Pokazywanie postów oznaczonych etykietą denko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą denko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lipca 2012

To już jest koniec

Ale jeszcze trochę zostało.
Układam się, przekładam, przewartościowuję. W takich momentach życia jak ten, wyrzucam. Najpierw sentymenty, a potem wszystkie te drobiazgi, w których przeszłość spotyka się z teraźniejszością. Oczyszczam przestrzeń, robię miejsce na Nowe.

Na stos!

Pierwsze solidne huknięcie. Do kosza pofrunęły wszystkie rozciapciane i podejrzane błyszczki. Jestem też lżejsza o jakiś taki rozświetlający glut do ciała.

Bogaty wachlarz staroci.

Aha, i o próbkę pomadki.
Większość to oczywiście Avon (było, minęło), ale znalazło się miejsce dla Faberlica i H&M. Och, ten różowy hamikowy lipgloss dostarczał mi wiele radości. Zużyłam prawie cały. Podobnie było z błyszczykiem Essence - to ten z truskaweczką na opakowaniu. Dostałam go w prezencie od pewnej ślicznej Niemki (seriously, robiła mi gorsze kompleksy niż moja wyobraźnia). Wstyd przyznać, rzuciłam w kąt. Nieco później odkryłam skarby Natury. Jakiż banan wykwitł na mym licu, gdy odgrzebałam truskaweczkę z szuflady i dostrzegłam nieco sfatygowane, ale nadal rozpoznawalne logo.

A teraz spocznij i odmaszeruj.

Dwie wykończone panie.
Czarna pomadka, oczywiście z Avonu, miała, o ile dobrze pamiętam, jakiegoś szampana w nazwie. Tak, na pewno pamiętam dobrze, bo to pierwsza moja pomadka ever. Lubiłam jej konsystencję, połysk i smukłe opakowanie. Raz zgubiłam. Smutek wielki. Na szczęście nie trwał długo, bo potem odnalazłam wśród liści.
Biała to pomadka ochronna (Avon, Tinted Lip Care, odcień Pink) z tandetnym różowym połyskiem. Lubię. Teraz mam taką złotą. Bronze się zwie. Nie kładę jej solo, wolę rozświetlać środek ust, gdy inne pomadziwo robi mi za bazę.

Ciastko, karmel, czekolada.

Lubiłam te podkłady z Faberlica, ale to było dawno temu i nie wiem, czy dziś miałabym dla nich miejsce w swoim sercu (i szafce). Soraya jest spalona. Dosłownie.

Jestem blada. Tego jeszcze o mnie nie wiedziałyście.
Ehe...

Nie moja bajka. Chociaż jakoś to rozcierałam... (Tak ci się wydaje, Słomiaku?). Kupiłam, bo inne mazidło nagle wyzionęło ducha, a w pobliżu nie mieli nic lepszego. Zużyłam całkiem sporo, ale gdy przybyło kasy, zaopatrzyłam się w Healthy Mixa i przeszłość pogrążyła się w ciemnościach.

Nein!

Pamiętacie, jak paatal miał manię rozdawania w gratisie pudrów CCUK? Nie przebolałam zapachu. Chciałam poużywać swojego egzemplarza jako bronzera, ale szybko mi przeszło. Wypatroszyłam wkład i zrobiłam sobie lusterko.

Do tego korektora (Avon, Color Trend, Perfect and Hide Concealer, Light) też już więcej nie zajrzę. Za ciemny i za szybko schodzi z twarzy. Wysusza, więc nie nadaje się tam, gdzie naskórek doznał uszczerbku.

Nie będę tęsknić.

Brązowa kredka ok, czarny liner w pisaku - no way. Dość szybko zrobił się wodnisty.
(Hm, a teraz jest tak stary, że aż granatowy...).

Już tęsknię.

Tyle wspomnień!
Te brązowe to moje pierwsze cienie na własność, chlip. Cocoa Glow. Chlip, chlip. Zrozumcie, robiłam nimi moje pierwsze nieudolne makijaże. Ale przecież nie mogę trzymać ich dla potomności. Patrzcie, dzieciory, tym Wasza babcia szpeciła się w młodości.
Sproszkowaną (obecnie) jedynkę Beige Frost dostałam kiedyś od mojego pierwszego guru makijażowego. Mam jeszcze śliczną zieleń, Leaf, ale wyrzucę dopiero, gdy znajdę duplikat.
I niebieskości, które przywiozłam sobie zza wielkiej wody. Maybelline, Expert Wear Eye Shadow, 34 Sapphire Ice. Dużo, dużo wspomnień, dlatego wrzucam słocze. Pewnie dla siebie bardziej niż dla Was... Chociaż tak patrzę, że chyba jeszcze można je dorwać.

Papa

Pozbyłam się również kilku innych cieniowych staroci, ale były na tyle nieinteresujące, że nawet nie chciało mi się sięgać po aparat.

Także miejsce już mam. Teraz można dorzucać nowości!

środa, 9 maja 2012

Retrospekcja styczniowa

Ostatnio nie pisałam zbyt wiele, ale spokojnie, zaraz zrobi się gęsto od nadmiaru słów.

Ten post dojrzewał sobie w wersjach roboczych od czasu pewnej zabawnej awarii.
Dzisiaj daję mu pożegnalnego całusa i posyłam w świat.
A Was ostrzegam: nie dobrniecie do końca.


1. Żel dogłębnie oczyszczający (L'Oréal)
150 ml / 16,99 zł (promocja)

Pocieradełko zostaje ze mną.

Kupiłam go, bo miałam chrapkę na gumowe pocieradełko. Mniej więcej w kwietniu zeszłego roku. To było długodystansowe zużywanie. Ale tylko dlatego że mieliśmy ciche dni... przez pół roku. Obraziłam się na niego, bo bardzo wysuszył mi skórę na policzkach. Jak przystało na początkującą damę, dopuściłam się kilku niewyszukanych epitetów, wepchnęłam klienta głęboko do szafy i szybko zapomniałam. Aż któregoś sprzyjającego dnia w przypływie łaskawości wyciągnęłam go na brzeg. Tym razem ograniczyliśmy kontakty do jednego mycia dziennie (a nie dwóch). Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu zachowywał się poprawnie. Pienił się (SLES na drugim miejscu), mył, odświeżał i służył dzielnie aż do rozkrojenia – o dziwo w środku nie została nawet kropelka. Tylko tyle i aż tyle. Drugi raz nie kupię. Zresztą teraz mam melodyję na oleistość.

Masażyk za to pierwsza klasa.


2. Krem żel do skóry wokół oczu (Faberlic)
15 ml / 19,90 zł (kosmetyk katalogowy, więc często i gęsto w promocji)

Wyższość nad niższością.

Ma plusa za higieniczne opakowanie, za przyjemne chłodzenie i nawilżanie, a nawet za wydajność. Ale cieni spowodowanych zmęczeniem, stresem i niewyspaniem to mi raczej nie zlikwidował (pokażcie mi krem, który to robi). Mogłabym do niego wrócić, ale szukam teraz intensywniejszych doznań.



3. Aktywny przeciwtrądzikowy krem na noc z kwasem salicylowym
oraz antybakteryjnym kompleksem roślinnym (Faberlic)
50 ml / 29,90 zł (zazwyczaj tańszy)

Syfy go nie lubią.

Pierwsze wrażenie: poproszę więcej. Skóra zareagowała zaskakująco dobrze. Nowych wyprysków niet, a drobne ranki kaputt. Uradowałam się, ale postanowiłam tego nie uzewnętrzniać, ponieważ – jak wiadomo – różnie bywa. Słuszne posunięcie. Okazało się, że trafiłam na korzystny moment. Chociaż potem nie było już tak różowo, krem wyzerowałam z przyjemnością. Lubiłam go za szybkie wchłanianie. Niestety nie powstrzymał nowych wykwitów, ale kiedy już się pojawiały, od razu dostawały po łbie.


4 i 5. Szampon i odżywka Elsève NUTRI-BLASK: Lustrzany blask, aksamitny dotyk (L'Oréal)
400 ml (szampon) i 200 ml (odżywka)

Skarłowaciałe.

Na szczęście moje włosy nie potrafią czytać i nie wiedzą, że skład jest fe. Zanim postanowiłam stracić czas (wątpię, że lepsza pielęgnacja zmieni cokolwiek w moich włosach), zużyłam wiele butelek różowego duetu i nie narzekałam, wręcz sobie chwaliłam. Tylko pamiętajcie, że moje przykrótkie cienkusze z natury są nijakie. Wszystko im jedno, byle żeby się nie elektryzowały. Ech, w kwestii włosów wgrałam sobie olbrzymiego (prawie największego) kompleksa i raczej szybko się go nie pozbędę. Nie można mieć wszystkiego. Ja na przykład nie mogę mieć bujnej, seksualnej fryzury. Chyba że sobie przeszczepię.

6. Żel pod prysznic kaktus i guarana (Original Source) 
250 ml / 6,99 zł

Kaktus, który nie kłuje. Ale wysusza Słomki.


Kiedyś przed Rossmannem stał kartonowy domek z intrygującym guziczkiem. Jasne, że nacisnęłam. Ale nic się nie stało. Dopiero gdy odwróciłam się na pięcie, by odmaszerować (do kolejnej drogerii), z mrocznych kartonowych czeluści wystrzeliła nagle ręka dzierżąca miniaturkę miętowego żelu pod prysznic. Jak miło! Od tamtej pory wiem o sobie coś nowego: miętę czuć lubię, ale raczej, ehehehe, nie pod prysznicem. Postanowiłam, że dam szansę innej wersji zapachowej (ofiara marketingu). Padło na kaktusa i guaranę. Na początku było miło, ale potem się skiepściło. Zapach jakoś spowszedniał, a skóra zachowywała się jak przesuszona. Nie, na razie nie mam zamiaru do ciebie wracać. I jeszcze ta nazwa: Original Source?! Specjalnie, żeby Słomka cały czas myślała, że to jest Organic Source! A nie jest. Może tylko w skrajnym ujęciu.


7. Serum intensywnie wyszczuplające + ujędrniające. Antycellulit 3D.
Do skóry wrażliwej i skłonnej do alergii (Eveline Cosmetics)
250 ml / 11,49 zł (promocja)

Pozbędziesz się tłuszczu, wyrzeźbisz sylwetkę,
będziesz miała udane życie erotyczne, liczne sukcesy zawodowe i lśniący dom.

Producent obiecuje tyle wierzb z gruszkami, że czuję się zobowiązana do przeprowadzenia dokładnej sekcji zwłok. Niech tylko wykończę scrub do tłuszczu i smar do cycków z tej samej mafii. Będzie się działo!
 

8. Planet Spa: Śródziemnomorski krem do ciała z oliwką (Avon)
200 ml / 49 zł (ale pamiętajcie o nieustających promocjach)

Przydatne opakowanie.

Już marudziłam tutaj.


9. Masło do ciała Tutti Frutti: Liczi i rambutan (Farmona)
250 ml/ 13,19 zł (promocja na niby)
Farmazony od Farmony.

Masłoszparkę pamiętacie? Nie? Odmaszerować tutaj.


10. Waniliowy krem do ciała Sweet Secret. Wanilia i indyjskie daktyle (Farmona)
225 ml/ 8,99 zł (promocja)

Kochana rączko, dziękuję za podpis!

Słomek się wypowiedział tu.



11. Maseczka oczyszczająca z glinką krzemową i minarałami (Be Beauty)
50 ml / ok. 6 zł

Odpowiedź brzmi: "Nie".

Lubię glinkę, lubię maski z glinką, ale ta maseczka ma z nimi niewiele wspólnego. Moje zastrzeżenia wzbudziła już sama konsystencja, jakaś taka rzadka, przypominająca mleczko, zamiast zwartą, gęstą pastę. Wrażenie po zastosowaniu? Coś było na twarzy, ale już się zmyło. Moja skóra wcale nie wyglądała lepiej (gdzie te zwężone pory? gdzie zapobieganie błyszczeniu?). Racja, czułam, że jest oczyszczona i odświeżona, ale równie dobrze mogłabym sięgnąć po żel i wymiziać gębę gumosmyradełkiem. Wyszłoby na to samo. Oj, kochana, dożywotni ban na moją łazienkę!


12. Balsam do ust Pure&Natural z oliwką i cytryną (Nivea)
4,8 g / ok. 7 zł

Na ulicy Żyła żyła sobie żyła.

Najlepszy w nim jest zapach. Nawilża natomiast średnio, na pewno nie długotrwale. Dobry na cieplejsze pory roku albo gdy usta są ustami, a nie wyschniętą skorupą. Naszła mnie ochota na wersję z miodem, ale zapasy! Zerujemy, nie szalejemy.

Aż tej żyle pękła żyła i ta żyła już nie żyła.


13. Musująca kula do kąpieli – lawenda i pomarańcza (Body Club)
165 g /3,99 zł (biedronkowy szał)

Kullllka <3

Wiecie, że to było nawet przyjemne? Nie, nie siedziałam sobie na tej kuli, kiedy byłam w wannie. Dowód tutaj:

Patrzcie jaka "tłusta" woda się zrobiła :)

Fajnie musowało, a jeszcze fajniej pachniało (mówiłam już, że mam melodię na lawendę?). Nawet się nie przejęłam brakiem piany. Kurza twarz, szkoda, że ta impreza nie jest tańsza. Cztery złocisze mogę jeszcze rozpuścić w wodzie, ale regularna cena ze sklepu osiedlowego (prawie dwa razy tyle!) skutecznie mnie odstrasza.


14. High Impact Mascara 01 Black (Clinique)
4 g / darmoszka z Syfory
(pełnowymiarowe opakowanie: 8 g /ok. 90 zł)


Nie odchodź!

Pamiętacie zeszłoroczną wakacyjną promocję w Syforze? Trzeba było złożyć niechciany tusz w ofierze na kontuarze, a w nagrodę dostawało się miniaturkę Clinique’a. Chociaż może miniaturka to złe słowo – w końcu to połowa normalnego opakowania. Świetna sprawa, zwłaszcza że tusz rzucił na mnie urok (i był darmowy :P). Niby 3 w 1 (wydłużający, pogrubiający i podkręcający, oh really?!), a jednak dał radę upiększyć moje oczyska. Na początku był zbyt świeży, więc wysłałam go na leżakowanie i zrobił się idealny. Nie osypuje się, nie skleja rzęs, szczoteczka bardzo na tak, dlaczego już sobie poszedł, no dlaczego?
Niestety, Słomka nie rozbiła banku, więc na razie sobie nie kupi.

W każdym razie na moich oczach wyglądała tak (weźcie pod uwagę, że tutaj jest już mocno stara):

Łyse oko mnie przeraża. Natomiast to po prawej... rzeczywiście High Impact!

Szybki przegląd przy szybkim makijażu. Po lewej z tuszem, po prawej bez.

Uuufff.
A teraz jak na spowiedzi. Kto od razu przewinął do końca?

Niniejszym ogłaszam i uspokajam: raczej nie zamieszczę już więcej wpisów z podsumowaniami zużyć miesiąca. Przyznaję bez bicia, że trochę nuży mnie wysyp takich postów w blogosferze na koniec każdego miesiąca/początek nowego. Dlatego się wypisuję.

środa, 1 lutego 2012

Zaległe pożegnania (zwei)

Zapinamy pasy i jedziemy dalej.

CZĘŚĆ II: Pielęgnacja skóry i włosów

Kogoś brakuje... kogo?

5. Krem do stóp na zrogowacenia (Neutrogena)
50 ml / 12,99 (promocja)

Mam sentyment do Neutrogeny, bo jeden z jej kremów do rąk uratował kiedyś moje łapska przed kompletnym rozkładem (trzymam się truposzowatej stylistyki z poprzedniego wpisu, w końcu to kontynuacja). Ale widoczny powyżej krem do stóp nie wzbudził mojego zachwytu. Nie płakałam, kiedy się kończył. Od tamtego czasu minął jednak miesiąc, a ja – wstyd się przyznać – trochę zapuściłam swoje platfusy. Niczym nie smarowałam i teraz mam sporo do nadrobienia. Wniosek: lepszy taki krem niż nic. Zainteresowanym powiem, że na drugim miejscu w składzie ma mocznik (to chyba dobrze?), ale na trzecim olej parafinowy (nie panikujmy, to „tylko” stopy).


6. Szampon o zapachu piżma i migdałów (Sephora)
200 ml / ? (prezent)

Tak, prezent. W dodatku gwiazdkowy. Ale mówimy tutaj o Bożym Narodzeniu 2010 – wspominałam przecież, że trzymam rękę na pulsie. Zużywałam go długo, bośmy się nie dopasowali. Owszem, za zapachem polazłabym wszędzie, jako że piękny i w dodatku długo utrzymuje się na włosach, jeśli nie widziały suszarki. Tyle że ja rzadko kiedy zostawiam włosy do samoistnego odparowania, więc mnie ten plus nie urządza. Dodam jeszcze, że nie robił niczego szczególnego, oprócz szopy.


7. Creme de douche, czyli krem pod prysznic monoi tiare (Sephora)
50 ml / ? (prezent)

Na zdjęciu brak, bo Kogoś swędziały łapska i puste opakowanie powędrowało do kosza bez mojej zgody. Jeśli chodzi o prysznicowe mazidła, to nie mam wygórowanych wymagań. Muszą dostarczać mi przyjemnych doznań zapachowych. Ten dostarczał. Le super, ale podejrzewam, że niestety le drogo. Jak to w syforze.


8. Lait corps hydratant, czyli nawilżające mleczko do ciała monoi tiare (Sephora)
50 ml / ? (prezent)

Odnoszę wrażenie – i zapewne nie jest ono mylne – że syfora skupia się (ach, gra słów) głównie (nioh, nioh!) na zapachu. Nic dziwnego, w końcu to perfumeria. Ładny zapaszek, który zostaje z nami na dłużej, jest okej, ale czasami chciałoby się czegoś więcej. Dlatego specyfik czekał na specjalne okazje: żel plus mleczko i Słomka cała jak gardenia wymacerowana w kokosie. Mniam! Miło dostawać takie pachnące prezenty.


9. Balsam do ust (???)
??? / ??? (?!)

Widzicie ten różowy słoiczek? Zabijcie mnie, nie wiem, co to jest. To znaczy pamiętam, że jakieś mazidło do ust, ale wszystkie napisy szlag trafił, więc nie jestem w stanie stwierdzić, kto wyprodukował zawartość. Tajemniczy balsam naprawdę długo zalegał w moich zbiorach. W końcu stwierdziłam, że najwyższy czas albo wyrzucić, albo zużyć. Posmarowałam raz – nie zrobił mi krzywdy. Posmarowałam drugi – okej, gościu, zostajesz i będziesz mi służył do wieczornego pielęgnowania. Tłustawy, trochę kamforowy, jakoś sobie radził z moimi spierzchniętymi wargami. Nie wiem, czy kupiłabym ponownie, ale miło byłoby wiedzieć, czego używałam. Pomożecie?

Baju i baj

10. Ekspresowy tonik do demakijażu z „efektem lotosu” – z wyciągiem z lotosu i bławatka oraz mleczkiem owsianym (Faberlic)
150 ml / 12,90 (promocja)

Płyn dwufazowy, który powracał do mojej kosmetyczki jak bumerang. Obie części równomiernie się mieszały, tonik nie pozostawiał tłustej warstwy, nie podrażniał oczu i był moim zdaniem zupełnie przyzwoity. Teraz przerzuciłam się na micela Bourjois, bo jest trochę większy i równie dobrze się spisuje. To że tonik zniknął z oferty nie ma nic do rzeczy. Serio.


11. Odświeżający lotion regulujący wydzielanie sebum (Faberlic)
150 ml / ok. 13 zł

Jeśli dobrze pamiętam, to dostałam go w spadku po Rodzicielce, bo za bardzo ją wysuszał. Dla mnie był w porządku, lubię takie odświeżenie, ale jeśli faktycznie zniknął z katalogu (tak, on też!), to nie będę za nim łez wylewać.


Dobra, ze zużyciami na razie stopujemy. Mam przesyt, więc jako pan i władca tego bloga odraczam styczniowe denko. Potrzebuję koloru!

niedziela, 29 stycznia 2012

Zaległe pożegnania (eins)

Zbliża się koniec stycznia, więc pora na zużycia. No tak, tylko że moje będą listopadowo-grudniowe. Słomka jak zwykle trzyma rękę na pulsie. Umarlaka.

CZĘŚĆ I: Pielęgnacja dłoni i paznokci

Było, minęło...

 1. Zmywacz do paznokci (Nailty)
200 ml / ok. 4 zł
 

Powtórka z rozrywki. Nic dziwnego, skoro zużywam w tempie jedna butla na dwa miesiące. Bardzo lubię, więc na razie pozostaję mu wierna. Tym razem jednak jestem zmuszona wrzucić na luz ze sztachaniem. Czemu? Ano przekonałam się na własnym nosie, że niektóre partie są felerne i śmierdzą gorzej niż pozostałe.



2. Ochronny krem do rąk z silikonem (Avon)
100 ml / ok. 9 zł (można dorwać taniej)

 
Kto nie smaruje, ten… cierpi. Nie znoszę mieć spierzchniętych dłoni, dlatego smaruję kremem ile wlezie. Zwłaszcza teraz, kiedy mróz nie oszczędza, a grzejniki suszą na wiór. Kremów Avonu używam od lat. Przepadam za glicerynowym, ale dla odmiany skusiłam się na silikonowego braciszka. Dobrze się wchłaniał, nie kleił (tego nie cierpię!) i ładnie pachniał. Moim wymaganiom – co prawda niezbyt wygórowanym – sprostał na piątkę z plusem.


3. Olejek do skórek i paznokci suchych, podatnych na uszkodzenia i pękanie (
Barbra)
7 ml / 11,99 zł


Pachnie obłędnie słodziutkimi pomarańczkami. Po każdym wysmarowaniu pazurów miałam ochotę wychylić go do dna, a potem jeszcze oblizać palce. Jest bardzo wydajny i ma uroczą pipetkę. Czy pomaga? Nie jestem w stanie tego stwierdzić. Tak wiele czynników ma wpływ na kondycję moich paznokci, że nawet nie zamierzam zgadywać, który z nich jest
najkorzystniejszy. Mogę podejrzewać, że olejek był fantastyczny, ale równie dobrze mogłoby się okazać, że jadłam w tamtym czasie dużo owoców i warzyw, i to one odwaliły kawał świetnej roboty.  Dwie rzeczy wiem na pewno: olejek nie zrobił mi krzywdy i dobrze nawilżył skórki. Paznokcie smarowałam regularnie, bez względu na to, czy krzyczały lakierem czy paradowały nieprzyzwoicie nagie. Raz zafundowałam sobie tygodniową kurację (smarowałam 3-4 razy dziennie obnażony paznokieć), ale nie zauważyłam spektakularnych zmian. Co wcale nie oznacza, że ich nie było. Być może pojawiły się z opóźnieniem – pazury jednak chwilkę rosną – a ja nawet nie zauważyłam.


4. Rozgrzewający peeling do skórek i paznokci
(Avon)
30 ml / dorwałam za grosze

Nie chcę za bardzo rozpisywać się na temat produktu, którego nie mogę w tej chwili znaleźć w katalogu (czyżby wycofany?). Powiem tyle: był bardzo wydajny, rzeczywiście rozgrzewał i ułatwiał odsuwanie skórek. Mam wrażenie, że moje keratynowe stadko było zadowolone z
cotygodniowego masażu. Tak, mówi, że było. I tęskni.


W porządku. Na dzisiaj wystarczy. Ciąg dalszy nastąpi.

W międzyczasie możecie się podzielić swoimi spostrzeżeniami. Chętnie zapoznam się z Waszymi pewniakami. Które kremy do rąk lubicie? Po które zmywacze sięgacie najczęściej? Skuście mnie czymś...

czwartek, 3 listopada 2011

Październikowe pożegnania

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że nie ogarnęła mnie żadna mania zużywania. Oczywiście jestem chomikiem i mam sporo skarbów w zapasie, ale nie zamierzam z tego powodu zmieniać swoich rytuałów i dziesięć razy w ciągu dnia ciapać sobie kremem po twarzy albo wylewać pół butli żelu na prawą nogę. Na takie akcje pozwalam sobie tylko wtedy, gdy jakiś produkt wybitnie mnie wkurza (w ramach przedsięwzięcia "pranie brudnego sumienia"). We wszystkich pozostałych przypadkach jestem raczej oszczędna i pomalutku drążę skałę. Kropelka za kropelką - aż sięgnę denka. W końcu wszystko kosztuje, a ja groszem nie śmierdzę.

Popatrzmy zatem na październikowe rozstania.


 1. Krem na noc normalizacja i odbudowa z serii Phyto Tlen (Faberlic)
50 ml / około 20 zł (promocja)
Krem o bardzo lekkiej, przyjemnej konsystencji i specyficznym zapachu. Zawiera wyciągi z ziół (wierzbownica alpejska, tymianek, szałwia), alantoinę (pochodną mocznika) i kompleks tlenowy Novaftem-02 (faberlikowy patent...). Przeznaczony do skóry mieszanej. Zajrzałam mu do trzewi i wygrzebałam do ostatka, bo fajnie nawilżał i szybko się wchłaniał. Zresztą nie była to moja pierwsza tubka. Lubię go, bo odświeża moją skórę, ale jej nie natłuszcza. Obecnie na noc używam innego kremu z tej firmy. Cudów nie ma, ale też jest... przyzwoicie.

2. Antyperspirant Invisible (Nivea)
50 ml / około 10 zł
Chociaż nie należę do fanek kremu Nivea (niechęć wypiłam z mlekiem matki), antyperspiranty w kulce bardzo lubię. Wiem, wiem, w składzie jest aluminium chlorohydrate, czyli chlorowodorotlenek glinu podejrzewany o rakotwórcze działanie. Kiedyś szukałam czegoś więcej na temat tego psotnika i okazało się, że oczywiście nie ma jednoznacznych dowodów przemawiających za jego nikczemnością. Ale kto tam wie - naukowcy też potrzebują kasy na różne zabawki. Ja, póki co, nie świruję i smaruję pachy kolejną fajną Niveą. Tym razem Dry Comfort. Pachnie jak krem Nivea, a jego zapach akurat lubię.

3. Szampon dodający objętości, papaja i bambus, do włosów delikatnych i pozbawionych witalności (Alterra)
200 ml / 6,89 zł (promocja)
Najpierw byłam zła. Miało być cudnie, a tu klops. Włosy zmierzwione i niezadowolone. Zupełnie nie chciały współpracować. Po kilku myciach zmieniłam zdanie o 180 stopni. Szampon może nie dodaje objętości, ale w połączeniu z morelową odżywką całkiem fajnie poradził sobie z moimi cienkimi, przetłuszczającymi się piórkami. Teraz myję głowę co drugi dzień, a nie codziennie. Pewnie po części jest to zasługa zmiany sposobu suszenia, ale jeszcze zanim wprowadziłam innowację, widziałam zadowalające rezultaty.
Butli nie rozkroiłam, bo udało mi się zdjąć korek i wszystko wypłukać.


4. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu z ekstraktem z bławatka (Nivea)
125 ml /10 zł
Raczej do niego nie wrócę. Fakt, zmywał całkiem nieźle, nie szczypał. Dopóki miałam w butelce dwie fazy, dopóty nie miałam większych pretensji. Niestety płyn po każdym wstrząśnięciu rozwarstwiał się w ekspresowym tempie, więc na koniec zostałam z samą "tłustą" częścią (jakaś 1/5 opakowania). A to już nie było przyjemne...

5. Serum wzmacniające paznokcie z wapniem i witaminą C (Wibo)
11 ml / ok. 6 zł (teraz kosztuje nieco więcej)
Mam, regularnie używam, nie oddam!

6. Zmywacz do paznokci (Nailty)
200 ml / ok. 4 zł
Jak wyżej. To moja trzecia butla. Na razie nie szukałam innego, chociaż powoli zaczynam go podejrzewać o wysuszanie płytki paznokcia. Tak czy siak, lubię sztachać się tym zapachem. :P


7. Korektor w płynie z minerałami, Multi Mineral Anti-Age Concealer (Bell)
7,5 g / 11,10 zł
Bardzo mi pomaga w tuszowaniu oznak zmęczenia. Czasami nakładam go na pryszczole, chociaż nie jest do tego przeznaczony, i też daje radę. Ma dwa odcienie. Ja miałam ten jaśniejszy (nr 1). Trochę ciemnieje na skórze, ale nie odcina się od reszty mojej twarzy. W środku zostało jeszcze trochę produktu, ale nie znęcałam się nad opakowaniem, bo zdążył się przeterminować (6 miesięcy od otwarcia). Kupiłam nowy, ale w międzyczasie napoczęłam roll-on Garniera i Match Perfection Rimmela.

8. Maskara Sexy Curves (Rimmel)
8 ml / 22,39 zł (pewnie z promocji)
Tej pani chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Podkręca, pogrubia, wydłuża. Pracowita babka. Polubiłam ją za fajne gumowe (sic!) rozwiązania, tj. za ciekawą szczoteczkę i zabezpieczenie, które bardzo dobrze ściąga nadmiar tuszu przy jej wyjmowaniu. Używałam cztery miesiące. Pewnie używałabym nadal, ale spróbowałam czegoś innego i nie chce mi się już bawić z podeschniętym tuszem.

9. Podkład rozświetlający Healthy Mix w odcieniu 51 Light Vanilla (Bourjois)
30 ml / ok. 60 zł (akurat nie było promocji :()
Nie jest idealny, ale zdecydowanie lepszy od swoich badziewnych poprzedników, którzy są plamą na honorze mojej kosmetyczki. Wyrównuje koloryt cery, nadaje ładny blask. Na początku byłam w nim zabujana, potem zaczęłam szukać dziury w całym. Niestety znalazłam, bo nie matuje na zbyt długi czas (może nie powinnam używać podkładu rozświetlającego, gdy mam mieszaną cerę?) i zostawia ślady na telefonie. Poza tym PODEJRZEWAM, że mnie zapycha, chociaż równie dobrze może to być wina pudru, czekolady, parówek, okresu, braku snu, twardej wody, tęsknoty, zmotoryzowanych i Bóg wie, czego jeszcze...
Już dawno kupiłam kolejne opakowanie, bo nadal uważam, że jest bardzo dobry. Poza tym ma świetny, jasny kolor.


10. To już ostatnie zdjęcie i tym razem mamy na nim zbiór wyrzutków po wspomnianej przeze mnie lakierowej inwentaryzacji. Kolorowe emalie to głównie kilkuletnie starocie, które albo zgęstniały na amen (nie pomogło rozcieńczanie), albo brzydko się rozwarstwiły, albo straciły kolor. Niektóre kupiłam sama, inne odziedziczyłam po mamie. Najbardziej szkoda mi tych wąskich buteleczek z Faberlica, bo w ich wnętrzu były skarby...
U dołu zdjęcia widać trzy przezroczyste "okazy". Dwa z nich to preparaty z KillyS - nabłyszczacz oraz witaminowa bomba. Obydwa stosowałam jako bazę (tak, tak, nabłyszczacz też!) i szczerze mówiąc, byłam zaskoczona, jak bardzo potrafiły przedłużyć trwałość lakieru. Essence czy Wibo mogłam nosić nawet tydzień. Niestety te produkty mają pewne wady - gęstnieją, zanim zdąży się je zużyć, a poza tym pewne lakiery lubią na nich bąblować. Witaminowa bomba śmierdzi. Podobnie jak trzeci bezbarwny wyrzutek. To jakieś coś z Faberlica, ale nie ma na tym żadnej nazwy, więc nie będę ryzykować.

Uff, dobrnęłam do końca! Mam nadzieję, że nie sama. Kolejny powód, by się cieszyć, że nie zużyłam zbyt wielu kosmetyków :) Jak tam u Was, wytrwałe Czytelniczki? Dajcie znać, czy dopadła Was mania zużywania i dlaczego tak :P A może używałyście tych samych kosmetyków i chcecie dorzucić swoje zdanie? Albo zaproponować jakichś ciekawych następców? Chętnie poczytam Wasze komentarze.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...