fakt, lubię hardkorowe zdzieraki, ale raczej do ciała niż do twarzy, którą zazwyczaj traktuję nieco delikatniej, no chyba że mam gorszy dzień i już naprawdę wszystko mi jedno.

Tutaj duet.

Ponieważ moim ulubionym twarzowym zdzierakiem jest morelowy peeling St. Ives, a na swoje pięć minut czeka ledwo napoczęty peeling Sorai, również morelowy, pozwoliłam sobie przeprowadzić drobne porównanie.

A tu trio.

Dzięki temu porównaniu przekonałam się na własnej skórze, że Himalaya rzeczywiście zaproponowała najdelikatniejszą wersję morelowego peelingu. Konkurencja dosypała do swoich produktów więcej drobinek ze skorup orzecha włoskiego (w Sorai i St. Ives na drugim miejscu w składzie, zaraz po wodzie). Zresztą nie potrzeba patrzeć w skład, wystarczy to poczuć. Drobinek w Himalai jest wyraźnie mniej. Najwięcej czadu daje Soraya (przeznaczona niby do każdego rodzaju skóry... polemizowałabym), St. Ives jest gdzieś pośrodku.

Z każdej tubki wychodzi nieco inaczej.

Co ciekawe, ani w peelingu St. Ives, ani w Sorai nie uświadczymy w składzie drobin z pestek moreli, jak moglibyśmy przypuszczać, jedynie wyciąg z tych owoców. W obu produktach znalazło się za to miejsce dla SLES-u, co również można spostrzec bez patrzenia w skład, bo morelowe propozycje konkurencji pienią się lepiej niż Himalaya, przy czym prym wiedzie sorajka. Ta to w ogóle jest dla osób lubiących intensywniejsze doznania, bo nie dość, że drapie najmocniej i najlepiej się pieni, to jeszcze ma bardzo wyraźny, słodki zapach.

Ceny kształtują się następująco:
Himalaya: ok. 10 złotych za 75 ml
Soraya: ok. 13 złotych za 150 ml
St. Ives: ok. 4,5 funta (21 zł na allegro.pl) za 150 ml [niedostępny w polskich drogeriach]

Himalaya ma najbardziej zbitą konsystencję.

Ale wracając do bohaterki dzisiejszego wpisu, chciałam podkreślić, że jest to moim zdaniem całkiem przyjemny produkt, chociaż preferowałabym nieco mocniejsze ścieranie. W każdym razie morelowy peeling spełnił swoje zadanie - oczyszczał i wygładzał skórę, nie powodując podrażnień.

Tylko etykietkę dostał nieodpowiednią, jak to czasami w życiu bywa:

Tego produktu nie testowałam.

Wyciąg z jabłka na pierwszym miejscu w składzie, ale i tak jest to peeling morelowy.

Skład: Aqua, Pyrus Malus [jabłko] Fruit Extract, Stearic Acid, Isohexadecane & C9-C16 Isoparaffin, Cetyl Alcohol, Prunus Armeniaca [morela] Seed Powder, Juglans Regia [orzech włoski] Shell Powder, Sorbitan Stearaqte & Sucrose Cocoate, Triticum Vulgare Germ Oil, Carbomer, Triethanolamine, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Tocopheryl Acetate, Disodium EDTA, Fragrance, Flavour.


Podsumowując, był to całkiem udany duet, ale po wprowadzeniu go do mojej pielęgnacji nie zauważyłam poważniejszych zmian - ani na lepsze, ani na gorsze. Racja, ostatnimi czasy moja skóra nie miała się zbyt dobrze, ale było to spowodowane, jak podejrzewam, przesunięciami geograficznymi, żywieniowymi i hormonalnymi. Nie odniosłam wrażenia, że kosmetyki Himalai dołożyły cegiełkę do tego wysypu, który mnie zaatakował. Wręcz przeciwnie - pomagały łagodzić niechciane objawy. Produkty niezłe, ale zostanę raczej przy swoim ulubionym duecie Ives & Yves.

Buziaki,
Słom

sobota, 19 października 2013

Ostatnie starcie

No i stało się. Wszystko zeżarte! Om nom.

Nie jest tajemnicą, że pałam dziką miłością do zapachu skrytego w tym pudełeczku:

To ja zmacałam. Nie mogłam się powstrzymać <wstyd>.

Gdy jeszcze nie miałam swojego plastikowego słoiczka, to chciałam zamieszkać w takim, które siedziało u Stri, ale ostatecznie odpuściłam sobie ten kiepski z pewnych względów pomysł. Stri się upiekło, bo przecież odbyło się tamto spotkanie, na którym szczęśliwie otrzymała kolejne pudełeczko i - uwaga! - wielkodusznie mi je odstąpiła, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna i ona sobie też, gdyż uniknęła współdzielenia łazienki z kosmetycznym ćpunem.

Ciekawe, czy bym się zmieściła.

To była właściwie moja pierwsza pielęgnacyjna przygoda z The Body Shopem, którego darzę dziwnym sentymentem, ponieważ pamiętam z lekcji angielskiego wywiad z Anitą Roddick, założycielką marki. Zaciekawiła mnie przede wszystkim pomysłem, że po skończeniu kosmetyku klienci mogli przyjść z pustym opakowaniem po "dolewkę", dzięki czemu przysługiwał im upust. Kiedy pewnego pięknego dnia ujrzałam w obcym Bostonie sklep ze znajomym, ciemnozielonym szyldem, w środku aż zapiszczałam. Na początku pojawił się radosny flecik, lecz po chwil zawtórował mu prześmiewczy puzon, bo i tak nie było mnie stać na zakupy. Trudno się mówi...

Anita.

Dziś TBS należy do L'oreala, Anita sprzedała go rok przed śmiercią i trudno oczekiwać, że wszystko jest takie samo. Mój dziwny sentyment jednak pozostał i nawet nieprzychylne recenzje nie pomagają go wymazać. Życie.

Wracając jednak do czekoladowego scrubu. Jego zapach zmienia się nieco w kontakcie ze skórą i nie podoba mi się aż tak szaleńczo, jak w pudełeczku, choć nie przesadzajmy, nadal jest bardzo przyjemny i umila szorowanie. W tym miejscu powinnam jednak wyraźnie podkreślić, że taki masaż ma najwięcej sensu, gdy robimy go na suchej skórze. W wodzie cukrowe kryształki rozpuszczają się stanowczo zbyt szybko, a biorąc pod uwagę, że scrub kosztuje zbójeckie 60 złotych za 200 mililitrów - nie chcemy tego, bardzo tego nie chcemy. Na sucho jest za to genialnie, mocno i ostro, dla delikatnych skór pewnie nawet zbyt ostro. Kiedy już uznamy, że dostatecznie dokopaliśmy martwemu naskórkowi, warto zaliczyć dokładne mycie, bo produkt zostawia ciemny, nieatrakcyjny osad. Ale nie jest to parafina, którą tak bardzo hejtujecie, bo nie widziałam jej w składzie. Po prostu: umyjmy się, a zostanie gładka, lekko natłuszczona skóra. Przyznaję nawet, że wielokrotnie ograniczałam się do samego scrubu (jak śmiałaś?!), nie sięgałam już po żaden krem ani masło, bo czułam, że skórze to wystarczy. Zwłaszcza latem tak było. Potem przypomniałam sobie, że mam jeszcze zalegającą po kątach resztkę limonkowego masła z Hawaiian Tropic.

Przypomnijcie sobie, co się dzieje z tym, kto jada ostatki, sesese.

Wymyśliłam sobie, że limonka będzie dobrym przyjacielem czekolady i kilka ostatnich szorowań wzbogaciłam lekkim i szybko wchłaniającym się masłem, które widzicie na zdjęciu powyżej, poniżej zresztą też. Miałam swój mały, środowy rytuał - najpierw najcięższy w tygodniu, ponaddwugodzinny trening, a po powrocie do domu ostre szorowanie, masło, piżama i niebo. Wielki smuteczek, że to już koniec.

Bardzo lekutkie.

Pełen słoiczek limonkowego masła (200 ml) kupiłam za symboliczną kwotę 10 złotych, korzystając z promocji na Paatalu, bardzo nieprzyzwoicie dawno temu. Sprawdzało się świetnie w cieplejsze miesiące, ze względu na szybkie wchłanianie, dostateczne dla mojej skóry nawilżenie i przyjemny zapach, idealny na wakacje, bo powiedzcie, czy taka limonka do wakacji nie pasuje? Szkoda, że już go na Paatalu nie widzę.


Tym sposobem moje krótkie, ale niezwykle przyjemne wycieczki do krainy czekolady i limonki dobiegły końca. Bardzo bym chciała udać się jeszcze kiedyś na taką wyprawę, ale biorąc pod uwagę, że TBS strzela cenami z kosmosu, a Hawaiian Tropic do kosmosu wystrzelił (albo na te Hawaje właśnie), czekoladowe wojaże wydają mi się mało prawdopodobne. Zaliczyłam co prawda jedną "przygodę" z czekoladowo-pistacjowym scrubem Sweet Secret, ale był to błąd, którego już na pewno nie powtórzę.

Uch.

Zdzierak może i zdzierał, ale inne jego właściwości zalazły mi za na skórę. Czekoladopodobny zapach zamieniał się za każdym razem w chemiczny ulepek. Aż wreszcie, chyba po trzecim z kolei szorowaniu, ubzdurałam sobie, że śmierdzę ropą i nie potrafiłam się tego wrażenia pozbyć, zupełnie jak oleistego klejucha, który nie chciał zleźć z mojej skóry. Fuj. Może o to chodziło - żeby zapewnić sobie ekstra szorowanie podczas zmywania niechcianej warstwy.

Bardziej kleiście i wodniście niż w TBS.

Wątpliwa przyjemność. A ponieważ Sweet Secret to dziecko Farmony, na opakowaniu znów bajki o słodkich ucztach i wyjątkowych kosmetykach (słynne farmazony od Farmony :*). Pięknie powiedziane, jak na parafinę z cukrem. Fakt, że cena nieporównywalnie niższa od TBS-u (ok. 13 zł za 225 ml), ale dajcie spokój, uciekajcie!

"Zniewalająco słodki zapach". Oj, taki eufemizm przecież.

Tyle w temacie czekolady. Przypominam jednakowoż, że najlepsza jest ta, która nadaje się do zjedzenia.

Całusy!
Słom


(A teraz wszyscy całują Simply, bo to ona pożyczyła mi laptopika, żebym mogła skończyć z tym postem).

czwartek, 23 maja 2013

Tydzień Wellness & Beauty

Dzisiaj chciałabym porozmawiać o tym:

Dafuq?

I nie tylko. Zainspirowała mnie gazetka Lidla. Tym razem Lidl zarządził tydzień wellness&beauty. Chwilowo w asortymencie sklepu znalazły się (między innymi) nawilżone płatki do demakijażu i peelingu. Gdy poprzednim razem Lidl wymyślił taki tydzień, ciekawość wzięła górę i kupiłam dwa opakowania. Przyznaję, że historia z górą i ciekawością powtórzyła się również teraz, ale z zupełnie innego powodu - chciałam się dowiedzieć, kiedy był ten ostatni raz. Wiecie kiedy? Rok temu...

Dzień dobry.

Co ciekawe, dwanaście miesięcy temu płatki były o złotówkę droższe. Obecnie Lidl życzy sobie 7 złotych bez grosika za opakowanie zawierające 40 płatków zwykłych lub 30 peelingujących. Pytanie zasadnicze: czy warto było wyskakiwać wtedy z kasy? Czy warto wyskoczyć teraz?

Płatek miodowo-migdałowy.

Ja nie zamierzam. Wizja mokrego płatka do demakijażu brzmi obiecująco, zwłaszcza dla kogoś w podróży, ale rzeczywistość miała inne plany niż moja wyobraźnia. Płatek nie radził sobie z domyciem podkładu, o makijażu oczu nie wspominając (a nie używam tuszu wodoodpornego). Na twarzy zamiast czystej skóry pozostawała lepka warstewka. Dobrze chociaż, że przyjemnie pachnąca. Taki płatek można ewentualnie do wstępnego oczyszczenia użyć, wykorzystać, ale wtedy opcja podróżnicza odpada. Równie dobrze mogę zabrać mini butelkę z micelem i zwykłe płatki, sucharki. W domu też zdecydowanie lepiej sięga mi się po "tradycyjny" zestaw.

To samo robi mi się z pieniędzmi w portfelu, if you know what I mean.

Co jeszcze? Po każdym podejściu do płatków zaliczałam wysyp białych pypci (z angielska whiteheadów - lubię angielską nazwę, bo ona jest samoprzezsięmówiąca). Nie sądzę, aby to była wina składników, prędzej tego, że skóra nie zaliczyła dostatecznego oczyszczenia i pory ulegały zaczopowaniu. Dzisiaj nie pozwoliłabym na takie niedomycie, wtedy częściej zdarzały mi się niedopatrzenia (och, widzę te spojrzenia pełne pogardy). Odnotowawszy regularne wysypy, wkurzyłam się srogo i resztę płatków zużyłam do oczyszczania, ale zupełnie czego innego - kosmetyków oraz mojej ręki z robionych dla Was słoczy. Tutaj sprawdziły się świetnie, ale nawilżone chusteczki też dają radę, przy czym są tańsze, więc po co przepłacać?

Płatek z jojobą.

Skąd wiem, że to nie wina składu? Płatki peelingujące mają podobną zawartość chemiczną, a jednak moja skóra nie strzela fochów po kontakcie z nimi. Pewnie dlatego, że stosuję je do zdzierania, a nie oczyszczania. W tej roli spisują się jako tako, są dosyć ostre, raczej nie polecam wrażliwcom. Na niekorzyść działa fakt, iż farfocle lubią zostawać na twarzy. No i lepka warstewka once again. W porównaniu z moim ukochanym St. Ivesem przegrywają z kretesem, w ogóle przy "tradycyjnym" peelingu mechanicznym mogą się schować, bo jednak nie pomasujemy sobie takim płatkiem zbyt długo, co przekłada się na - mimo wszystko - gorsze zdarcie. Mam je do dziś, bo trochę o nich zapomniałam. Po roku nadal są wilgotne i zdatne do użycia (termin do sierpnia 2014).

Wilgotny płatek peelingujący w porównaniu z "sucharkiem".


Uwaga: płatków peelingujących nie powinniśmy stosować, gdy mamy trądzik.

Z tyłu jest normalny. A może z przodu?

Także powtarzam, ja nie zamierzam kupować, wystarczy mi pojedyncza przygoda, ale jeśli Wy macie ochotę na swoją, to wiecie, gdzie jej szukać.

Płatki są zabezpieczone.

Bebechy dla zainteresowanych (same płatki są z bawełny, mikrowłókna poliestrowego i poliestru):

Zwykłe.
Peelingujące.

Trochę matematyki. Według Kosmopedii maksymalne dopuszczalne stężenie phenoxyethanolu w gotowym produkcie to 1%. Skoro wiemy, że skład podawany jest w systemie od najwięcej do najmniej, to czy jojoby (Simmondsia Chinesis Seed Oil), miodu (Mel) i migdałów (Prunus Amygdalus Dulcis Oil) jest tutaj dużo czy mało? Hę?


Dla zainteresowanych wrzucam również wellness&beauty w wydaniu Lidla.

Sprawdzałam, peelingujące też są.

Kolastyna. Chyba nigdy nie miałam niczego z Kolastyny, a Wy?

Kolastyna , AA i trukwa.
Interesowały mnie sucharki peelingujące, ale dałam za wygraną, nie chcę kolejnych farfocli.

Cien, marka lidlowa. Ciekawe, jak jest z zapachem tych maseł. Miał ktoś?
Różne takie różności.
Narzędzie tortur. Mam podobne i... torturuję. Całkiem regularnie, mhehehe.
A może kolorówkie?

Nicht interessant.

I jak? Idziecie na zakupy?

Na dziś wystarczy.

Pozdrawiam wszystkich, całuję wytrwałych,
Słomiś

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Ives & Yves

Rozbawił mnie ostatnio niefortunnie przycięty wpis na facebooku.

...
Na koniec spryskaj lakierem.
Powinno wytrzymać do Trzech Króli.

Gdy kliknęłam w link, który zaprowadził mnie do artykułu, okazało się - na szczęście - że makijaż można zrobić nieco później, bo dzień wcześniej dotyczy przygotowań innego typu.

Uff.

Żarty żartami, ale przyznaję, że kiedy czeka mnie jakieś większe wyjście, to z reguły stosuję zasadę peeling + maseczka przed (o ile czas nie goni). Celowo pomijam nawilżanie twarzy - po krem sięgam niemalże każdorazowo. Uważam, a nawet wiem, że dobre przygotowanie mojej mieszanej skóry ułatwia późniejszą aplikację i konserwację makijażu.

Rzecz jasna mam swoją ulubioną drużynę bojową złożoną z dwóch radosnych członków. W takich sytuacjach sięgam bowiem po sprawdzone produkty. Nie eksperymentuję i zakładam, że Wy też nie ryzykujecie. To nie jest odpowiednia pora na poszukiwanie genialnych kosmetyków. Chcemy przecież zachować twarz.

Także przygotujmy się odpowiednio.
%)

Po pierwsze peeling.

Najlepiej mechaniczny. W rozdaniu u Youzyczki wygrałam swego czasu miniaturkę (30 ml) morelowego peelingu St. Ives w wersji orzeźwiającej (Invigorating). Przepadłam. Podoba mi się w nim wszystko - począwszy od orzeźwiającego zapachu, poprzez moc ścierania i skończywszy na pobudzonej, wygładzonej skórze. W dodatku jest bardzo wydajny. Kiedy już wycisnę z niego ostatnie ziarenko, to na pewno rozejrzę się za pełnowymiarowym (150 ml) opakowaniem.

Polerka pierwsza klasa.

Dlaczego on?

Ponieważ dla mnie jest w sam raz. Wiem, że gdy z niego skorzystam, to ani nie będzie tak, jak gdyby nigdy nic, ani też nie skończę z czerwoną twarzą czy wypryskami na drugi dzień.

Morelowy stożek.

Nie wiem natomiast, jak jest z dostępnością i ceną peelingów St. Ives. Może Wy jesteście lepiej zorientowane? Wydaje się, że kiedyś peeling był powszechnie dostępny w popularnych drogeriach i marketach, a potem zniknął. Niektórzy mówią, że morelowe peelingi Sorayi są równie fajne, ale tak patrzę po składach i wydaje mi się, że jest w nich więcej śmieci.

Skład peelingu St. Ives.


Po drugie maseczka.

Mam słabość do glinek, najlepiej zmieszanych z hydrolatem i jakimś olejem. Ale to wymaga czasu, zarówno podczas przygotowania mazi, jak i trzymania na twarzy. Wolę zatem sięgnąć po gotowca. Świetnie służy mi Maseczka z glinką marokańską do twarzy i włosów firmy Yves Rocher.

Widzicie? To już tradycja!

Dlaczego ona?

Bo działa, i to szybko. Wystarczy 5-10 minut, maska zasycha i można zmywać. Skóra napięta i wygładzona. Lepiej wchłania nałożony potem krem, co jest mile widziane, gdy chcemy dość szybko sięgnąć po podkład.



Maseczka Tradition de Hammam kosztuje 50 złotych za 100 ml. Dość dużo, ale pamiętajmy, że to Yves Rocher, które w moim odczuciu ma zawyżone ceny, żeby potem móc nami sterować za pomocą chwytów marketingowych. Ja swoją maskę kupiłam za 30 zł i muszę się pospieszyć ze zużyciem, bo już 6 miesięcy minęło (przez tyle jest ważna od otwarcia).

Que?!


I tak właśnie zapoznałam Was z moim zestawem bojowym Ives & Yves. Niewykluczone, że kiedyś znajdę sobie inny, ale póki co nie odczuwam potrzeby zmian. Oczywiście, nadal testuję nowe produkty i mam jeszcze innych faworytów, jednak ci powyżsi na razie pozostaną na stanowiskach.

Ives & Yves

Czy Wy też macie taki żelazny zestaw na większe wyjścia? Co wchodzi w jego skład?

Aha, prawie bym zapomniała: 
bawcie się dobrze.
I dbajcie o siebie (nawzajem).
Całuski,
Słomkens
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...