Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avon. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 kwietnia 2013

Dopisek

Teraz będzie, że sobie nabijam licznik. Najwyżej...
Pomyślałam, że fajnie byłoby dorzucić słocze do poprzedniego wpisu (kliku). Słocze zawsze dobrze się ogląda, uważam, o ile oczywiście coś na nich widać.

Ale na początek zdjęcia wybranych produktów.

Twarz.

Pierwszy raz z Healthy Mix Serum Bourjois, o czym pisałam już ostatnio. Do tej pory maltretowałam zwykłą wersję Healthy Miksa, jakieś 3 czy 4 opakowania zużyłam, co raczej świadczy o tym, że mimo wszystko lubię, i wiemy dobrze, że osamotniona nie jestem. Serum ma być lżejszą, żelową wersją burżujowego weterana. Zobaczymy. Może kiedyś pokuszę się o porównanie... Tylko nie spodziewajcie się po mnie sztywnej recenzji. Zresztą wiecie, jak to jest.

W roli bronzera wystąpił Sun Protecting Gel Bronzer z Isa Dory. Dostałam go kiedyś od Stri i długo leżał, bo ma napisane, że jest "slightly pearly". Okazało się, że to ściema i tak naprawdę jest przyzwoity. Obecnie mój ulubiony bronzer w płynie. Nie żebym miała jakieś inne...

Poza tym Dermacol w roli korektora i Mary-Lou Manizer w roli... rozświetlacza, zarówno twarzy, jak i wewnętrznych kącików oka.

Róż Beauties Factory w odcieniu 008 ma monopol na moje policzki ostatnimi czasy.

Na zdjęciu zabrakło pudru, ale był bambusowy z Biochemii.

Oczy.

Tamten makijaż zmalowałam oczywiście na bazie Hean, która pachnie pronto i nie zmienia konsystencji, choć mam ją już od ponad roku. Potem sięgnęłam po dinozaura z Avonu (Classic Canvas) - służy mi od iks czasu do wyrównywania kolorytu powieki i przygotowywania jej przed rozcieraniem. 

Poza tym cień L'oreal i zielone kredki Catrice (to ta z gąbką) i Bourjois (ta bez gąbki, oczywiście), o których pisałam więcej w poprzednim wpisie. Jest jeszcze pigment Pure Luxe, który trafił do mnie od Hexxany, ale niebezpośrednio. Z paletki Sleeka Curaçao wykorzystałam dwa zielone cienie - Green Martini oraz Green Iguana. Martini to ta leśna zieleń obok czerwonego cienia, a Iguanę trochę przycięłam.

Aha, załapała się także moja ulubiona paletka do konturowania powieki: beżowo-brązowa Revlon Coffee Bean. Pominęłam natomiast czarną żelową kredkę z Avonu oraz tusz do rzęs Rimmela Extra Wow Lash.

Na wszelki wypadek przypominam, że makijaż wyglądał tak:





Po tym wstępie czas na clou imprezy, czyli zapowiedziane słocze.

Tadaaaam!
(Wszystkie słocze bez bazy).

Kredka Bourjois Regard pailetté 34 Vert stupéfiant jest zielona i ma złote, brokatowe drobinki. Drobinki na szczęście nie migrują po twarzy. Jej wkład (może być wkład? bo przecież nie grafit, nie?) nie jest zbyt twardy, moim zdaniem, ale ma średnią pigmentację. Trzeba kilka razy machnąć kreskę, żeby wydobyć intensywny kolor.

Bourjois na pewno rysuje lepiej niż wycofany (nie dziwimy się) Kajal Designer Catrice. Ten ze zdjęcia jest w odcieniu 100 Tropical Green. Kiedy wycofywali tę serię kredek, tropikalną zieleń można było dostać w gratisie do zakupów. Nie jest to najlepsza kredka świata, oj nie, ale znam takie jeszcze bardziej beznadziejne, co to w ogóle nie rysują po powiece - raczej powiekę. Pomimo wszelkich zastrzeżeń lubię jej "tropikalny kolor", dlatego cały czas ze mną jest. To zieleń wpadająca w niebieski. Po kilku warstwach robi się nieco metaliczna. Ładnie się rozwinęłam na temat wycofanej kredki... no brawo.

Dalej w kolejce jest cień L'Oréal Color Infallible 040 Cosmic Black. Ostatnio napisałam, że jest to zielonkawa czerń ze złotymi drobinkami, ale powinnam chyba napisać czarniawa zieleń. Nie używałam jej zbyt wiele razy, ale zauważyłam, że a) lubi się osypywać, b) przy rozcieraniu znika z powieki. Jeżeli chcemy uzyskać intensywny kolor, bo da się to zrobić, polecam palec lub pacynkę.

I na deser pigment Pure Luxe w odcieniu Ariel. Na zdjęciu nie wypadł korzystnie, no wiem, tak trochę jak osad w butelce wody do kwiatów. Ale na żywo bardziej przypomina syreni ogon, musicie mi wierzyć na słowo albo poczekać aż wrócę z lepszymi słoczami. Ma piękny zielono-niebieski połysk. Same widzicie, jak elektryzująco wypadł, gdy nałożyłam go na czarną żelową kredkę z Avonu!

Ariel solo i Ariel na czarnej bazie. Love.

Bourjois, Catrice, L'Oréal. Rozmyty Pure Luxe.

Pogadałam sobie trochę.
Mogą być takie słocze bez pełnych recenzji?
Ja lubię.

Miłego dnia,
Słom.

sobota, 21 lipca 2012

To już jest koniec

Ale jeszcze trochę zostało.
Układam się, przekładam, przewartościowuję. W takich momentach życia jak ten, wyrzucam. Najpierw sentymenty, a potem wszystkie te drobiazgi, w których przeszłość spotyka się z teraźniejszością. Oczyszczam przestrzeń, robię miejsce na Nowe.

Na stos!

Pierwsze solidne huknięcie. Do kosza pofrunęły wszystkie rozciapciane i podejrzane błyszczki. Jestem też lżejsza o jakiś taki rozświetlający glut do ciała.

Bogaty wachlarz staroci.

Aha, i o próbkę pomadki.
Większość to oczywiście Avon (było, minęło), ale znalazło się miejsce dla Faberlica i H&M. Och, ten różowy hamikowy lipgloss dostarczał mi wiele radości. Zużyłam prawie cały. Podobnie było z błyszczykiem Essence - to ten z truskaweczką na opakowaniu. Dostałam go w prezencie od pewnej ślicznej Niemki (seriously, robiła mi gorsze kompleksy niż moja wyobraźnia). Wstyd przyznać, rzuciłam w kąt. Nieco później odkryłam skarby Natury. Jakiż banan wykwitł na mym licu, gdy odgrzebałam truskaweczkę z szuflady i dostrzegłam nieco sfatygowane, ale nadal rozpoznawalne logo.

A teraz spocznij i odmaszeruj.

Dwie wykończone panie.
Czarna pomadka, oczywiście z Avonu, miała, o ile dobrze pamiętam, jakiegoś szampana w nazwie. Tak, na pewno pamiętam dobrze, bo to pierwsza moja pomadka ever. Lubiłam jej konsystencję, połysk i smukłe opakowanie. Raz zgubiłam. Smutek wielki. Na szczęście nie trwał długo, bo potem odnalazłam wśród liści.
Biała to pomadka ochronna (Avon, Tinted Lip Care, odcień Pink) z tandetnym różowym połyskiem. Lubię. Teraz mam taką złotą. Bronze się zwie. Nie kładę jej solo, wolę rozświetlać środek ust, gdy inne pomadziwo robi mi za bazę.

Ciastko, karmel, czekolada.

Lubiłam te podkłady z Faberlica, ale to było dawno temu i nie wiem, czy dziś miałabym dla nich miejsce w swoim sercu (i szafce). Soraya jest spalona. Dosłownie.

Jestem blada. Tego jeszcze o mnie nie wiedziałyście.
Ehe...

Nie moja bajka. Chociaż jakoś to rozcierałam... (Tak ci się wydaje, Słomiaku?). Kupiłam, bo inne mazidło nagle wyzionęło ducha, a w pobliżu nie mieli nic lepszego. Zużyłam całkiem sporo, ale gdy przybyło kasy, zaopatrzyłam się w Healthy Mixa i przeszłość pogrążyła się w ciemnościach.

Nein!

Pamiętacie, jak paatal miał manię rozdawania w gratisie pudrów CCUK? Nie przebolałam zapachu. Chciałam poużywać swojego egzemplarza jako bronzera, ale szybko mi przeszło. Wypatroszyłam wkład i zrobiłam sobie lusterko.

Do tego korektora (Avon, Color Trend, Perfect and Hide Concealer, Light) też już więcej nie zajrzę. Za ciemny i za szybko schodzi z twarzy. Wysusza, więc nie nadaje się tam, gdzie naskórek doznał uszczerbku.

Nie będę tęsknić.

Brązowa kredka ok, czarny liner w pisaku - no way. Dość szybko zrobił się wodnisty.
(Hm, a teraz jest tak stary, że aż granatowy...).

Już tęsknię.

Tyle wspomnień!
Te brązowe to moje pierwsze cienie na własność, chlip. Cocoa Glow. Chlip, chlip. Zrozumcie, robiłam nimi moje pierwsze nieudolne makijaże. Ale przecież nie mogę trzymać ich dla potomności. Patrzcie, dzieciory, tym Wasza babcia szpeciła się w młodości.
Sproszkowaną (obecnie) jedynkę Beige Frost dostałam kiedyś od mojego pierwszego guru makijażowego. Mam jeszcze śliczną zieleń, Leaf, ale wyrzucę dopiero, gdy znajdę duplikat.
I niebieskości, które przywiozłam sobie zza wielkiej wody. Maybelline, Expert Wear Eye Shadow, 34 Sapphire Ice. Dużo, dużo wspomnień, dlatego wrzucam słocze. Pewnie dla siebie bardziej niż dla Was... Chociaż tak patrzę, że chyba jeszcze można je dorwać.

Papa

Pozbyłam się również kilku innych cieniowych staroci, ale były na tyle nieinteresujące, że nawet nie chciało mi się sięgać po aparat.

Także miejsce już mam. Teraz można dorzucać nowości!

środa, 9 maja 2012

Retrospekcja styczniowa

Ostatnio nie pisałam zbyt wiele, ale spokojnie, zaraz zrobi się gęsto od nadmiaru słów.

Ten post dojrzewał sobie w wersjach roboczych od czasu pewnej zabawnej awarii.
Dzisiaj daję mu pożegnalnego całusa i posyłam w świat.
A Was ostrzegam: nie dobrniecie do końca.


1. Żel dogłębnie oczyszczający (L'Oréal)
150 ml / 16,99 zł (promocja)

Pocieradełko zostaje ze mną.

Kupiłam go, bo miałam chrapkę na gumowe pocieradełko. Mniej więcej w kwietniu zeszłego roku. To było długodystansowe zużywanie. Ale tylko dlatego że mieliśmy ciche dni... przez pół roku. Obraziłam się na niego, bo bardzo wysuszył mi skórę na policzkach. Jak przystało na początkującą damę, dopuściłam się kilku niewyszukanych epitetów, wepchnęłam klienta głęboko do szafy i szybko zapomniałam. Aż któregoś sprzyjającego dnia w przypływie łaskawości wyciągnęłam go na brzeg. Tym razem ograniczyliśmy kontakty do jednego mycia dziennie (a nie dwóch). Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu zachowywał się poprawnie. Pienił się (SLES na drugim miejscu), mył, odświeżał i służył dzielnie aż do rozkrojenia – o dziwo w środku nie została nawet kropelka. Tylko tyle i aż tyle. Drugi raz nie kupię. Zresztą teraz mam melodyję na oleistość.

Masażyk za to pierwsza klasa.


2. Krem żel do skóry wokół oczu (Faberlic)
15 ml / 19,90 zł (kosmetyk katalogowy, więc często i gęsto w promocji)

Wyższość nad niższością.

Ma plusa za higieniczne opakowanie, za przyjemne chłodzenie i nawilżanie, a nawet za wydajność. Ale cieni spowodowanych zmęczeniem, stresem i niewyspaniem to mi raczej nie zlikwidował (pokażcie mi krem, który to robi). Mogłabym do niego wrócić, ale szukam teraz intensywniejszych doznań.



3. Aktywny przeciwtrądzikowy krem na noc z kwasem salicylowym
oraz antybakteryjnym kompleksem roślinnym (Faberlic)
50 ml / 29,90 zł (zazwyczaj tańszy)

Syfy go nie lubią.

Pierwsze wrażenie: poproszę więcej. Skóra zareagowała zaskakująco dobrze. Nowych wyprysków niet, a drobne ranki kaputt. Uradowałam się, ale postanowiłam tego nie uzewnętrzniać, ponieważ – jak wiadomo – różnie bywa. Słuszne posunięcie. Okazało się, że trafiłam na korzystny moment. Chociaż potem nie było już tak różowo, krem wyzerowałam z przyjemnością. Lubiłam go za szybkie wchłanianie. Niestety nie powstrzymał nowych wykwitów, ale kiedy już się pojawiały, od razu dostawały po łbie.


4 i 5. Szampon i odżywka Elsève NUTRI-BLASK: Lustrzany blask, aksamitny dotyk (L'Oréal)
400 ml (szampon) i 200 ml (odżywka)

Skarłowaciałe.

Na szczęście moje włosy nie potrafią czytać i nie wiedzą, że skład jest fe. Zanim postanowiłam stracić czas (wątpię, że lepsza pielęgnacja zmieni cokolwiek w moich włosach), zużyłam wiele butelek różowego duetu i nie narzekałam, wręcz sobie chwaliłam. Tylko pamiętajcie, że moje przykrótkie cienkusze z natury są nijakie. Wszystko im jedno, byle żeby się nie elektryzowały. Ech, w kwestii włosów wgrałam sobie olbrzymiego (prawie największego) kompleksa i raczej szybko się go nie pozbędę. Nie można mieć wszystkiego. Ja na przykład nie mogę mieć bujnej, seksualnej fryzury. Chyba że sobie przeszczepię.

6. Żel pod prysznic kaktus i guarana (Original Source) 
250 ml / 6,99 zł

Kaktus, który nie kłuje. Ale wysusza Słomki.


Kiedyś przed Rossmannem stał kartonowy domek z intrygującym guziczkiem. Jasne, że nacisnęłam. Ale nic się nie stało. Dopiero gdy odwróciłam się na pięcie, by odmaszerować (do kolejnej drogerii), z mrocznych kartonowych czeluści wystrzeliła nagle ręka dzierżąca miniaturkę miętowego żelu pod prysznic. Jak miło! Od tamtej pory wiem o sobie coś nowego: miętę czuć lubię, ale raczej, ehehehe, nie pod prysznicem. Postanowiłam, że dam szansę innej wersji zapachowej (ofiara marketingu). Padło na kaktusa i guaranę. Na początku było miło, ale potem się skiepściło. Zapach jakoś spowszedniał, a skóra zachowywała się jak przesuszona. Nie, na razie nie mam zamiaru do ciebie wracać. I jeszcze ta nazwa: Original Source?! Specjalnie, żeby Słomka cały czas myślała, że to jest Organic Source! A nie jest. Może tylko w skrajnym ujęciu.


7. Serum intensywnie wyszczuplające + ujędrniające. Antycellulit 3D.
Do skóry wrażliwej i skłonnej do alergii (Eveline Cosmetics)
250 ml / 11,49 zł (promocja)

Pozbędziesz się tłuszczu, wyrzeźbisz sylwetkę,
będziesz miała udane życie erotyczne, liczne sukcesy zawodowe i lśniący dom.

Producent obiecuje tyle wierzb z gruszkami, że czuję się zobowiązana do przeprowadzenia dokładnej sekcji zwłok. Niech tylko wykończę scrub do tłuszczu i smar do cycków z tej samej mafii. Będzie się działo!
 

8. Planet Spa: Śródziemnomorski krem do ciała z oliwką (Avon)
200 ml / 49 zł (ale pamiętajcie o nieustających promocjach)

Przydatne opakowanie.

Już marudziłam tutaj.


9. Masło do ciała Tutti Frutti: Liczi i rambutan (Farmona)
250 ml/ 13,19 zł (promocja na niby)
Farmazony od Farmony.

Masłoszparkę pamiętacie? Nie? Odmaszerować tutaj.


10. Waniliowy krem do ciała Sweet Secret. Wanilia i indyjskie daktyle (Farmona)
225 ml/ 8,99 zł (promocja)

Kochana rączko, dziękuję za podpis!

Słomek się wypowiedział tu.



11. Maseczka oczyszczająca z glinką krzemową i minarałami (Be Beauty)
50 ml / ok. 6 zł

Odpowiedź brzmi: "Nie".

Lubię glinkę, lubię maski z glinką, ale ta maseczka ma z nimi niewiele wspólnego. Moje zastrzeżenia wzbudziła już sama konsystencja, jakaś taka rzadka, przypominająca mleczko, zamiast zwartą, gęstą pastę. Wrażenie po zastosowaniu? Coś było na twarzy, ale już się zmyło. Moja skóra wcale nie wyglądała lepiej (gdzie te zwężone pory? gdzie zapobieganie błyszczeniu?). Racja, czułam, że jest oczyszczona i odświeżona, ale równie dobrze mogłabym sięgnąć po żel i wymiziać gębę gumosmyradełkiem. Wyszłoby na to samo. Oj, kochana, dożywotni ban na moją łazienkę!


12. Balsam do ust Pure&Natural z oliwką i cytryną (Nivea)
4,8 g / ok. 7 zł

Na ulicy Żyła żyła sobie żyła.

Najlepszy w nim jest zapach. Nawilża natomiast średnio, na pewno nie długotrwale. Dobry na cieplejsze pory roku albo gdy usta są ustami, a nie wyschniętą skorupą. Naszła mnie ochota na wersję z miodem, ale zapasy! Zerujemy, nie szalejemy.

Aż tej żyle pękła żyła i ta żyła już nie żyła.


13. Musująca kula do kąpieli – lawenda i pomarańcza (Body Club)
165 g /3,99 zł (biedronkowy szał)

Kullllka <3

Wiecie, że to było nawet przyjemne? Nie, nie siedziałam sobie na tej kuli, kiedy byłam w wannie. Dowód tutaj:

Patrzcie jaka "tłusta" woda się zrobiła :)

Fajnie musowało, a jeszcze fajniej pachniało (mówiłam już, że mam melodię na lawendę?). Nawet się nie przejęłam brakiem piany. Kurza twarz, szkoda, że ta impreza nie jest tańsza. Cztery złocisze mogę jeszcze rozpuścić w wodzie, ale regularna cena ze sklepu osiedlowego (prawie dwa razy tyle!) skutecznie mnie odstrasza.


14. High Impact Mascara 01 Black (Clinique)
4 g / darmoszka z Syfory
(pełnowymiarowe opakowanie: 8 g /ok. 90 zł)


Nie odchodź!

Pamiętacie zeszłoroczną wakacyjną promocję w Syforze? Trzeba było złożyć niechciany tusz w ofierze na kontuarze, a w nagrodę dostawało się miniaturkę Clinique’a. Chociaż może miniaturka to złe słowo – w końcu to połowa normalnego opakowania. Świetna sprawa, zwłaszcza że tusz rzucił na mnie urok (i był darmowy :P). Niby 3 w 1 (wydłużający, pogrubiający i podkręcający, oh really?!), a jednak dał radę upiększyć moje oczyska. Na początku był zbyt świeży, więc wysłałam go na leżakowanie i zrobił się idealny. Nie osypuje się, nie skleja rzęs, szczoteczka bardzo na tak, dlaczego już sobie poszedł, no dlaczego?
Niestety, Słomka nie rozbiła banku, więc na razie sobie nie kupi.

W każdym razie na moich oczach wyglądała tak (weźcie pod uwagę, że tutaj jest już mocno stara):

Łyse oko mnie przeraża. Natomiast to po prawej... rzeczywiście High Impact!

Szybki przegląd przy szybkim makijażu. Po lewej z tuszem, po prawej bez.

Uuufff.
A teraz jak na spowiedzi. Kto od razu przewinął do końca?

Niniejszym ogłaszam i uspokajam: raczej nie zamieszczę już więcej wpisów z podsumowaniami zużyć miesiąca. Przyznaję bez bicia, że trochę nuży mnie wysyp takich postów w blogosferze na koniec każdego miesiąca/początek nowego. Dlatego się wypisuję.

sobota, 31 marca 2012

Promiskuityzm, czyli moje przygody z pięcioma jegomościami (część 3)


Owszem, to już trzecia część historii o słomkowej rozwiązłości. I zarazem ostatnia. Będę się streszczać, bo z różnych względów chcę zaliczyć dzisiaj aż trzech delikwentów (szalona :3). O poprzednich dwóch pisałam tutaj: część 1 i część 2. Koniecznie zajrzyj do części 1, jeśli jeszcze nie znasz mojej kremacyjnej filozofii. To ważne, bo Twoje podejście i Twoja skóra różnią się od mojej.
 

Planet Spa: Śródziemnomorski krem do ciała z oliwką (Avon)
200 ml / 49 zł (ale pamiętajcie o nieustających promocjach)

Nie sugerujcie się kolorem zawartości.
W środku są już inne skarby.

Jego deklaracja
 
Ech, coś czuję, że dzisiaj nie będzie tak wesoło, jak poprzednio. Chociaż… 
Luksusowy [sic!] krem z prawdziwą oliwą z oliwek, który nawilża, wygładza i zmiękcza skórę.  

Moja reakcja
  
A niby gdzie ten luksus? Opakowanie ma raczej zwykłe, bo plastikowe, przezroczyste i z dokręcanym wieczkiem. Owszem, nienachlane takie, ale luksusem nie trąca. To może zawartość? Czy ja wiem? Kremik jest przyjemny, ale szału nie ma. Polubiłam go za lekką konsystencję (choć chyba nie ogarnę nigdy tego trendu na drobinki/granulki w smarowidłach do ciała...), szybkie wchłanianie i brak uczucia lepkości. Pokochałam natomiast za zapach, który przez pewien czas po posmarowaniu utrzymywał się na skórze i mile łechtał moje nozdrza. Oliwkowy kremik rzeczywiście nawilża, wygładza i zmiękcza skórę, ale odniosłam wrażenie, że raczej delikatnie niż superintensywnie. Tak czy siak było nam fajnie i myślę, że moglibyśmy jeszcze do siebie wrócić. Zwłaszcza w cieplejszych miesiącach.

Już wiem, gdzie ten luksus. W cenie. 49 złotych? Ktoś tu chyba ma wesołego lekarza, który przepisuje mu wesołe tabletki. Żeby to jeszcze jakieś wydajne było, ale nie... Avon: cena regularna ni z gruchy, ni z pietruchy, a potem non stop jakaś promocja. Żebyśmy się skusiły. Brzydko, brzydko. Chociaż kremik przyjemny. 

Popaczta sobie jeszcze, gdzie w składzie jest ta prawdziwa oliwa z oliwek. Yhy.  

Składzik: Aqua, Isopropyl Palmitate, Myristyl Myristate, Hydrogenated Vegetable Oil, Dimethicone, PEG-40 Stearate, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Hydrogenated Polyisobutene, Steareth-2, Glyceryl Stearate, Olea Europaea Oil, Parfum, Mannitol, Carbomer, Cellulose, Disodium EDTA, Methylparaben, Sodium Hydroxide, Hydroxypropyl Methylcellulose, Phosphoric Acid, Tocopheryl Acetate, Olea Europea Leaf Extract, Alcohol Denat., Sodium Lauryl Sulfate, CI 77288, CI 15510, CI 42090, CI 47005.



Wellness & Beauty: Mleczko do ciała wanilia i makadamia (Rossmann)
200 ml / ok. 5 zł 

W pełnej gotowości!

Jego deklaracja  

Według producenta daje poczucie równowagi i komfortu. (W sam raz dla pań znajdujących się w stanie delikatnego upojenia alkoholowego, jak mniemam).

Poza tym ma działać pielęgnacyjnie [jak?], oczarowywać delikatnym zapachem wanilii oraz trwale chronić skórę przed wysuszeniem dzięki zawartości witaminy E oraz pielęgnujących olejków z migdałów i jojoby.

I jeszcze to: Szczególnie kremowa formuła pozwala na delikatne smarowanie i powoduje, że skóra staje się miękka i gładka. Oj, zweryfikujemy. 

Przeznaczone do skóry suchej i normalnej.

Gęste to mleczko...

 Moja reakcja

Nie pierwszy raz cię miałam i pewnie nie ostatni! Lubię niektóre mazidła z serii Wellness&Beauty, bo a) ładnie mi pachną, b) są super tanie. Już sama cena regularna jest bardzo przystępna, a przecież Rossmann często i gęsto urządza kuszenie promocjami. Myślę, że śmiało możecie próbować, tylko uważajcie, bo zapachy są raczej intensywne i na długo przylegają do skóry, a nawet do ubrań. Czyli tragedia, jeśli zapach jednak nie podpasuje albo po prostu zbrzydnie. Zwróćcie też uwagę na nazwę smarowidła, które ściągacie z półki, bo możecie kupić Bodylotion albo Bodymilk. To pierwsze ma lekką konsystencję i wchłania się ekspresowo, natomiast przy drugim (na przykład przy mojej wanilii i makadamii) trzeba uzbroić się w cierpliwość. Delikatne smarowanie? Raczej długie masowanie. Pamiętajcie, że wybrana wersja zapachowa ma zawsze tylko jedną formułę. Chlip.
 
Na skórze pozostaje lepka warstewka, ale bez przesady, nie jest to plama oleju. Po kilku, kilkunastu minutach lepkość znika. Zostaje zapach i gładka skóra.

Jeśli jesteście wyjątkowo przesuszone, raczej nie próbujcie. Skład (o ile dobrze rozumiem) nie powala na kolana, a nawilżenie jest moim zdaniem doraźne, chociaż w swej doraźności skuteczne. Pamiętam, że któregoś dnia uczułam suchość na pośladach. Pognałam do łazienki na smarowanie i od razu zrobiło się miło, ptaszki zaczęły ćwierkać, a słoneczko świecić na całego. Razem z pupą doznałyśmy ulgi oraz nieba.

Nie robiłabym sobie nawilżającej kuracji tym specyfikiem. Ale od czasu do czasu jest okej.  

Składzik: Aqua, Isopropyl Palmitate, Ethylhexyl Stearate, Glycerin, Polygliceryl-4 Diisostearate/ Polyhydroxystearate / Sebacate, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Parfum, Magnesium Sulfate, Zinc Stearate, Sodium Benzoate, Alcohol Denat., Potassium Sorbate, Tocopherol, Tocopheryl Acetate, Citric Acid, Linalool, Phenoxyethanol, Vanilla Panifolia Fruit Extract, Citronellol, Hecyl Cinnamal, Geraniol, Coumarin, Butylphenyl Methylpropional, Amyl Cinnamal, Limonene, Macadamia Ternifolia Seed Extract



Naturals: Balsam do ciała „Kwiat cytryny i bazylia” (Avon)
200 ml / 17 zł (ale oczywiście polujemy na promocje)

Źródło: http://www.avon.sklep.pl
(Moja butla została zmasakrowana)

Jego deklaracja

Na opakowaniu znalazłam taką oto lakoniczną informację: Zawiera wyciągi z cytryny i bazylii. Pozostawia skórę miękką, sprężystą i gładką przez cały dzień. I wsio.

Moja reakcja

Zapach, zapach, zapach. Dla tego przewrotnego zapachu zamówiłabym jeszcze raz, choć nie jestem pewna, czy moja wersja jest jeszcze dostępna. Ale jeśli mnie zaciekawi coś inszego, nie omieszkam przygarnąć. Smary z linii Naturals mają to do siebie, że mnie zapachowo nęcą. Nawilżają natomiast słabo. Powiedziałabym, że bliżej im do odświeżania, niż do nawilżania. Poza tym nazwa całej serii to pic na wodę fotomontaż. Ten balsam jest tak natural, jak mój uśmiech, gdy mam do czynienia z tłumem nadgorliwych ekspedientek...

Więcej nie napiszę. Tyle miejsca na moim blogu mu wystarczy.

Składzik: Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidium, Stearic Acid, Glyceryl Stearate, Dimethicone, PEG-100 Stearate, Phenoxyethanol, Parfum, Petrolatum, Cetyl Alcohol, Methylparaben, Carbomer, Potassium Hydroxide, Disodium EDTA, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Alcohol Denat., Citrus Medica Limonum Extract, Ocimum Sanctum Leaf Extract, Potassium Benzoate, Potassium Sorbate, Citric Acid, CI 47005, CI 60730, Beznyl Alcohol, Citral, Hydroxycitronellal, Butylphenyl Methylpropional, Linalool, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene

Serię kochasiową czas zakończyć.
W następnym poście postaram się zamieścić więcej zdjęć niż moich stęków. Dla równowagi.

sobota, 10 marca 2012

Punkt widzenia a miejsce siedzenia

Co tam u mnie?
A nic szczególnego. Dalej się miotam.
Pomaluję paznokcie od czasu do czasu. Może nawet trochę częściej. Potem się gapię.

turkus + glassflecki + ja = Wielka Szalona Miłość

Historia jest taka, że razem ze stri trafiłyśmy kiedyś do Centrum Obsługi Konsultantek Avonu. Wbrew pozorom nie jest to twierdza obwarowana zasiekami i każda zainteresowana tudzież zainteresowany może zajrzeć do środka, żeby doświadczyć kosmetyków dostępnych w katalogu. Zakupów nie zrobimy, chyba że należymy do sekty, ale nikt nam nie zabroni pomacać, obwąchać czy skosztować koloru. Prawie jak w sieciówkach. Poza tym podobnie jak w sieciówkach możemy się zakochać od pierwszego wejrzenia.

Dwie butelczyny rzuciły na nas urok, a ponieważ akurat trwała promocja weź 2 za 20 złotych - jeden dla siebie, drugi dla przyjaciółki, dokonałyśmy wspólnego zamówienia. Nasza lakierowa więź została wzmocniona. Jeżeli kochać to nie indywidualnie.

Sequined Turquoise (Avon)

W pierwszej turze przygarnęłam Sequined Turquoise z serii Nailwear Pro oczywiście. Z tej samej linii pochodził Gunmetal, którego obdarzyłam tutaj dość przychylnym opisem. Turkus wywołał we mnie skrajniejsze reakcje. Zgadza się, liczba mnoga, bo była to zarówno bezwarunkowa miłość, jak i biała gorączka. Czy może turkusowa.

Moje nejlsy som hipnotajzin.

Zabezpieczyłam paznokieć odżywką z Barbry i namalowałam dwie warstwy (zdjęcia!). Tak jak w przypadku Gunmetala musiałam działać sprawnie i darować sobie pięćdziesiąt tysięcy pociągnięć, bo groziły prześwity. Podwójna powłoka okazała się wystarczająca, by wyjść z domu i pokazać się ludziom, ale następnego dnia, gdy lakier stwardniał na kamień, uspokoiłam sumienie i wskoczyłam na trzeci poziom.

Nie odnotowałam wielogodzinnego schnięcia. Pomalowałam wieczorem, przejrzałam blogi, skonsumowałam kawałek czytadła i poszłam spać. Żadnej pościeli na paznokciach, żadnych wgnieceń.

Powtórka z rozrywki, czyli ręka trupa dwa.

Nosiłam przez 3 pełne dni (ostatniego dodałam Frosting Top Coat Catrice, efekt poniżej) i mogłabym dłużej, bo starłam jedynie końcówki. Ale oczywiście odezwała się we mnie lakierowariatka i musiałam zmienić kolor.

I zaczęły się problemy. Omatkobosko! Żałuję, że nie sięgnęłam po folię. Zakamuflowany - i to całkiem ładnie - belzebub. Diabelnie źle się zmywa, bo farbuje jak nawiedzony. Wszystko miałam turkusowe - paznokcie, skórki, kawałek biurka i powyciągane dresy. Bluzgałam wsobnie gorzej niż szewc. Choć niepotrzebnie, bo problem doskonale rozpuścił się w ciepłej wodzie z dodatkiem cytryny i oliwy.

Plus Frosting Top Coat (Catrice)

Jaki werdykt? Ja dostałam to, czego chciałam: fantastyczny efekt, który wytrzymał dłużej, niż moje pragnienie zmian. Zmywanie jest kwestią drugorzędną.

Ale żeby nie było. Pamiętaj, że wszystko zależy od Twoich oczekiwań i paznokci. Możesz nie cierpieć koloru lub wykończenia, możesz nie zdzierżyć konsystencji, możesz oczekiwać bezproblemowego zmywania (zapomnij ;P) albo tygodniowej trwałości. Wówczas nawet nie podchodź.

Dla porównania: wrażenia jamapi. Nie przecierajcie oczu ze zdumienia. To ten sam lakier.
Tylko recenzentki się zmieniły.

sobota, 25 lutego 2012

Guns'n'Metals

Dzisiaj, w ramach akcji "Zabierz Słomce klawiaturę", będzie krótko i do rzeczy.
Przynajmniej taki jest plan.

W poprzednim wpisie pokazałam Wam avonowskiego Gunmetala.
Zaraz potem postanowiłam go podrasować. O tak:

Urozmaicamy szaraka.

Co się stało?
Ano na każdym jednym paznokciu mamy tutaj paski, sztuk trzy, domalowane czarnym lakierem do zdobień Sensique, oraz odrobinę srebrnego, glassfleckowego przyjemniaczka. I nie jest to Syrenka od Colour Alike... Wszystko maźnięte bezbarwnym Mega Shine od Sally Hansen, do którego jakoś nie mogę się przekonać.

Z kciukiem.

Tak poza tym to zakładamy z Zajęczakiem zespół. Będzie się nazywał Guns'n'Metals. Tylko nie mówicie nikomu. Zajęczak będzie grała na flecie prostym szkolnym, a ja na cymbałach (zbieżność nazwy tegoż instrumentu oraz przezwiska autorki bloga jest niezupełnie przypadkowa).

Miło mi ogłosić, że pierwszy najlepszy występ już wkrótce.
Żeby dostać bilet, trzeba przynieść ze sobą taką rękę:

Jedna z moich dwóch lewych rąk.

Chociaż tak właściwie to za bardzo się nie trudźcie. Bilety już dawno się rozeszły. Serio, jak świeże półeczki.

Nadal ta sam lewa ręka.

Melduję, że akcja zakończona powodzeniem.
Over!

piątek, 24 lutego 2012

Popiół i ... środa

Japierdziu!
Czekolada i karmel przypuściły na mnie zmasowany atak... Ja Wam mówię: szatan nie ma rogów ani kaloryfera wysmarowanego smołą. Szatan to słodziutki spaślaczek.
Ale ja jestem twarda (tu i ówdzie), więc się oparłam.

***

Mniejsza o pierdoły. Skupmy się na temacie. Wczoraj była środa, Środa Popielcowa, dlatego zdecydowałam się na popielcowy lakier.

Popiół czy diament?

Walę ostatnio z grubej rury, ciemnymi kolorami, specjalnie nawet skosiłam paznokcie. Korzystam, póki ulice nie rzygają pastelami i kwiatuszkami pierdziuszkami. Nie mam nastroju na wiosnę. Jeszcze nie. Przyznaję, że lubię szarości tego rodzaju, takie stalowe, czasami wpadające w niebieski lub zieleń. Mmmm. Czerń może się schować.

Dobra, wiem, że moje upodobania to kwestia drugorzędna, chcecie wiedzieć, co to za lakier. Już, już.

Nieostry pyndzel.

Tak właśnie, avon srawon. Wiem, że generalnie nie lubimy, chociaż... tego no... kredka żelowa, i pudel w kulkach, i Planet Spa, i...

Jestem filologiem ze zboczeniami (nie mylić ze "zboczonym filologiem", chyba) i pozostaję pod wielkim urokiem słowa gunmetal. Jest takie obrazowe, że zaraz się popłaczę. Przecież jeśli coś jest gun & metal, to musi urywać jaja, nie ma zmiłuj.

Z daleka...

Lakier co prawda nie urwał mi jaj - chociaż jest z niego Gunmetal pełną gębą, to znaczy zarówno z nazwy, jak i koloru - ale to chyba tylko dlatego, że ja tych jaj nie mam i nigdy nie miałam.
Zaskoczone?

Butla mnie przytłacza. Aż 12 mililitrów. Szkoda, że tego się nie da wetrzeć na przykład pod oczy. Albo może i dobrze. Cieni pod oczami ci u nas pod dostatkiem.

Nie pamiętam, ile kosztował, a nie mogę sprawdzić w katalogu, bo już go po prostu w nim nie ma. Niestety. W każdym razie bazowa cena lakierów z serii Nailwear Pro sięga aż 23 złotych polskich, ale heloł, kto bierze z avonu po regularnej? Zresztą mam wrażenie, że niektórych produktów po regularnej nigdy nie uświadczysz. Wiadomo, tani chwyt marketingowy. Teraz na przykład można dorwać jedną butelkę za 16,90 albo dwie za 20,00. "Jeden dla Ciebie, drugi dla przyjaciółki". Ołje. Wzięłyśmy sobie ze Stri po egzemplarzu, żeby jeszcze bardziej zacieśnić nasz lakierowy bonding. Spodziewajcie się iskier i szalonych słoczy.

Czas spoważnieć. Gunmetal to drobinkowiec. Kiedy przyjrzymy się bliżej, zwłaszcza w sztucznym świetle, zobaczymy, że - pac - drobinki są niebieskawe i różowawe. Na paznokciach tak bardzo tego nie widać. Szkoda.

Pędzelek nie budzi moich zastrzeżeń, bardziej zirytowała mnie akcja z równomiernym rozprowadzaniem, czy raczej jego brakiem. Jeśli się dobrze przyjrzycie, zobaczycie prześwity. Wniosek: warto dodać trzecią warstwę. Schnięcie w normie. Trwałość? Podejrzewam, że kiepskawa. Położyłam go na wapniowej odżywce z Barbry, która sama też nie powala, i wieczorem mogłam się "cieszyć" startymi końcówkami. Także lojalnie ostrzegam: jeśli jeszcze nie odkryłaś magii dobrego lakieru bazowego i nawierzchniowego, możesz być rozczarowana

Pooglądajcie sobie jeszcze, może Was zauroczy. Ja, mimo wspomnianych zastrzeżeń, jestem zadowolona.

...i z bliska.

Kuźwa. Znowu się rozpisałam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...