Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolorówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolorówka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lutego 2016

Chcesz schudnąć? Zamiast deseru zrób sobie paznokcie.

Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że tak będzie. Że jak już z nimi zacznę, to nie będę chciała przestać. Wcześniej omijałam hybrydy oraz wpisy na ich temat szerokim łukiem. Nie miałam ochoty inwestować w żaden zestaw startowy, tradycyjne lakiery w zupełności mi wystarczyły. Było dobrze. Aż tu nagle Meet Beauty. Z dużą dozą niepewności zapisałam się na spotkanie z marką NeoNail i zupełnie nieoczekiwanie otrzymałam wszystko, co niezbędne do wykonania full wypas manikiuru hybrydowego, a nawet znacznie więcej, bo oprócz lampy LED czy kompletu lakierów znalazłam w paczce na przykład efekt syrenki. No i się zaczęło.

Teraz na paznokciach.

Nagle zachciało mi się eksperymentów. Skoro mogę zrobić zdobienie, które nie odpryśnie po trzech dniach (uwierzcie mi, bardzo lubię malować paznokcie i chciałabym co trzy dni robić sobie nowe wzorki, ale nie zawsze mam na to czas), to cała zabawa nabiera więcej sensu. Zamówiłam folię transferową, drobno zmielone pyłki w różnych kolorach i wyciągnęłam stare diamenciki, które czekały w szufladzie na lepsze czasy. Impreza na całego. 

Jestę manikiurzystę.

Na moich paznokciach widzicie zatem:
  • ciemnogranatową hybrydę 089 Black Plum marki Semilac (plus baza i top);
  • pomarańczową czerwień NeoNail o nazwie Coral Red (plus baza i top);
  • folię transferową w odcieniu Red 03 (edycja limitowana) zakupioną w internetowym sklepie Indigo;
  • efekt syrenki Indigo;
  • diamenty romby 3D caro ze sklepu alphanailstylist.pl

No zobacz, ile dobrego.

Czyli na bogato. Od razu zaznaczam, że nie jest to żaden manifest przeciwko minimalizmowi, po prostu chciałam spróbować różnych rzeczy. Czy możemy uznać, że zrobiłam sobie wzornik z dłoni? Możemy! Syrenką bawiłam się już co prawda wcześniej, ale tym razem sięgnęłam jeszcze po cieniutkie tasiemki, żeby dodać te kosmiczne promienie na serdecznym palcu lewej dłoni i kciuku prawej. Natomiast z folią transferową to był mój najprawdziwszy pierwszy raz. Obawiałam się, że nie będzie się chciała przykleić do warstwy dyspersyjnej i będę musiała sięgać po specjalny klej (klej magiczny też daje radę, potwierdzam!), ale obyło się bez większych problemów. Diamenciki to już w ogóle jakaś fanaberia, spuśćmy zasłonę milczenia.

Obie dłonie wyglądają tak:

Mam wrażenie, że jak zetknę środkowe palce, to otworzę portal do innego świata.

Czuję, że muszę coś jeszcze wyjaśnić, żeby nie było niedomówień. Tak jak pisałam w poprzedniej notce, nadal uwielbiam zwykłe lakiery i nadal maluję nimi paznokcie, choć oczywiście nieco rzadziej. Jakiś czas temu zrobiłam nawet mały eksperyment: na hybrydową bazę nałożyłam hybrydowy top, a później pomalowałam to wszystko zwykłą emalią i zabezpieczyłam seszem. Przez tydzień miałam spokój i ładny manikiur. Później pozbyłam się tego zwyczajnego lakieru za pomocą zmywacza bez acetonu. Co prawda hybrydowa baza trochę się pomarszczyła przy brzegach, być może muszę poszukać innego produktu do zmywania, ale na razie przymknęłam na to oko, sięgnęłam po inny kolor, zabezpieczyłam go seszem i przechodziłam z nim następny tydzień. Zastanawiam się jeszcze nad zmieszaniem zwykłego lakieru z hybrydowym topem lub bazą, ale czytałam, że takie rozwiązanie nie zawsze się sprawdza, a i kolor traci nasycenie. Jeśli próbowałyście już jakichś eksperymentów w tym stylu, dajcie znać, co z nich wyszło.

Folia transferowa wygląda tutaj jak lepsza siostra pękającego lakieru. Love it!

Podsumowując, hybrydy to bardzo fajna rzecz. Owszem, nie znoszę ich ściągać (usuwanie brokatów pod folią aluminiową to przy tym pikuś), ale te wszystkie zalety, czyli przede wszystkim trwałość, szybkie utwardzenie (tylko niech mi nikt nie wyjeżdża z zachwalaniem Seche Vite w tym momencie) i zabezpieczenie płytki paznokcia przed mechanicznymi uszkodzeniami, działają kojąco na moje nerwy. A deserów i tak teraz nie jadam.


Całusy,
Słom

sobota, 2 stycznia 2016

7 kosmetyków, które odmieniły moje życie w 2015 roku (i inne chwytliwe nagłówki)

Dzień dobry wieczór w nowym roku!

Końcówka grudnia skłania do refleksji. Uprzedzam pretensje zgłaszane przez osoby, które nie lubią owczego pędu i krzywią się na myśl, że nadejście nowego roku może być początkiem jakiejś przemiany. Moim zdaniem każdy moment jest dobry, żeby zatrzymać się na chwilę i przemyśleć sobie życie. A więc ten też.

Postanowiłam, że tym razem nie będę zwlekać do maja z podsumowaniem kosmetycznych odkryć minionego roku. W poprzednim takim przeglądzie ze względu na haniebne opóźnienie ograniczyłam się do lakierowych fascynacji. Tym razem będzie nieco obszerniej, ale też bez przesady. Dzisiaj chcę się skupić na absolutnych perełkach. Takich produktów nie może być zbyt dużo, żeby przypadkiem nie zniknęły w tłumie.


7 KOSMETYKÓW, KTÓRE ODMIENIŁY MOJE ŻYCIE W 2015 ROKU

No, może to za mocno powiedziane, ale chwytliwy nagłówek musi być. Chodzi o to, że w poniższym zestawieniu znalazły się w przeważającej mierze kosmetyki, które w jakiś sposób odmieniły moje dotychczasowe przyzwyczajenia. Jednak w niektórych wypadkach uwzględniłam również produkty, które wielbiłam pasjami, czyli sięgałam po nie tak często, że aż zapominałam o pozostałych. A to do mnie niepodobne, zwłaszcza jeśli chodzi o kolorówkę. Taka mniejsza rewolucja.


7. Konturówki Bourjois

... a to jeszcze nie wszystkie

Jak już odkryłam, że konturówka przyda mi się w życiu, zaczęłam poszukiwania jakiejś sensownej. Nie trwało przesadnie długo (o ile mnie pamięć nie myli, zaliczyłam pojedyncze sztuki Essence, Emily, Max Factora i Flormar), więc może nie powinnam się wypowiadać, skoro nie przetestowałam zbyt wielu produktów tego rodzaju. Ale się wypowiadam, bo uważam, że konturówki Bourjois są świetne. Trwałe, w odpowiadającej mi gamie kolorystycznej i można je nosić zamiast pomadki. Jestem więcej niż zadowolona.


6. Paleta Meet Matt(e) Nude The Balm

Bardzo dużo Mattów.

W pierwszej połowie roku rozważałam zakup Nude Tude lub Nude Dude, ewentualnie obu naraz, ale tylko w akcie desperacji (mówiąc szczerze, dalej o tym myślę). Poszłam jednak po rozum do głowy i stwierdziłam, że bardziej potrzebuję palety, która cała jest matowa. Właściwie długo o takiej marzyłam. Uwielbiam cienie o niepołyskliwym wykończeniu, ale męczy mnie fakt, że idealnych matów to można ze świecą szukać. Albo robią plamy, albo w ogóle ich nie widać. Na szczęście z Mattami pracuje mi się bardzo dobrze. Sięgam po tę paletę niemal przy każdym makijażu, ale raczej nie solo (choć oczywiście można zrobić nią naprawdę piękny makijaż), tylko żeby rozetrzeć cienie innych marek, bo w niektórych zestawach brakuje mi kolorów do blendowania. Korzystam ze wszystkich odcieni, także prawdziwy sukces.


5. Matowa pomadka w kredce Cherry Lord&Berry

Lubię maty po raz kolejny.

Największe zaskoczenie minionego roku i miłość od pierwszego użycia. Nie miałam pojęcia, że istnieje taka marka, dopóki nie dostałam pokazywanej tu pomadki w prezencie od Jeża. Jak już wreszcie po nią sięgnęłam, to potem nosiłam dzień za dniem. Czasami nawet z samym tuszem albo wręcz bez. Ma piękny odcień, jest w sam raz trwała (choć znam trwalsze, o czym dalej) i sprawia, że mam ochotę sama się pocałować. Nie wiem, czy jest u nas dostępna stacjonarnie albo chociaż w rodzimym sklepie internetowym. Na pewno można dorwać ją na asos.com. Zdecydowanie pobudza apetyt - nie tylko na inne odcienie, ale też na pozostałe produkty tej włoskiej marki.

I jeszcze mały słoczyk.


4. Cienie Zoeva

Oczywiście En Taupe i Cocoa Blend
Właściwie to też zasługa Jeża. Dzięki niej miałam okazję przetestować paletę Cocoa Blend na własnym oku. A muszę przyznać, że cienie od Zoevy zupełnie mnie nie interesowały. I kiedy już przy pierwszym użyciu nie masz najmniejszego problemu z wyczuciem cienia (zwłaszcza matowego), z dobraniem kolorów i osypywaniem, to wiesz, że coś jest na rzeczy. Podczas kolejnych odwiedzin u Jeża sprawdziłam, czy to nie było tylko chwilowe zauroczenie. No i masz ci los, okazało się, że ta paleta nadal mnie ekscytuje. Chwilę później wyszła En Taupe, no i uznałam, że muszę mieć obie. A potem jeszcze obdarować nimi kilka osób. Nie mogę doczekać się tegorocznych nowości, które już niedługo, właściwie zaraz.

Póki co przejdźmy do PRAWDZIWEJ REWOLUCJI.


3. Matowe cienie w kredce


Sephora - na pierwszym planie 33. Secret boudoir, a na drugim 34. Pretty little thing
Z przodu buduar, a z tyłu ładna mała rzecz.

Nawet nie chodzi tak bardzo o markę, tylko o samą formę produktu, chociaż gdybym miała polecać coś konkretnego, to na pewno Sephora i Kiko. W tym roku bardzo rzadko sięgałam po bazę, ponieważ cienie w kredce zupełnie mi ją zastąpiły. Są idealne do szybkiego makijażu i w moim wypadku sprawdzają się lepiej niż te w słoiczkach, zwłaszcza gdy mam dłuższe paznokcie. Uwielbiam.

Pęczek od Kiko (zignorujmy cielistą kredkę na górze).










 
Na samej górze linia Moon Shadow odcień numer 2 (czekoladowy brąz ze złotymi drobinami).
Niżej linia Long Lasting Stick odcień numer 25 (matowy taupe)
oraz 28 (matowy cielak, po roztarciu wychodzą złote drobiny).
Na dole kredka, której nie lubię.



2. Hybrydy


Semilac Dancer from Rio plus efekt syrenki. Od dwóch tygodni na moich paznokciach. Tylko że teraz mam już odrost.

Zwolenniczek hybryd nie brakuje. Ja jakoś nieszczególnie miałam ochotę próbować, bo po pierwsze albo trzeba komuś za to zapłacić, albo kupić cały sprzęt, a po drugie - nie lubię monotonii na paznokciach. Pewnie gdzieś w środku obawiałam się również tego, że się zakocham i będę musiała pozbyć się całej swojej kolekcji zwykłych lakierów, która skromna nie jest, delikatnie mówiąc. Akurat tak się złożyło, że na konferencji Meet Beauty otrzymałam zestaw startowy od firmy NeoNail. Co miałam robić? Może to przeznaczenie? W takiej sytuacji nie miałam innego wyjścia jak dać im szansę. Oczywiście, że się zakochałam. Ale na razie nie zamierzam niczego wyrzucać. Hybrydy posiadają wiele zalet, wśród których moimi ulubionymi są trwałość i ochrona przed mechanicznym uszkodzeniem paznokci. Ale ściągnie bywa upierdliwe. No i chciałoby się częstszych zmian. Na pewno dokupię kilka kolorów, zwłaszcza takich ciemnych i intensywnych. To jest świetny pomysł, myślę, bo na takich lakierach najbardziej widać drobne odpryski, a tutaj ten problem zupełnie znika. Poza tym hybrydy mają coś jeszcze, co totalnie mnie rozwala. Efekt syrenki. Zwykły lakier ci tego nie da.

Wypróbowałam hybrydy Semilac i NeoNail. Bardziej skłaniam się ku tym pierwszym, bo mam mniej problemów przy ściąganiu (Semilaki są takie jakby gumowe, a NeoNail proszkowe).


1. Pomadki Bourjois Rouge Edition Velvet Matte

Aktualny stan posiadania.

To jest to! Po prostu. Ten kosmetyk naprawdę odmienił moje życie, ponieważ dzięki niemu nauczyłam się nosić pomadki. Serio. Zawsze stawiałam na oczy, a wąskie usta traktowałam trochę po macoszemu, ewentualnie czymś delikatnym. Rouge Edition Velvet są wyjątkowo trwałe, nie odbijają się na zębach i dzięki nim zebrałam całe mnóstwo komplementów (głęboko wierzę, że szczerych, bo sama też się sobie podobam, kiedy je noszę). Poleciłam je wielu osobom, jednej podarowałam w prezencie. Absolutnie najwspanialsze odkrycie ubiegłego roku.
(Rozpływałam się nad nimi również tutaj).


SŁOMKO, A GDZIE JEST PIELĘGNACJA?

Tam, gdzie jej miejsce, czyli w łazience. Postanowiłam nie uwzględniać kosmetyków pielęgnacyjnych w swoim subiektywnym przecież rankingu, ponieważ one nigdy nie kręciły mnie tak bardzo jak kolorówka. Mam kilka kosmetyków, które polubiłam, ale żaden nie zasługuje na miano wielkiego odkrycia. Ogólnie mogę powiedzieć, że moja cera zrobiła się mniej kapryśna, jednak nie jest to zasługa pielęgnacji. Mimo to doceniłam kosmetyki do twarzy Tołpy, zainteresowałam się Orientaną, ale wszystko jest jeszcze w fazie testów (zapachy przecudowne!), i ocieplił się mój stosunek do Yves Rocher. Wielkich rewolucji nie było, zresztą ile kosmetyków pielęgnacyjnych można tak naprawdę przetestować w ciągu roku. Ale tak naprawdę naprawdę.

Teraz stosuję i jest fajnie.

Dajcie znać, czy jakieś kosmetyki wstrząsnęły Waszym światem w 2015 roku. A może nie było nic takiego? Może któryś z moich hitów jest również Waszych hitem? Albo raczej kitem... Jestem bardzo ciekawa Waszych komentarzy.

Całusy i wszystkiego najlepszego!
Słom


poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Co ja właściwie testuję?

Współpraca z Born Pretty Store, ciąg dalszy.

Zaczynamy od zagadki: co widać na zdjęciu poniżej?

No co?

Łapka w górę, kto był sprytny i pomyślał o podłodze, cwaniaki. Ale teraz porozmawiajmy na serio. Czy to różowy cień czy może różowy róż? Mówiąc szczerze, sama po pewnym czasie zapomniałam, co ja właściwie testuję. Musiałam wejść na stronę BPS, o tutaj, żeby sobie przypomnieć. Otóż jest to matowy cień (numer 25), a wybrałam taki właśnie różowy kolor, spośród sześciu dostępnych, bo pomyślałam, że przy okazji sprawdzę, czy nadaje się na twarz. Ostatecznie częściej lądował na twarzy niż na oku, może dlatego wszystko mi się pokićkało.

Słoczyk.

Za około 10 złotych dostajemy 4 gramy sprasowanego, matowego proszku. To całkiem sporo jak na cień do powiek, więc może zużywanie go w charakterze różu nie jest wcale takim głupim pomysłem. Przychodzi w sztywnym foliowym opakowaniu i aż się prosi o przełożenie do palety magnetycznej. Niestety, jego średnica jest większa od średnicy standardowych wkładów (tj. Inglot, Kobo, MAC).

Tak wyglądam, gdy próbuję się wcisnąć w dżinsy typu rurki.

No dobrze, to spróbujmy w takiej bez przegródek. I tutaj kolejna niespodzianka: wkład jest odporny na działanie magnesu, trzeba by go najpierw podkleić...

Przyjemna faktura. Już jej nie ma.

Jeśli chodzi o zawartość, to nie mam większych zastrzeżeń, ale też nie czuję się powalona na kolana. Z powodzeniem mogłabym go przekazać dalej i zapomnieć, że w ogóle dzielił przestrzeń z resztą moich kosmetyków. Pigmentację określiłabym na średnią w kierunku słabej, przy czym kiedy malujemy policzki, na wszelki wypadek lepiej to robić ostrożnie, jakimś miękkim pędzlem, zwłaszcza że kolor sam w sobie jest dość intensywny, natomiast oczy możemy maltretować z większym przekonaniem.

Dla przykładu.

Nie znam składu, na szczęście produkt nie zrobił mi krzywdy. Trwałości na oczach nie oceniam, bo zawsze stosuję bazę, ale na policzkach trzymał się nieźle, a jeśli nawet wycierał, to równomiernie, nie budząc moich zastrzeżeń.

Tutaj pucnęłam go sobie także na policzki.

I to chyba tyle w temacie. Nie będę przedłużać, skoro jest przeciętnie. 
Jak macie ochotę na zakupy, to skorzystajcie z poniższego kodu.

http://www.bornprettystore.com/
Klik w zdjęcie, żeby przejść do sklepu.


Żegnam i do miłego następnego,
Słom


wtorek, 29 października 2013

Emilka

Ociągam się, a biedna Emilka w poczekalni korzenie zapuszcza. Czas chyba najwyższy, aby do ludzi wyszła.

Guten Tag!

Z przyjemnością przedstawiam Wam kredkę Emily w odcieniu 109 (dystrybutorem jest Golden Rose). Jej siostry już dawno debiutowały na Waszych blogach, zarówno te do ust, jak i do oczu, przeważnie w towarzystwie pozytywnych komentarzy. Bo tanie (ok. 4 zł) i całkiem dobre. Moja Emilka ze względu na kolor, jest zdecydowanie naoczna, chociaż co kto lubi.

Here she goes.

Niby jest wodoodporna, na co niespecjalnie zwracałam uwagę, gdy ją kupowałam. Po prostu chciałam wypróbować niedrogą kredkę w ładnym, lekko metalicznym niebieskim odcieniu. Dopiero Simply kilka dni temu zbiła mnie z tropu, pytając, czy rzeczywiście jest wodoodporna. No nie jest.

Słocz.

Emilka nie zastyga na skórze i po kilku godzinach rozciera się tak samo dobrze, jak po chwili od nałożenia. Mimo to nie zauważyłam, aby samoistnie rozmazywała mi się po oczach, ale nie wiem, czy na przykład nie zechciałaby się odbić, gdyby moja powieka była bardziej opadająca. Poza tym mam takie zboczenie, że "zawsze" nakładam bazę. Cała jestem chora, jak przypadkiem zapomnę (raz na rok, i to ruski). Od razu mówię, że nie zamierzam się z tego leczyć.

Skoro tak naprawdę nie jest wodoodporna, na linii wodnej sprawdza się raczej średnio. Trochę na niej posiedzi, a potem czmych, zostaje tylko marnym cieniem gdzieś pomiędzy rzęsami. Ale sprawdza się za to jako baza podbijająca kolor cieni. Można ją ładnie rozetrzeć, a potem przyklepać tym lub owym. Przy czym jeszcze raz powtarzam - bez bazy się nie ruszam.

Emilka w roli głównej.
Tutaj również.

Niestety, Emilka nie należy do moich ulubionych kredek, choć wcale mi to nie przeszkadza i wciąż do niej wracam. Jest po prostu w porządku. Dobrze się nią rysuje, jak nie wyjdzie - można zmazać. Zresztą... with prices this cheap, shut the f*ck up, jak to mówi studium przypadku Ryanaira.

To na pewno dobra opcja dla osób, które chcą sprawdzić, jak dany kolor komponuje się z ich tęczówką czy karnacją. Myślę sobie, że jeśli jeszcze jakiś emilkowy egzemplarz wpadnie mi w oko, niechybnie kupię. Ale to będzie trudne, bo w moim kredkowym mikrokosmosie kolorów nie brakuje...

Późna pora, stercząca kredka... ja niczego nie sugeruję.


Buziaki,
Słom





piątek, 28 czerwca 2013

Zaglądamy do HexxBoksa (1)

Tak naprawdę to wcale nie zaginęłam. Siedzę w lesie, prawie że w jeziorze, chociaż teraz to wolę przy kominku, i ładuję baterie przed kolejnym maratonem. Okej, dobra, dziś wróciłam do domu, żeby upiec ciasto, bo coś w końcu w tym lesie jeść muszę. (FYI, z poziomkami na razie krucho, a ciastka z lewiatana już mi się sprzykrzyły...).

W międzyczasie recenzja. O tego:

Pink eye. Or something.

Jak sam tytuł wskazuje, różowe cacuszko ze zdjęcia powyżej przywędrowało do mnie w HexxBoksie (regulamin akcji oraz formularz zgłoszeniowy znajdziecie na blogu Hexx). W pierwszej chwili pomyślałam, łał, nie spodziewałam się takiego pięknego koloru. Ale potem: łał, tych drobin też nie. I wiecie co Wam powiem? Strach ma wielkie oczy, ale mimo wszystko... niedowidzi.

Powoli.

Róż przywędrował do mnie w czarnym kartoniku, szczelnie zafoliowany.

Dziękuję Ci, Matkobosko Niemacantko!

Marka, czyli Beauties Factory (oficjalna strona), była mi zupełnie obca, więc jeszcze przed rozpieczętowaniem kartonika powzięłam decyzję o niesprawdzaniu niczego na jej temat, ot, żeby się zanadto nie uprzedzić. Chociaż uprzedzenie i tak nastąpiło, gdy zobaczyłam napis MADE IN P.R.O.C. nadrukowany na jednym z boków. No trudno.

Tak, tak, w Chinach.

Róż ma 6 gramów, czyli jest sporawy. Dla porównania róż the Balm ma 8,5 grama, a pojedynczy Sleeka 8 gramów. Data ważności, widoczna powyżej, jest w porządku, ale pamiętajcie, że po otwarciu ten produkt jest ważny tylko 12 miesięcy.

Okej, karton jak karton, pokaż lepiej co jest w środku.

Tak lepiej!

Pudełeczko jest czarne, z tworzywa sztucznego. Zamyka się z klikiem, nie otwiera samoistnie. Wygląda dość solidnie, nie zdążyłam go połamać, ale też nie nosiłam go nigdy w torebce. Fakt, przejechało ze mną pół Polski, ale w bezpiecznej odległości od moich dwóch lewych rąk.

Poza tym jest piętrowe!

A kuku!

Na parterze mieszka lusterko oraz rozczapierzony, płaski pędzel z krótkim, nieporęcznym trzonkiem. Na upartego można go użyć (ze dwa razy to zrobiłam), ale polecam coś solidniejszego, może nieco mniej giętkiego. Dlaczego?

Aj dont fink soł.

Dlatego że róż należy do gatunku "mocno sprasowanych". Ale w tym dobrym sensie, na szczęście (chyba że używamy do aplikacji czegoś szajsowatego, vide pędzel powyżej). To znaczy, że ani nie nabiera się go przesadnie dużo, ani nie trzeba sięgać po druciak, żeby zeskrobać ociupinę pyłku na policzek. Myślę, że to istotna uwaga dla wszystkich początkujących. Moim zdaniem tego typu róż jest idealny przy pierwszych próbach. Naprawdę trudno sobie zrobić nim krzywdę. Nakłada się równomiernie, można stopniować intensywność koloru, pod tym względem bajka. Natomiast dla fanów matrioszki może być rozczarowujący.

Trwałość? Nie jest idealny, po kilku godzinach warstewka ulega wytarciu, chociaż policzek nie zostaje zupełnie nagi. Róż na pewno nie tworzy nieestetycznych plam czy prześwitów. Po prostu jest przyzwoicie, ale oczekiwałabym większego zaangażowania z jego strony. Ja z siebie dałam wszystko, bardzo się przywiązałam. Szczerze mówiąc, to jeden z moich dwóch ulubionych różów ostatnich kilku miesięcy. Sięgam po niego kilka razy w tygodniu.

Drobiny?

Co się zaś tyczy samego koloru... bardzo mi przypasował. Mam odcień nr 8, jasny róż, rzekłabym, że chłodny. Mikrodrobiny, które na początku bardzo mnie przeraziły, najbardziej opalizują w sztucznym świetle, ale moim zdaniem nie ma w tym nic ordynarnego. W świetle naturalnym błysk jest znikomy, aczkolwiek wolę uprzedzić, bo wiem, że niektórzy mogą nie zdzierżyć. Róż sam w sobie jest matowy.

Paleta kolorów ze strony cocolita.pl

No i na koniec mam dla Was coś, co sobie również zachowałam na deser: cenę! Aż do dziś nie wiedziałam, ile ten róż kosztuje, i muszę przyznać, że zaskoczenie spotkało mnie miłe, bo 13,90 zł. Możecie go kupić na stronie www.cocolita.pl.




Żartowałam, to jeszcze nie koniec... Przecież wypadałoby pokazać cacko na twarzy. Dlatego poniżej scrollujecie na własną odpowiedzialność.

W nieco chłodniejszym oświetleniu.



Oraz w nieco cieplejszym.




I jak? Czujecie się zainteresowane?
A może znacie inne produkty Beauties Factory, choćby z opowieści?




Nawet jeżeli nie, to pożegnalne buziaki i tak się należą,
Słom :*

PS Składzik dla ciekawskich.







Bardzo dziękuję Hexx oraz sklepowi internetowemu Cocolita.pl 
za umożliwienie mi przetestowania powyższego produktu w ramach akcji HexxBox.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...