Śnieżnego powinno być. Nareszcie zima. Bez śniegu było smutno. Niech się tylko utrzyma, niech jeszcze trochę poskrzypi, pozakrywa. Wyciszy ten hałas. Do tego siarczysty mróz i jaskrawe słońce.
Ale absolutnie nie narzekam. Teraz też jest dobrze.
Nie mogłam się powstrzymać i wyszłam na krótki spacer, żeby mnie też trochę oprószyło. Po drodze weszłam do Biedronki. Z przykrością odkryłam, że zniknęła moja ulubiona sałatka z rukolą (love, love) i mozarellą. Chyba tak na amen. Tej z kurczakiem też już nie ma.
Są za to dwie nowe. Jedna z tuńczykiem, druga z oliwkami i fetą. Lubię te rzeczy, więc czemu nie? Oczywiście, najlepiej zrobić samemu, ale czasem brakuje wielu elementów, no i nie mam ochoty jeść takiej samej sałatki pięć dni pod rząd tylko dlatego, żeby nie wyrzucać. Wtedy sięgam po gotowca z biedzi. Tuńczykowa okazała się bardzo smaczna. Ma też grzanki, dressing i ociupinę marchewki. Mogłabym zjeść dwie takie porcje, ale trzeba umieć powiedzieć sobie dość.
Potem śliwkowa LaRissa. Postanowiłam dać jej szansę, bo jestem przecież dobrym człowiekiem. Może tym razem coś wyczuję, gdy będzie się paliła? Znalazłam też kulę Body Club, lawendowo-pomarańczową. Akurat miałam w planach dłuższą przygodę z wanną, także wiadomo, jak to się skończyło - przyjemnie.
![]() |
| Ona jest ready! I ma widelec. |
Środa się zbliża. Powodzenia.


