Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jak czekałam i pachniałam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jak czekałam i pachniałam. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 marca 2013

Jak czekałam i pachniałam w lutym?

Doprawdy nie wiem. Wszystko jest takie pozacierane. Mam wrażenie, że tego miesiąca nie było, ale kiedy patrzę w lustro, to widzę, że jednak było go aż za dużo. A niby najkrótszy w roku.

Podsumowując.

Jest marzec i nadal mam dużo pracy. Nie zdążyłam w lutym. Głównie dlatego, że za bardzo się staram, za bardzo przejmuję. Potrafię dojść przyczyny swojego zachowania, ale nie potrafię go zmienić. Może dlatego, że to jest mój rdzeń, to po prostu jestem ja. Wiecznie skupiająca się na Braku, a nie Obecności. Słomka pełną gębą.

Ad rem.


Drobiazgi

To dzięki nim jeszcze trwam. Pierdoły, które uśmiechają mi twarz w chwilach głuchej samotności. Tym razem melisa i gruszki. Melisę wyciągnęłam przypadkiem, chyba chciałam wtedy wypić miętę, ale nie trafiłam w kartonik (lol, tak naprawdę nie chciało mi się wspinać po szafkach). Na wiki czytamy, że ma działanie uspokajające; stosowana też w bezsenności, depresji oraz nerwicy. To pierwsze mi nie grozi, w jednym z poprzednich wcieleń musiałam być susłem, ale dwie pozostałe "przypadłości"... cóż, pijmy! A teraz już zupełnie serio: wszystko mi jedno, na co działa i czy działa, pokochałam ją za smak. Jeśli miałaby wywołać jakiekolwiek przyjemne skutki uboczne, to nie będę protestować.

Melisa ze zdjęcia jest zupełnie przypadkowa, kupiona w lidlu, gdy robiłam ekspresowe zakupy (za osiem i pół minuty autobus). Wcześniej miałam jakąś inną, chyba herbapolu. Trochę zleżała była, ale nadal bardzo smaczna, w końcu to przez nią dałam się wciągnąć. Co ciekawe, ta z lidla smakuje inaczej. Nie wiem, czy jest gorsza. Jest inna. Musiałam się do niej przyzwyczaić.

Pozdrowienia dla Jeża ;*

I jeszcze te gruszki. Nie jestem wielką fanką owoców, niestety. Z naszymi jabułkami to w ogóle mi nie po drodze. Ale w minionym miesiącu zakochałam się w gruszkach z biedzi. Najbardziej lubię, gdy są twarde. Dlatego szybko je wtrzącham, bo jak trochę poleżą, to miękną.
Romans trwa po dziś dzień. Innych słodyczy nie tykam.
Okej, czasem zjem miód na bułce do tej melisy. Rzepakowy, am.

Martwa natura. Bardzo smaczna.

Hm, jedzeniowo wyszło. Nie przerywajmy zatem.


Food for thought

Rany, ale tu będzie ubogo. To również wina obowiązków. Nie obawiajcie się jednak, moja praca jest czysto umysłowa, mózg nie narzeka na brak wysiłku. W ostatnim podsumowaniu żartowałam sobie, że w styczniu wyrobiłam czterysta procent normy i w związku z tym do maja nic nie obejrzę. Było nie żartować... 
Moje Panie, w lutym nie widziałam żadnego filmu. 

Na szczęście udało mi się przeczytać jedną książkę! (Słyszałyście, jak coś chlasnęło? Tak, to był  fejspalm...). Nic to. Grunt, że książka targnęła mną do głębi. Teraz coś Wam zdradzę. Kiedy czytam, bardzo często mam pod ręką swój kajecik na notatki, a w kajeciku małe karteczki samoprzylepne do zaznaczania cytatów. Wiadomo, dużo zależy od książki. Niektóre nie potrzebują obecności mojego kajecika, nie potrzebują karteczek. Ale zobaczcie, co się działo, kiedy czytałam tę książkę.

Do tego zdjęcia to się nie przyznaję :P

Innymi słowy, warto było. Dla mnie to była przede wszystkim książka spostrzegająca, to znaczy pełna spostrzeżeń, do tego trafnych. Fascynująca, choć bolesna. Zachwyciła mnie syntetyzującym spojrzeniem na rzeczywistość, społeczeństwo i chyba przede wszystkim życie. Przygnębiła zaś dokładnie tym samym. Nie zalecam, jeżeli tkwicie gdzieś na skraju depresji. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie czytać jej w sielankowym nastroju. Nie przejdzie. Także tego... najlepiej jeśli macie masochistyczne zapędy.

Aha, przecież nadal nie wiecie jeszcze, o chodzi.

Źródło: merlin.
Swój egzemplarz już oddałam do biblio.

Do Houellebecqa docierałam długo, aż w końcu trafiłam na Mapę. Dzięki niej, że tak powiem, na pewno do niego wrócę. ;)

Bardzo nurtuje mnie jeszcze kwestia opisu na okładce, który moim zdaniem zdradza zbyt wiele. Nie, zaraz, nawet nie chodzi o to, że zbyt wiele, ale zdradza źle. Ma przyciągnąć czytelnika, ale obawiam się, że może przyciągnąć nieodpowiedniego.

Na koniec musi być cytat - tyle ich przecież pozaznaczałam.
Jakoś mi się skojarzył kosmetycznie.

To okrutne, naprawdę okrutne. Najdrobniejsze gatunki zwierząt znikają dopiero po upływie tysięcy, czasem milionów lat, natomiast wyroby ludzkie są usuwane z powierzchni ziemi po kilku dniach, nigdy nie otrzymując drugiej szansy, mogą tylko bezsilnie znosić nieodpowiedzialny, faszystowski dyktat szefów linii produktowych, którzy oczywiście wiedzą lepiej niż ktokolwiek inny, czego chce konsument, którzy u konsumenta wyczuwają   p r a g n i e n i e   n o w o ś c i,  którzy zmieniają jego życie w wyczerpujące, rozpaczliwe poszukiwanie, nieustanne błąkanie się wśród wciąż zmienianych regałów sklepowych. 
Michel Houellebecq, Mapa i terytorium
(WAB, 2011, tłum. Beata Geppert, s. 151-152)


Inne zmysły

Muzycznie najbardziej uderzyła mnie Spanish Sahara. Natomiast dzisiaj zaserwuję Wam kawałek wyłowiony z reklamy perfum Jimmy Choo Flash z Natashą Poly.

Źródło: http://www.fragrantica.com

Kurde, taka ładna kobita, ale nieeee, musieli ją jeszcze przewałkować fotoszopem.
No nic, macie piosenkę.



Nie wiem, jak toto pachnie, ale piosenka sprawia, że pewnie mi się spodoba, nawet jak będzie trącał kanałem (huehue, widzicie ten słowny zbieg okoliczności... guess what, to nie był zbieg).

Skoro już o zapachach mowa, dodam jeszcze, że w lutym dużo paliłam. I ku swojemu ogromnemu zaskoczeniu oszalałam na punkcie czarnego kokosa.

Ale bym tam wlazła pod tę palmę.

Po podgrzaniu przypomina mi Choccomanię z The Body Shopu. A jeśli jeszcze nie wiecie - jestem skrytożercą scrubu z tej serii. Marzy mi się masło do ciała... Wosk daje intensywny zapach, którym się po prostu zaciągam. Dobrze słyszycie, zaciągam się aromatyzowanym powietrzem, wciągam je jak najlepsze proszki. Nie muszę palić długo, bo długo się unosi. Łał! Objawienie. Uczta. Spazm. Oszczędzam, bo nie wiem, kiedy będę mogła dokupić.

To chyba wszystko.
I tak dużo wyszło.

Buziaki,
Słom

PS Dzollsi kazała napisać, że jej sprawiłam ogromną frajdę.
Sobą.

wtorek, 5 lutego 2013

Jak czekałam i pachniałam w styczniu?

Od początku

Styczeń zaczął się nadspodziewanie dobrze. Może dlatego, że sylwestra spędziłam grzecznie w domu, pracując nad ciążą spożywczą i marząc o lepszym jutrze. Następnego dnia obudziłam się wcześnie i z radością stwierdziłam brak kaca. Rześkość umysłu. To taka miła odmiana. W przypływie euforii poczułam, że marzenia mogą się ziścić i zabrałam się ochoczo za reorganizowanie przestrzeni. Wyeliminowałam krocie niepotrzebnych, workowatych ciuchów, kilka znoszonych torebek, tylko kilka, bo nigdy nie miałam ich zbyt wiele, oraz jakąś jedną setną stosu makulatury. Wyszorowałam puste opakowania po kosmetykach. Wyprałam pędzle. Zacerowałam naderwane barchany, które bynajmniej nie ucierpiały podczas aktów seksualnych, ale najzwyczajniej w świecie znosiły się od wwiercania tyłka w fotel obrotowy. Bardzo powoli, choć może trochę szybciej, zbliża się przeprowadzka - czas ogarnąć życiowy śmietnik i zabrać ze sobą tylko to, co najlepsze.

Tylko czego ja w ogóle potrzebuję?

Znalezione podczas porządków. To naprawdę już 10 lat minęło? o_O


Zużywam...

W styczniu zużyłam wiele pielęgnacji. Nie czuję się piękniejsza, z rzadka zdarzają mi się takie radosne przebłyski, ale przynajmniej jestem coraz bliższa wersji tylko jeden w zapasie, która na pewno uspokoi mój mózg i wyczyści sumienie, abym z większym zapałem mogła brudzić je kolorówką. Cóż, przynajmniej będzie to plama w kolorach tęczy. Jeśli za bardzo nie namieszam, rzecz jasna.

Nie kupowałam zbędnych kosmetyków. Nie szalałam na wyprzedażach.
Jaki tu spokój, równowaga.

Kurde, nie pamiętam źródła, ale jakiś śmieszny profil na fejsie, którego sama nie lajkuję.

Jedynym słuszniejszym łupem był revlonowy dopierocopokąsał balm stain.




... i pachnę

Tym razem nie będzie to żaden wosk ani świeczka zapachowa. Niekwestionowanym zwycięzcą w tej kategorii jest... olejek z drzewa herbacianego. Nie dość, że pięknie pachnie, to jeszcze działa bakteriobójczo.


Słowo pisane

Źródło
Jak na kuśtykającego mola książkowego przystało, przeczytałam w styczniu calutkie dwie książki. Łałałiła!

Spowiedź zaczynam od Cienia wiatru Carlosa Ruiza Zafóna. Znany tytuł, o którym powiedziano już wiele dobrego i złego. Krytyka, nawet jeśli nieprzesadzona, trochę mnie boli, bo w pewnej chwili zachłysnęłam się tą książką, i to bardzo. Nawet teraz, nabrawszy dystansu, nazwałabym ją powieścią przez duże "p". Co mogę powiedzieć? Na początku bez przerwy się śmiałam, zaskoczona dosadnym humorem, a potem już tylko płakałam... Nic na to nie poradzę. Im dłużej czekam, tym większa klucha się ze mnie robi. Wiotczeję z nadzieją, że zanim upadnę, Ktoś zdąży mnie złapać.

Ulubiona postać? Fermin Romero de Torres oczywiście. Facet, który na wszystko znajdzie sposób. Człowiek zagadka. Wujek cięta riposta.

(...) A pan co lubi w kobietach?
- Tak naprawdę to niewiele wiem o kobietach.
- Wiedzieć to nikt nie wie, ani Freud, ani one same, ale to jest jak elektryczność, nie trzeba wiedzieć, jak działa, żeby cię kopnęło.


***

 Źródło
Zanim zabrałam się za Cień, skończyłam książkę, którą tuż po Bożym Narodzeniu pożyczyła mi Simply (Kinga pisała o niej tutaj). Dead Silent Neila White'a okazało się dobrym kryminałem o słodko-gorzkim posmaku. Uważam, że oprócz zmyślnie skonstruowanej intrygi, mocną stroną tej pozycji są dialogi. Zdążyłam się również zorientować, że książka należy do pięcioczęściowej serii, którą spaja w całość dwoje głównych bohaterów. Z chęcią zajrzałabym do jeszcze jednej.








Obraz ruchomy

Święto lasu! Cztery filmy! No, no Słomkens, do maja masz bana na oglądanie.

Jeden z nich najchętniej pominęłabym milczeniem, bo był niemożebnie głupi. Zdarza mi się oglądać idiotyczne filmy, zazwyczaj dla towarzystwa i odmóżdżenia, kij mnie obchodzi, czy to przystoi, ale Spadaj, tato! (That's My Boy) znalazło się poniżej wszelkiego poziomu krytyki i będąc na dnie, wyciągnęło szpadel, żeby wykopać sobie jeszcze głębszy dół. "Film" to zbyt eleganckie słowo dla tej szmiry. Dosłownie: spadaj, szmiro!

Idźmy dalej, w coś ciut lepszego, ale nadal spaczonego i niskich lotów. Ale czego można oczekiwać po filmie z Willem Ferellem i Zakiem Galifaniakisem? Wyborczych jaj? (The Campaign). Nie, co najwyżej podśmierdujących zbuków. Kilka razy prychnęłam, resztę zapiłam whisky. Za rok nie będę pamiętała, że oglądałam.

Mamy tendencję zwyżkową, więc teraz czas na Taken 2. Broniłam się ręcami i nogami, bo ileż można wałkować ten sam temat, ale Liam what-I-do-have-are-a-very-particular-set-of-skills Neeson, nie chciał dać za wygraną. Przyszedł i zrobił co do niego należy. Myślałam, że zjem odgrzewanego kotleta, no i zjadłam, ale obyło się bez niesmaku. Dobry obraz na jeden z tych momentów, gdy nie jesteśmy w nastroju na strzelanie fejspalmów co pięć minut, ale też nie mamy ochoty rozkminiać, jak żyć.

Na koniec zostawiłam najlepsze. Łowcy głów (Hodejegerne) to norweski film z 2011 roku nakręcony na podstawie powieści Jo Nesbø o takim samym tytule. Gdybym wiedziała wcześniej, sięgnęłabym najpierw po słowo pisane, ale wzięto mnie z zaskoczenia i już nie było odwrotu. Bardzo dobrze. Skandynawskie filmy, a obejrzałam ich w życiu kilka, zawsze uderzały mnie swoją bezpośredniością, klarownością spojrzenia, brakiem wodotrysków. Może wcale tak nie jest, może po prostu przez złudny splot skojarzeń ubzdurałam sobie, że tamtejsze mroźne i ostre powietrze przekłada się na wyrazistość obrazu. Nie wiem, mniejsza o to. Film polecam, dzieje się dużo, jest napięcie, zwroty akcji i objawienie. A wszystkim fankom zekranizowanej Gry o tron podpowiadam, że... Nikolai Coster-Waldau.



  


Muzyka

W pierwszej połowie miesiąca dalej wałkowałam ostatnią płytę Yeasayera. Potem zagrała cisza. Owszem, pojawiło się kilka kawałków, które głośniej do mnie przemówiły, ale nic nie rzuciło na kolana. Ja też niespecjalnie szukałam.


Tyle ze stycznia. W lutym cierpię i piję piwo. Niestety takie, co je sama nawarzyłam.

Hmm...

wtorek, 15 stycznia 2013

Jak czekałam i pachniałam w grudniu? (2)

Część pierwsza tutaj.
Ciąg dalszy następuje poniżej. Postaram się zwięźlej.


Słomka w stogu igieł

Myślałam, że pozostanę nieczuła na uroki filcu, ale w grudniu nastąpiła zmiana myślenia. Wszystko przez Marokańską, która zaproponowała dzierganie zamiast pieczenia pierniczków, jak to było w zeszłym roku. Zaskoczyło, o dziwo. Zabawę kontynuowałam w domu.

Zrobiłam między innymi. Kremowe bardzo ładnie prezentują się na drzewku.

Chciałabym spędzać mniej czasu przy komputerze, bo jego obecność w moim życiu staje się coraz bardziej nieznośna.
Pfff. To dlatego założyłaś bloga?

Kolaż dzięki uprzejmości Simply :*

Słomka w proszku

Jako że nic nie wyszło z kolektywnego pierniczenia, a ja przecież, niczego jeszcze nieświadoma, nabyłam wcześniej zestaw foremek, postanowiłam zadziałać we własnym zakresie. Simply poczęstowała mnie przepisem na pierniczki, które pokazywała na swoim blogu.

Przed pieczeniem. Po upieczeniu byłam za bardzo zajęta jedzeniem, żeby robić zdjęcia. :P

Udało się. W ogóle z okazji Świąt znów wzięło mnie na pieczenie. Mało gotuję, prawie wcale. Doskonale wiem, jaka tego przyczyna, i wiem, że z pewnością ulegnie to zmianie w niedługim (jeśli przyrównać do tego, ile lat trwa u nas budowa autostrady) czasie. Ale wypieki to moja działka.W tym sensie, że lubię, a nie, że świetni mi to wychodzi.
Wzięło mnie na eksperymenty, bo już mam dość oklepanych tematów. Na wszelki wypadek zrobiłam ciasto, które jest w mym domu znane i lubiane, a potem śmiało popłynęłam. Pierniczki też były eksperymentem, bo nigdy sama nie piekłam pierniczków.

Kosturbaty, czyli ciasto zapasowe.

Lista:
  • sprawdzony kosturbaty (normalni ludzie mówią na to pleśniak)
  • pierniczki od Kingi
  • ciasto marchewkowe z Moich wypieków
  • piegowate ciasteczka z Pysznych 25 


Pieguski z Pyszne 25.

Uczciwie przyznaję, że cierpię na syndrom "nie-smakuje-mi-gdy-sama-zrobię", ale kurde, ciasto marchewkowe. Ech, ech. Ciasto marchewkowe obnażyło brzydką stronę mojej natury. Miałam ochotę zabarykadować się z nim w pokoju i przeżyć wielokrotny orgazm kulinarny. I niechciana ciąża spożywcza gotowa.

Marchewkowe <3_<3

Słomka na fali

Jeśli ciasto, to zdecydowanie herbata. Zresztą herbata zawsze, nawet bez ciasta. Kiedyś Atqa poleciła mi jedną taką z Czasu na herbatę, a ponieważ lubię kupować w tym sklepie (mam w mieście stacjonarny), gdy nadeszła odpowiednia pora, zaopatrzyłam się w Pędzące renifery. I co? I okazało się, że herbata z dodatkiem cynamonu może być smaczna. Wcześniej nie byłam tego taka pewna.

Herr, czas na batę!

Pędzące renifery najwyraźniej stawiają na biopaliwo w postaci senchy z rumiankiem, jabłkami i cynamonem. Już lubię te renifery. Pani ekspedientka ostrzegała mnie, że ta herbata niektórych bardzo odstrasza (Pani mówiła prawdę, bo Rodzicielka nie przeskoczyła tego smaku), ale w moim wypadku stało się coś wręcz przeciwnego. Popłynęłam i odpłynęłam. Na pewno dokupię.

W grudniu najlepsza.



Na deser coś bardzo popularnego. Niestety, ja też bardzo lubię woski YC. Hitem zeszłego miesiąca został, ku mojemu zaskoczeniu...

Miód z psikusem

Gdy wąchałam go przed rozpieczętowaniem, zupełnie mnie nie czarował. Jakiś taki ciężki i drapiący się zdawał. Ale w kominku pokazał, że jest w nim inna historia. Mocna, fakt, ale też rozgrzewająca, otulająca. To wyrazisty zapach, który rozlewa się po całym mieszkaniu słodkim miodem i pikantnym cynamonem. Być może w tle ma kakao i brązowy cukier, ale wiecie, to tyko ja i mój kiepski nos.

Woski kupowałam tutaj. Polecam, bo jest opcja taniej przesyłki. Zamówienie zrealizowano w tempie ekspresowym.


Podsumowując: cynamon w grudniu górą!

piątek, 4 stycznia 2013

Jak czekałam i pachniałam w grudniu? (1)

Cierpliwie. To po pierwsze.

Mam ochotę rozliczyć się z grudnia, i to przede wszystkim z niekosmetycznego grudnia. Może ktoś poczuje się zainteresowany. Zapraszam.

Dzisiejszy odcinek będzie... hmm, kulturalny.


Słowo pisane

Tutaj skromnie. Jestem czytaczem powolnym, lubię potykać się o słowa, przystawać i przyglądać się im. Nie idę ani w ilość, ani w jakość. Po prostu sobie czytam.

W grudniu skończyłam trzy książki. Jedna była cieniutka, ale mimo to okazała się cięższa niż dwie pozostałe - obszerniejsze. To ci dopiero psikus.

A były to:
  • Witolda Gombrowicza Kosmos
  • Victorii Twead U mnie zawsze świeci słońce oraz Andaluzja, Olé!

Kosmos jest inny. Chyba nawet dla Gombrowicza. To ostatnia powieść tego pisarza, niektórzy twierdzą, że arcydzieło. Nie mogę podpisać się pod tą opinią, nie jestem wszechwiedząca. Ale czy "Kosmos" mi się w ogóle podobał? I tak, i nie. Momentami czułam znużenie, zwłaszcza formą, więc musiałam sobie dawkować, a wtedy było zdecydowanie więcej frajdy. Poza tym zaskoczyło mnie kilka rzeczy w samej treści. Głęboko było. I znajomo:

Czy więc (...) nikt nigdy nie zdoła oddać bełkotu rodzącej się chwili, jak to jest, że, urodzeni z chaosu, nie możemy nigdy z nim się zetknąć, zaledwie spojrzymy, a już pod naszym spojrzeniem rodzi się porządek... i kształt.





Victoria Twead zaskoczyła mnie natomiast niezwykle przyjemną i lekką lekturą o Hiszpanii. Dwóch emerytowanych Anglików opuszcza ojczyznę, chcąc skosztować, jak smakuje życie w maleńkiej mieścinie na południu Europy. Te dwie książki pożyczyłam od znajomego małżeństwa, które ma podobne plany na przyszłość. Szczerze mówiąc, nie bardzo mi się paliło do czytania, ale kiedy zaczęłam, to już poszło. Bardzo dużo zabawnych momentów, dużo zwierząt, wyjątkowych ludzi i zwyczajów. Zresztą uważam, że tytuł polskiej wersji jest mało fortunny. Książka serwuje dużą porcję humoru, zwykle sytuacyjnego, i angielski świetnie to zapowiada: Chickens, Mules and Two Old Fools. Owszem, U mnie zawsze świeci słońce sugeruje dużo radości, ale chwila, gdzie to mrugnięcie okiem?

Książki oczywiście oparte na faktach, wypełnione przepisami kulinarnymi. Podobno dobrymi, są tacy, co sprawdzali.
Aha, z pierwszej części pochodził poruszający cytat o kąpieli. Caroline i Nicholas tak skrupulatnie oszczędzali wodę, ponieważ nauczyła ich tego praca w Afryce. Ale spokojnie, jeśli kogoś rażą takie przyzwyczajenia, spieszę wyjaśnić, że Caroline i Nicholas nie są głównymi bohaterami.
Druga część podobała mi się nawet bardziej. Przez zbieg okoliczności. Sporo w niej było o zwyczajach bożonarodzeniowych i noworocznych, a ja zaczęłam ją czytać... w Boże Narodzenie.


Obraz ruchomy

W grudniu obejrzałam, żeby nie skłamać... aż jeden film! Była to Gra dla dwojga (Duplicity) z Julią Roberts i Clive'em Owenem. Akurat leciała w telewizji w Boże Narodzenie i jakoś tak zostałam z Rodzicielką przed odbiornikiem. Zagmatwany film, trzeba się skupić. Po obejrzeniu przeczytałam streszczenie w internecie, żeby sprawdzić, czy wszystko dobrze zrozumiałam. Na szczęście tak. Brawa dla tej pani!






Seriale? Ponieważ od czasu do czasu przebywam w gronie moich kochanych miłośniczek Pamiętników wampirów (cmok, cmok, cmok dla Dziewuszek), postanowiłam, że sobie obejrzę, żeby wiedzieć, o co tyle hałasu. Pierwszy sezon zaliczyłam już kilka miesięcy temu i dopiero w grudniu nabrałam ochoty, by napocząć drugi. Muszę przyznać, że okazał się znacznie lepszy od pierwszego. Mniej ckliwych do porzygu momentów, więcej akcji, bohaterowie ewoluują. Super. No i nareszcie pojawił się jakiś interesujący mężczyzna w tym serialu.




Youtube. Przykro mi, ale okazało się, że mam słabość do Włodka Markowicza i Karola Paciorka razem wziętych. Zabieram ich ze sobą do wanny i do łóżka. Panowie pewnie by się ucieszyli.

Lekko Stronniczy


Dźwięk

W moim H&M oprócz fajnych lakierów miewają też fajną muzykę. Gdy siłowałam się z ciasno upchanymi wieszakami, walcząc o to, by wykorzystać kupon z Glamour, z głośników poleciał świetny kawałek. W mig poznałam zespół z gatunku charakterystycznych i dotarło do mnie, że zupełnie zapomniałam o jego ostatniej płycie. Jak mogłaś, Słomko?! Postanowiłam nadrobić zaległości. W ten sposób po raz drugi w tym roku przepadłam dla Yeasayera. Czy są tu jakieś fanki? Tak, wiem, że są. Pozdrawiam jedną taką Malowaną.


Dlaczego kocham tę muzykę? Bo jest wielowarstwowa, multidźwiękowa i powykręcana w wielu kierunkach. Chwytliwa. Słyszę w niej Depeche Mode, Hot Chip, The XX - wszystko to, co lubię. Każda piosenka na  Fragrant World jest inna, żadnego powielania schematów, żadnej nudy. Szanuję chłopaków za to, że wciąż się rozwijają i eksperymentują. Że potrafią napisać jedną linijkę tekstu, która jest tak bardzo, bardzo prawdziwa i moja. No i Anand Wilder z długimi włosami jest seksualny.

Ciąg dalszy nastąpi... 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...