Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Farmona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Farmona. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 października 2013

Ostatnie starcie

No i stało się. Wszystko zeżarte! Om nom.

Nie jest tajemnicą, że pałam dziką miłością do zapachu skrytego w tym pudełeczku:

To ja zmacałam. Nie mogłam się powstrzymać <wstyd>.

Gdy jeszcze nie miałam swojego plastikowego słoiczka, to chciałam zamieszkać w takim, które siedziało u Stri, ale ostatecznie odpuściłam sobie ten kiepski z pewnych względów pomysł. Stri się upiekło, bo przecież odbyło się tamto spotkanie, na którym szczęśliwie otrzymała kolejne pudełeczko i - uwaga! - wielkodusznie mi je odstąpiła, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna i ona sobie też, gdyż uniknęła współdzielenia łazienki z kosmetycznym ćpunem.

Ciekawe, czy bym się zmieściła.

To była właściwie moja pierwsza pielęgnacyjna przygoda z The Body Shopem, którego darzę dziwnym sentymentem, ponieważ pamiętam z lekcji angielskiego wywiad z Anitą Roddick, założycielką marki. Zaciekawiła mnie przede wszystkim pomysłem, że po skończeniu kosmetyku klienci mogli przyjść z pustym opakowaniem po "dolewkę", dzięki czemu przysługiwał im upust. Kiedy pewnego pięknego dnia ujrzałam w obcym Bostonie sklep ze znajomym, ciemnozielonym szyldem, w środku aż zapiszczałam. Na początku pojawił się radosny flecik, lecz po chwil zawtórował mu prześmiewczy puzon, bo i tak nie było mnie stać na zakupy. Trudno się mówi...

Anita.

Dziś TBS należy do L'oreala, Anita sprzedała go rok przed śmiercią i trudno oczekiwać, że wszystko jest takie samo. Mój dziwny sentyment jednak pozostał i nawet nieprzychylne recenzje nie pomagają go wymazać. Życie.

Wracając jednak do czekoladowego scrubu. Jego zapach zmienia się nieco w kontakcie ze skórą i nie podoba mi się aż tak szaleńczo, jak w pudełeczku, choć nie przesadzajmy, nadal jest bardzo przyjemny i umila szorowanie. W tym miejscu powinnam jednak wyraźnie podkreślić, że taki masaż ma najwięcej sensu, gdy robimy go na suchej skórze. W wodzie cukrowe kryształki rozpuszczają się stanowczo zbyt szybko, a biorąc pod uwagę, że scrub kosztuje zbójeckie 60 złotych za 200 mililitrów - nie chcemy tego, bardzo tego nie chcemy. Na sucho jest za to genialnie, mocno i ostro, dla delikatnych skór pewnie nawet zbyt ostro. Kiedy już uznamy, że dostatecznie dokopaliśmy martwemu naskórkowi, warto zaliczyć dokładne mycie, bo produkt zostawia ciemny, nieatrakcyjny osad. Ale nie jest to parafina, którą tak bardzo hejtujecie, bo nie widziałam jej w składzie. Po prostu: umyjmy się, a zostanie gładka, lekko natłuszczona skóra. Przyznaję nawet, że wielokrotnie ograniczałam się do samego scrubu (jak śmiałaś?!), nie sięgałam już po żaden krem ani masło, bo czułam, że skórze to wystarczy. Zwłaszcza latem tak było. Potem przypomniałam sobie, że mam jeszcze zalegającą po kątach resztkę limonkowego masła z Hawaiian Tropic.

Przypomnijcie sobie, co się dzieje z tym, kto jada ostatki, sesese.

Wymyśliłam sobie, że limonka będzie dobrym przyjacielem czekolady i kilka ostatnich szorowań wzbogaciłam lekkim i szybko wchłaniającym się masłem, które widzicie na zdjęciu powyżej, poniżej zresztą też. Miałam swój mały, środowy rytuał - najpierw najcięższy w tygodniu, ponaddwugodzinny trening, a po powrocie do domu ostre szorowanie, masło, piżama i niebo. Wielki smuteczek, że to już koniec.

Bardzo lekutkie.

Pełen słoiczek limonkowego masła (200 ml) kupiłam za symboliczną kwotę 10 złotych, korzystając z promocji na Paatalu, bardzo nieprzyzwoicie dawno temu. Sprawdzało się świetnie w cieplejsze miesiące, ze względu na szybkie wchłanianie, dostateczne dla mojej skóry nawilżenie i przyjemny zapach, idealny na wakacje, bo powiedzcie, czy taka limonka do wakacji nie pasuje? Szkoda, że już go na Paatalu nie widzę.


Tym sposobem moje krótkie, ale niezwykle przyjemne wycieczki do krainy czekolady i limonki dobiegły końca. Bardzo bym chciała udać się jeszcze kiedyś na taką wyprawę, ale biorąc pod uwagę, że TBS strzela cenami z kosmosu, a Hawaiian Tropic do kosmosu wystrzelił (albo na te Hawaje właśnie), czekoladowe wojaże wydają mi się mało prawdopodobne. Zaliczyłam co prawda jedną "przygodę" z czekoladowo-pistacjowym scrubem Sweet Secret, ale był to błąd, którego już na pewno nie powtórzę.

Uch.

Zdzierak może i zdzierał, ale inne jego właściwości zalazły mi za na skórę. Czekoladopodobny zapach zamieniał się za każdym razem w chemiczny ulepek. Aż wreszcie, chyba po trzecim z kolei szorowaniu, ubzdurałam sobie, że śmierdzę ropą i nie potrafiłam się tego wrażenia pozbyć, zupełnie jak oleistego klejucha, który nie chciał zleźć z mojej skóry. Fuj. Może o to chodziło - żeby zapewnić sobie ekstra szorowanie podczas zmywania niechcianej warstwy.

Bardziej kleiście i wodniście niż w TBS.

Wątpliwa przyjemność. A ponieważ Sweet Secret to dziecko Farmony, na opakowaniu znów bajki o słodkich ucztach i wyjątkowych kosmetykach (słynne farmazony od Farmony :*). Pięknie powiedziane, jak na parafinę z cukrem. Fakt, że cena nieporównywalnie niższa od TBS-u (ok. 13 zł za 225 ml), ale dajcie spokój, uciekajcie!

"Zniewalająco słodki zapach". Oj, taki eufemizm przecież.

Tyle w temacie czekolady. Przypominam jednakowoż, że najlepsza jest ta, która nadaje się do zjedzenia.

Całusy!
Słom


(A teraz wszyscy całują Simply, bo to ona pożyczyła mi laptopika, żebym mogła skończyć z tym postem).

środa, 9 maja 2012

Retrospekcja styczniowa

Ostatnio nie pisałam zbyt wiele, ale spokojnie, zaraz zrobi się gęsto od nadmiaru słów.

Ten post dojrzewał sobie w wersjach roboczych od czasu pewnej zabawnej awarii.
Dzisiaj daję mu pożegnalnego całusa i posyłam w świat.
A Was ostrzegam: nie dobrniecie do końca.


1. Żel dogłębnie oczyszczający (L'Oréal)
150 ml / 16,99 zł (promocja)

Pocieradełko zostaje ze mną.

Kupiłam go, bo miałam chrapkę na gumowe pocieradełko. Mniej więcej w kwietniu zeszłego roku. To było długodystansowe zużywanie. Ale tylko dlatego że mieliśmy ciche dni... przez pół roku. Obraziłam się na niego, bo bardzo wysuszył mi skórę na policzkach. Jak przystało na początkującą damę, dopuściłam się kilku niewyszukanych epitetów, wepchnęłam klienta głęboko do szafy i szybko zapomniałam. Aż któregoś sprzyjającego dnia w przypływie łaskawości wyciągnęłam go na brzeg. Tym razem ograniczyliśmy kontakty do jednego mycia dziennie (a nie dwóch). Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu zachowywał się poprawnie. Pienił się (SLES na drugim miejscu), mył, odświeżał i służył dzielnie aż do rozkrojenia – o dziwo w środku nie została nawet kropelka. Tylko tyle i aż tyle. Drugi raz nie kupię. Zresztą teraz mam melodyję na oleistość.

Masażyk za to pierwsza klasa.


2. Krem żel do skóry wokół oczu (Faberlic)
15 ml / 19,90 zł (kosmetyk katalogowy, więc często i gęsto w promocji)

Wyższość nad niższością.

Ma plusa za higieniczne opakowanie, za przyjemne chłodzenie i nawilżanie, a nawet za wydajność. Ale cieni spowodowanych zmęczeniem, stresem i niewyspaniem to mi raczej nie zlikwidował (pokażcie mi krem, który to robi). Mogłabym do niego wrócić, ale szukam teraz intensywniejszych doznań.



3. Aktywny przeciwtrądzikowy krem na noc z kwasem salicylowym
oraz antybakteryjnym kompleksem roślinnym (Faberlic)
50 ml / 29,90 zł (zazwyczaj tańszy)

Syfy go nie lubią.

Pierwsze wrażenie: poproszę więcej. Skóra zareagowała zaskakująco dobrze. Nowych wyprysków niet, a drobne ranki kaputt. Uradowałam się, ale postanowiłam tego nie uzewnętrzniać, ponieważ – jak wiadomo – różnie bywa. Słuszne posunięcie. Okazało się, że trafiłam na korzystny moment. Chociaż potem nie było już tak różowo, krem wyzerowałam z przyjemnością. Lubiłam go za szybkie wchłanianie. Niestety nie powstrzymał nowych wykwitów, ale kiedy już się pojawiały, od razu dostawały po łbie.


4 i 5. Szampon i odżywka Elsève NUTRI-BLASK: Lustrzany blask, aksamitny dotyk (L'Oréal)
400 ml (szampon) i 200 ml (odżywka)

Skarłowaciałe.

Na szczęście moje włosy nie potrafią czytać i nie wiedzą, że skład jest fe. Zanim postanowiłam stracić czas (wątpię, że lepsza pielęgnacja zmieni cokolwiek w moich włosach), zużyłam wiele butelek różowego duetu i nie narzekałam, wręcz sobie chwaliłam. Tylko pamiętajcie, że moje przykrótkie cienkusze z natury są nijakie. Wszystko im jedno, byle żeby się nie elektryzowały. Ech, w kwestii włosów wgrałam sobie olbrzymiego (prawie największego) kompleksa i raczej szybko się go nie pozbędę. Nie można mieć wszystkiego. Ja na przykład nie mogę mieć bujnej, seksualnej fryzury. Chyba że sobie przeszczepię.

6. Żel pod prysznic kaktus i guarana (Original Source) 
250 ml / 6,99 zł

Kaktus, który nie kłuje. Ale wysusza Słomki.


Kiedyś przed Rossmannem stał kartonowy domek z intrygującym guziczkiem. Jasne, że nacisnęłam. Ale nic się nie stało. Dopiero gdy odwróciłam się na pięcie, by odmaszerować (do kolejnej drogerii), z mrocznych kartonowych czeluści wystrzeliła nagle ręka dzierżąca miniaturkę miętowego żelu pod prysznic. Jak miło! Od tamtej pory wiem o sobie coś nowego: miętę czuć lubię, ale raczej, ehehehe, nie pod prysznicem. Postanowiłam, że dam szansę innej wersji zapachowej (ofiara marketingu). Padło na kaktusa i guaranę. Na początku było miło, ale potem się skiepściło. Zapach jakoś spowszedniał, a skóra zachowywała się jak przesuszona. Nie, na razie nie mam zamiaru do ciebie wracać. I jeszcze ta nazwa: Original Source?! Specjalnie, żeby Słomka cały czas myślała, że to jest Organic Source! A nie jest. Może tylko w skrajnym ujęciu.


7. Serum intensywnie wyszczuplające + ujędrniające. Antycellulit 3D.
Do skóry wrażliwej i skłonnej do alergii (Eveline Cosmetics)
250 ml / 11,49 zł (promocja)

Pozbędziesz się tłuszczu, wyrzeźbisz sylwetkę,
będziesz miała udane życie erotyczne, liczne sukcesy zawodowe i lśniący dom.

Producent obiecuje tyle wierzb z gruszkami, że czuję się zobowiązana do przeprowadzenia dokładnej sekcji zwłok. Niech tylko wykończę scrub do tłuszczu i smar do cycków z tej samej mafii. Będzie się działo!
 

8. Planet Spa: Śródziemnomorski krem do ciała z oliwką (Avon)
200 ml / 49 zł (ale pamiętajcie o nieustających promocjach)

Przydatne opakowanie.

Już marudziłam tutaj.


9. Masło do ciała Tutti Frutti: Liczi i rambutan (Farmona)
250 ml/ 13,19 zł (promocja na niby)
Farmazony od Farmony.

Masłoszparkę pamiętacie? Nie? Odmaszerować tutaj.


10. Waniliowy krem do ciała Sweet Secret. Wanilia i indyjskie daktyle (Farmona)
225 ml/ 8,99 zł (promocja)

Kochana rączko, dziękuję za podpis!

Słomek się wypowiedział tu.



11. Maseczka oczyszczająca z glinką krzemową i minarałami (Be Beauty)
50 ml / ok. 6 zł

Odpowiedź brzmi: "Nie".

Lubię glinkę, lubię maski z glinką, ale ta maseczka ma z nimi niewiele wspólnego. Moje zastrzeżenia wzbudziła już sama konsystencja, jakaś taka rzadka, przypominająca mleczko, zamiast zwartą, gęstą pastę. Wrażenie po zastosowaniu? Coś było na twarzy, ale już się zmyło. Moja skóra wcale nie wyglądała lepiej (gdzie te zwężone pory? gdzie zapobieganie błyszczeniu?). Racja, czułam, że jest oczyszczona i odświeżona, ale równie dobrze mogłabym sięgnąć po żel i wymiziać gębę gumosmyradełkiem. Wyszłoby na to samo. Oj, kochana, dożywotni ban na moją łazienkę!


12. Balsam do ust Pure&Natural z oliwką i cytryną (Nivea)
4,8 g / ok. 7 zł

Na ulicy Żyła żyła sobie żyła.

Najlepszy w nim jest zapach. Nawilża natomiast średnio, na pewno nie długotrwale. Dobry na cieplejsze pory roku albo gdy usta są ustami, a nie wyschniętą skorupą. Naszła mnie ochota na wersję z miodem, ale zapasy! Zerujemy, nie szalejemy.

Aż tej żyle pękła żyła i ta żyła już nie żyła.


13. Musująca kula do kąpieli – lawenda i pomarańcza (Body Club)
165 g /3,99 zł (biedronkowy szał)

Kullllka <3

Wiecie, że to było nawet przyjemne? Nie, nie siedziałam sobie na tej kuli, kiedy byłam w wannie. Dowód tutaj:

Patrzcie jaka "tłusta" woda się zrobiła :)

Fajnie musowało, a jeszcze fajniej pachniało (mówiłam już, że mam melodię na lawendę?). Nawet się nie przejęłam brakiem piany. Kurza twarz, szkoda, że ta impreza nie jest tańsza. Cztery złocisze mogę jeszcze rozpuścić w wodzie, ale regularna cena ze sklepu osiedlowego (prawie dwa razy tyle!) skutecznie mnie odstrasza.


14. High Impact Mascara 01 Black (Clinique)
4 g / darmoszka z Syfory
(pełnowymiarowe opakowanie: 8 g /ok. 90 zł)


Nie odchodź!

Pamiętacie zeszłoroczną wakacyjną promocję w Syforze? Trzeba było złożyć niechciany tusz w ofierze na kontuarze, a w nagrodę dostawało się miniaturkę Clinique’a. Chociaż może miniaturka to złe słowo – w końcu to połowa normalnego opakowania. Świetna sprawa, zwłaszcza że tusz rzucił na mnie urok (i był darmowy :P). Niby 3 w 1 (wydłużający, pogrubiający i podkręcający, oh really?!), a jednak dał radę upiększyć moje oczyska. Na początku był zbyt świeży, więc wysłałam go na leżakowanie i zrobił się idealny. Nie osypuje się, nie skleja rzęs, szczoteczka bardzo na tak, dlaczego już sobie poszedł, no dlaczego?
Niestety, Słomka nie rozbiła banku, więc na razie sobie nie kupi.

W każdym razie na moich oczach wyglądała tak (weźcie pod uwagę, że tutaj jest już mocno stara):

Łyse oko mnie przeraża. Natomiast to po prawej... rzeczywiście High Impact!

Szybki przegląd przy szybkim makijażu. Po lewej z tuszem, po prawej bez.

Uuufff.
A teraz jak na spowiedzi. Kto od razu przewinął do końca?

Niniejszym ogłaszam i uspokajam: raczej nie zamieszczę już więcej wpisów z podsumowaniami zużyć miesiąca. Przyznaję bez bicia, że trochę nuży mnie wysyp takich postów w blogosferze na koniec każdego miesiąca/początek nowego. Dlatego się wypisuję.

sobota, 17 marca 2012

Promiskuityzm, czyli moje przygody z pięcioma jegomościami (część 2)


Najwyższy czas zająć się kolejnym. O pierwszym partnerze wspominałam tutaj. (Jeśli jeszcze nie znasz mojej kremacyjnej filozofii, koniecznie zajrzyj. Wszystko stanie się prostsze).

Oto on.

Masło do ciała Tutti Frutti: Liczi i rambutan (Farmona)
250 ml/ 13,19 zł (promocja na niby)

Jego deklaracja

Czyżby kolejne farmazony od Farmony?

Na początku nie jest tak źle. Po prostu troszeczkę edukacji: „Niezwykle słodkie liczi, uprawiane w Państwie Środka od 2000 lat, to symbol i ulubiony owoc chińskich cesarzy z dynastii Ming”. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby się okazało, że trzy czwarte z nich zeszło na cukrzycę.

Ale patrzmy dalej. Albo nie. Bo ja nie mogę. Weźcie mi proszę wytłumaczcie, co to znaczy, że liczi w połączeniu z rambutanem „nadaje skórze niespotykany, fascynujący aromat upojnej, letniej zabawy”? Bez komentarza, moje Panie, bez komentarza. Zaprawdę powiadam Wam, nie chcecie wiedzieć, co przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o „aromacie upojnej zabawy”. I zapewne wcale nie chcecie tym pachnieć.

Potem chwila odpoczynku na standardowe formułki. Wspominają, że dodali masło shea, dzięki któremu smarowidło ma „głęboko nawilżać, odżywiać i ujędrniać, sprawiając, że ciało staje się zachwycająco miękkie, delikatne i jedwabiście gładkie”. Tak, tak, co innego mieli napisać.

Ano na przykład deserek dla Słomeczki. Czekajcie, zanim to przeczytacie, zgaście sobie światło, zapalcie świeczki i naładujcie baterie do wibratora. Okej, dobra, przesadzam z wibratorem. Farmona da radę bez wibratora. Drogie Panie:

„Bogata konsystencja pieści zmysły, czarne drobinki masują ciało, a zniewalająco słodki zapach egzotycznych owoców uwodzi i relaksuje”.

Tadam!

Ja wiem, że jak się po takim "zachęcającym" opisie zajrzy do składu i zobaczy butyroSPERMUM parkii na drugiej pozycji, to trudno uwierzyć, że to naprawdę masło shea. I nie pomaga fakt, że drzewo, z którego owoców (a właściwie ich nasion) wyciska się to cenne, białe mazidło, nazywa się, uwaga, uwaga, MASŁOSZ PARKA. Kuźwa, MASŁOSZPARKA. Czy Wy słyszycie to, co ja?

Masłoszparka.

Moja reakcja

Musiałam mieć specjalną melodię, żeby po niego sięgać. Przede wszystkim dlatego, że to masło naprawdę jest masłem, z deczka różowawym co prawda, ale nadal masłem, które trzeba wcierać i wcierać, aby dobrze się wchłonęło. To nie musi być minus. Ale czasami jest. Razem z tymi czarnymi kulkami. Jestem chyba zbyt gruboskórna na taki rodzaj masowania, a one zbyt upierdliwe, żeby szybko znikać mi z oczu.

Poza tym zapach. Wiem, kwestia gustu, ja akurat nie trafiłam w swój. Na początku nos podpowiadał mi, że fetorek jest całkiem fajny, trochę niespotykany, ale nie minęły dwa dni, a już okazało się, że mister nos miał klapki na nozdrzach, bo zapaszek przerodził się w zbyt słodki i uciążliwy. W dodatku bardzo trwały.

Nie poczułam się ani uwiedziona, ani zrelaksowana, ani wymasowana, ale muszę przyznać, że nawilżał przyzwoicie. Mojej niezbyt problematycznej skórze wystarczyło.

Na wakacje strzelę sobie chyba wersję z melonem (ogórkiem :P) i arbuzem, bo Rodzicielka właśnie uskutecznia i za każdym razem, gdy się posmaruje, mam wrażenie, że zaraz wejdzie mi do pokoju soczysty owoc. Oczywiście nie tak bardzo słodki, jak liczi i rambutan.

Reasumując, zadufanym w sobie, przesłodzonym lalusiom, którzy obiecują niezapomniane doznania, a potem tylko leżą i czekają, aż odwalisz całą robotę, mówię nie. Ale orzeźwiający braciszek to już inna historia.

Flaki: Aqua, Butyrospermum Parkii, Isopropyl Myristate, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Glycerin, Cetyl Alcohol, Paraffinum Liquidum, C1 16255, Parfum, Cera Alba, Cyclomethicone, Glyceryl Stearate, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Jojoba Esters, Iron Oxides, Acrylates C10-C30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, BHA, Geraniol, Citronellol, Limonene.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Promiskuityzm, czyli moje przygody z pięcioma jegomościami (część 1)

Ojcze, zgrzeszyłam, smarowałam się z pięcioma.

Co ja poradzę, że nie umiem związać się na stałe z jednym smarowidłem? Lubię wykorzystywać kilku delikwentów naprzemiennie. Przecież nie muszę codziennie mieć ochoty na ten sam zapach i tę samą konsystencję. Kobieta zmienną jest.

Ale wiecie, skoro od przeszło pół roku używam tych samych pięciu balsamów/maseł/musów/mleczek/kremów do ciała, to też jest jakaś wierność.

Poza tym teraz już mi przeszło (bo z portfela wyszło), więc mam tylko dwóch partnerów. O nich kiedy indziej. Dzisiaj słów kilka o jednym z pięciu moich byłych. Przy czym musicie pamiętać o dwóch rzeczach:

1) Skóra, w której mieszkają sobie moje wnętrzności, nie strzela większych fochów. Nie reaguje alergicznie, nie miewa zapaleń. Czasami pada ofiarą przesuszenia, a wówczas jej powierzchnia atakowana jest przez suche wyspy, zazwyczaj zajmujące terytorium łokci, łydków, bioder. Ataki zdarzają się przeważnie w zimie i najczęściej ich powodem jest lenistwo. Nie smaruję, więc wysycham. Ale tej zimy jestem pracowita i nie zauważyłam żadnych wrogich najazdów. Pielęgnacja okazała się skuteczna.

2) Ten drugi punkt powinien być dla Was oczywisty: skoro używam pięciu smarowideł naraz (jeszcze se kto pomyśli, że je wszystkie do jednego kotła i dopiero potem chlap na ciało… a niech myśli, sesese), to ciężko jest mi stwierdzić, jak spisywałyby się solo. Wszystkie razem dawały radę. To jest najważniejsze, choć wcale nie oznacza, że zamierzam im przysięgać wierność aż po grób.

Waniliowy krem do ciała Sweet Secret. Wanilia i indyjskie daktyle (Farmona)
225 ml/ 8,99 zł (promocja)



Czyjaś kochana rączka popisała mi opakowanie :)


Jego deklaracja

Opis jest chyba bardziej dopieszczony niż moje ciało po wysmarowaniu. Pozwólcie, że zacytuję: „Wyjątkowy kosmetyk do pielęgnacji ciała o przyjemnej, aksamitnej konsystencji i uwodzicielskim zapachu został stworzony z myślą o tym, by rozpieszczać zmysły i ciało”. Poza tym „powstał na bazie ekstraktu z wanilii i indyjskich daktyli”. Ma „skutecznie pielęgnować ciało” i „obłędnie pachnąć” przez długi czas.

Moje ulubione jest w środku: „Regularne stosowanie (…) daje uczucie wypielęgnowanej, jedwabiście gładkiej i pachnącej skóry”. Aha, czyli że moja skóra nie będzie wypielęgnowana, ale ja będę miała takie wrażenie? Najssssss. Plus „daje uczucie pachnącej skóry”. Że co proszę?

A nie, dobra, dalej napisali jeszcze: „Bogata receptura głęboko nawilża, odżywia i wyrównuje koloryt skóry, sprawiając, że ciało staje się zachwycająco miękkie, delikatne i jedwabiście gładkie, a wydobyta z serca orientu kompozycja zapachowa stymuluje, pobudza i wprowadza w dobry nastrój”.

Farmona to sobie zatrudnia niezłych wierszokletów.

Siakiś taki niewyraźny. Pewnie się nawdychał.

Moja reakcja

Już wiecie, jak zareagowałam na opis, a teraz czas na wrażenia kremacyjne. Zawartość słoika jest gęsta, ma żółtawy kolor (barwniki?) i czarne kulki (chyba mają udawać ziarna wanilii), które można rozetrzeć, chociaż trzeba się do tego przyłożyć. Zawsze przy wcieraniu musiałam się trochę namachać, ale nie traktuję tego jako minus, przynajmniej robiłam sobie masaż. Zapach jest rzeczywiście bardzo, bardzo intensywny i faktycznie długo utrzymuje się na skórze. W cieplejsze, letnie dni, po zaaplikowaniu odpowiedniej dawki trochę się kleiłam, ale gdy nastały chłody, problem zniknął. Purystki składowe raczej nie będą zadowolone – napakowany parabenami. Jednak, co ciekawe, na trzecim miejscu jest… moje kochane masło shea, o którym producent nie raczył nawet wspomnieć. Wanilia trochę dalej.

Ejże, a gdzie te indyjskie daktyle?

Nie miałam żadnych orgazmów konsumenckich, ale byłam zadowolona. Jeśli zatęsknię za zapachem, kupię ponownie. Niewykluczone też, że kiedyś spróbuję innego słodkiego sekretu.

Produkt nie nadaje się do spożycia.

Flaki: Aqua, Isopropyl Myristate, Butyrospermum Parkii, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Glycerin, Cyclomethicone, Parfum, Vanilla, Glyceryl Stearate, Cetyl Alcohol, Cera Alba, Helianthus Annuus Seed Oil, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Tamarindus Indica Extract, Propylene Glycol, Acrylates/ C10-C30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Disodium EDTA, Jojoba Esters, Iron Oxides, Sodium Hydroxide, BHA, CI 16255, CI 19140.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...