Przed nami sporawa recenzja, dlatego - bez zbędnych ceregieli - piszemy i czytamy.
Obiecuję, że tym razem spróbuję do rzeczy.
Co to jest?
| Ano to. |
Bierzemy się za dermokosmetyk, który otrzymałam do testów od Abacosun, a który został wyprodukowany w Izraelu. Chodzi o Leorex Pure, maskę dla cer problematycznych. Leorex, jak zdążyłam wybadać, specjalizuje się w kosmetykach głównie przeciwzmarszczkowych, jednocześnie oczyszczających. Ma działać fizycznie, a nie chemicznie (czy magicznie...). Wszystko za sprawą nanocząstek krzemionki i unikalnych, opatentowanych nanotechnologii. A jakże. Tylko żeby efekty nie było nanowidoczne.
W linii Leorex Pure przeniesiono środek ciężkości z prasowania na oczyszczanie, bo oprócz krzemionki wpakowano elektrolity (naprawiają uszkodzoną skórę, chronią przed bakteriami i wirusami). W skład linii wchodzą:
- Leorex Purifying Wash - żel do mycia twarzy
- Leorex Pure - testowana przeze mnie maska
- Leorex HG (Hydrating Gel) - żel nawilżający
Maska, według zapewnień producenta, absorbuje i usuwa nadmiar sebum oraz pobudza naturalne zdolności organizmu do odnowy. Efekty oczyszczania powinny być widoczne już po 2-3 tygodniach (badano ją na ochotnikach w szpitalu Elisha w Izraelu i takie były efekty). Cytuję: Z reguły stan skóry trądzikowej polepsza się po 30 dniach i nawet kiedy przerwana jest kuracja obserwuje się dalszą poprawę przez kolejne 30 dni. W produkcie znalazły się sole z Morza Martwego (zapewne wspomniany elektrolit, ale co ja tam wiem), aloes, witamina E oraz A.Więcej info na stronie dystrybutora.
Jak to wygląda?
Kartonik zawiera 25 saszetek. Każda ma w sobie 3,3 grama preparatu. Moim zdaniem idealna porcja na jedno użycie. Poza tym saszetki są zarówno praktyczne (w podróż nie trzeba zabierać całego opakowania), jak i higieniczne (otwieram, zużywam, nie pakuję do środka niepotrzebnych bakterii). Tylko ja taka niezdara, że prawie zawsze sobie trysnę tam, gdzie nie trzeba (zboki siedzą cicho!).
| Rozsypało się. |
Zawartość saszetki jest biała, ma konsystencję lekkiego musu (cicho, mówiłam!). Pachnie tak świeżo-chemicznie. Nie przeszkadza.
| Wyciśnięte z saszetki. |
Jak to stosować?
Najpierw ugniatamy saszetkę, żeby produkt zrobił się płynny, potem otwieramy (staramy się nie tryskać, trololo), nakładamy na czystą, zwilżoną twarz, odczekujemy 10-15 minut, aż mazia stanie się pudrowa i zmywamy. Tadam! Skróconą instrukcję obsługi znajdziemy na każdej saszetce.
| Proste? Proste. |
Przez pierwszy tydzień nakładamy codziennie. Potem co 2-4 dni.
Moja kuracja...
Zaczęła się 30 lipca i trwa do dziś. Przez pierwszy tydzień nakładałam maskę codziennie, potem robiłam sobie mniejsze lub większe odstępu, zgodnie z zaleceniami producenta.
| Znów sobie obsmarowała usta. Ja nie mogę... |
... i spostrzeżenia
Przyznaję, że liczyłam na fajerwerki i trochę się zawiodłam. Głównie dlatego, że produkt kosztuje wiele monet. 316 złotych za 25 saszetek to dla mnie obecnie tak zwana zawysokapółka (już widzę Wasze komentarze). Musiałabym być pewna, że wydarzą się cuda, gdybym miała wydać tyle pieniądza na maskę. I na pewno nie zrobiłabym tego lekką ręką.
Ale gdy teraz patrzę na zdjęcia z ulotki, które pokazują efekty czterotygodniowej kuracji na twarzach osób zmagających się z trądzikiem, to widzę, że u mnie wyszło podobnie: skóra owszem wygląda lepiej, ale niestety nie idealnie. Zresztą ocenicie same.
Bardzo podoba mi się efekt doraźny. Po zmyciu maski twarz jest odświeżona, zmatowiona, skóra napięta i gładsza, a kremy szybciej się wchłaniają (nawet te tłuściochy).
Producent ostrzega również, że podczas pierwszego tygodnia kuracji na skórze może pojawić się więcej zmian i możliwe jest odczucie szczypania. Objaw ten świadczy o rozpoczęciu procesu skutecznego oczyszczania skóry i nie powinien niepokoić.
Fakt, szczypanie było. Nie tylko w pierwszym tygodniu, ale właściwie za każdym razem. Czasami mniej, czasami bardziej. Dla mnie do przejścia.
Pierwszy tydzień nie przyniósł żadnego wzmożonego wysypu, tylko troszkę lepiej wyglądającą skórę - zmniejszone zaczerwienienia, mniej zaskórników. Niestety, podskórne gule nadal siedziały na miejscu.
Obserwowałam swoją skórę przez niecałe dwa miesiące i niestety stosowanie maski nie uchroniło mnie przed różnymi smuteczkami. Tak sobie zawsze myślę: co może taka jedna maseczka albo jeden kremik? Co z tego, że chwycę po genialny produkt, skoro nadal będę stosować ten, który potajemnie niekorzystnie działa na moją skórę? A dieta? A środowisko? Tryb życia? Hormony?
Pod koniec sierpnia zaczęłam zabawę z OCM i odrzuciłam kosmetyki, które wzbudzały moje wątpliwości. Odnoszę wrażenie, że to dobry wybór. Zobaczymy, co będzie dalej.
Stan na dziś wygląda tak:
Wnioski
Gdyby ktoś zapytał mnie: "Czy mam kupić?", odpowiedziałabym: "A co tam słychać u Twojej kosmetyczki?". Choć przyznaję, że z chęcią spróbowałabym kuracji całą serią. Może kiedyś.
Bebechy: Purified water, Dead Sea Salt, Silica, Popylene Glycol, Methylparaben, Retinyl Palmilate, Aloe Barbadensis (Aloe Vera) leaf powder, Tocopheryl Acetate, Iodopropynyl Butylcarbamate.
Nie testowany na zwierzętach.





