Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Body Shop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Body Shop. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 października 2013

Ostatnie starcie

No i stało się. Wszystko zeżarte! Om nom.

Nie jest tajemnicą, że pałam dziką miłością do zapachu skrytego w tym pudełeczku:

To ja zmacałam. Nie mogłam się powstrzymać <wstyd>.

Gdy jeszcze nie miałam swojego plastikowego słoiczka, to chciałam zamieszkać w takim, które siedziało u Stri, ale ostatecznie odpuściłam sobie ten kiepski z pewnych względów pomysł. Stri się upiekło, bo przecież odbyło się tamto spotkanie, na którym szczęśliwie otrzymała kolejne pudełeczko i - uwaga! - wielkodusznie mi je odstąpiła, za co jestem jej dozgonnie wdzięczna i ona sobie też, gdyż uniknęła współdzielenia łazienki z kosmetycznym ćpunem.

Ciekawe, czy bym się zmieściła.

To była właściwie moja pierwsza pielęgnacyjna przygoda z The Body Shopem, którego darzę dziwnym sentymentem, ponieważ pamiętam z lekcji angielskiego wywiad z Anitą Roddick, założycielką marki. Zaciekawiła mnie przede wszystkim pomysłem, że po skończeniu kosmetyku klienci mogli przyjść z pustym opakowaniem po "dolewkę", dzięki czemu przysługiwał im upust. Kiedy pewnego pięknego dnia ujrzałam w obcym Bostonie sklep ze znajomym, ciemnozielonym szyldem, w środku aż zapiszczałam. Na początku pojawił się radosny flecik, lecz po chwil zawtórował mu prześmiewczy puzon, bo i tak nie było mnie stać na zakupy. Trudno się mówi...

Anita.

Dziś TBS należy do L'oreala, Anita sprzedała go rok przed śmiercią i trudno oczekiwać, że wszystko jest takie samo. Mój dziwny sentyment jednak pozostał i nawet nieprzychylne recenzje nie pomagają go wymazać. Życie.

Wracając jednak do czekoladowego scrubu. Jego zapach zmienia się nieco w kontakcie ze skórą i nie podoba mi się aż tak szaleńczo, jak w pudełeczku, choć nie przesadzajmy, nadal jest bardzo przyjemny i umila szorowanie. W tym miejscu powinnam jednak wyraźnie podkreślić, że taki masaż ma najwięcej sensu, gdy robimy go na suchej skórze. W wodzie cukrowe kryształki rozpuszczają się stanowczo zbyt szybko, a biorąc pod uwagę, że scrub kosztuje zbójeckie 60 złotych za 200 mililitrów - nie chcemy tego, bardzo tego nie chcemy. Na sucho jest za to genialnie, mocno i ostro, dla delikatnych skór pewnie nawet zbyt ostro. Kiedy już uznamy, że dostatecznie dokopaliśmy martwemu naskórkowi, warto zaliczyć dokładne mycie, bo produkt zostawia ciemny, nieatrakcyjny osad. Ale nie jest to parafina, którą tak bardzo hejtujecie, bo nie widziałam jej w składzie. Po prostu: umyjmy się, a zostanie gładka, lekko natłuszczona skóra. Przyznaję nawet, że wielokrotnie ograniczałam się do samego scrubu (jak śmiałaś?!), nie sięgałam już po żaden krem ani masło, bo czułam, że skórze to wystarczy. Zwłaszcza latem tak było. Potem przypomniałam sobie, że mam jeszcze zalegającą po kątach resztkę limonkowego masła z Hawaiian Tropic.

Przypomnijcie sobie, co się dzieje z tym, kto jada ostatki, sesese.

Wymyśliłam sobie, że limonka będzie dobrym przyjacielem czekolady i kilka ostatnich szorowań wzbogaciłam lekkim i szybko wchłaniającym się masłem, które widzicie na zdjęciu powyżej, poniżej zresztą też. Miałam swój mały, środowy rytuał - najpierw najcięższy w tygodniu, ponaddwugodzinny trening, a po powrocie do domu ostre szorowanie, masło, piżama i niebo. Wielki smuteczek, że to już koniec.

Bardzo lekutkie.

Pełen słoiczek limonkowego masła (200 ml) kupiłam za symboliczną kwotę 10 złotych, korzystając z promocji na Paatalu, bardzo nieprzyzwoicie dawno temu. Sprawdzało się świetnie w cieplejsze miesiące, ze względu na szybkie wchłanianie, dostateczne dla mojej skóry nawilżenie i przyjemny zapach, idealny na wakacje, bo powiedzcie, czy taka limonka do wakacji nie pasuje? Szkoda, że już go na Paatalu nie widzę.


Tym sposobem moje krótkie, ale niezwykle przyjemne wycieczki do krainy czekolady i limonki dobiegły końca. Bardzo bym chciała udać się jeszcze kiedyś na taką wyprawę, ale biorąc pod uwagę, że TBS strzela cenami z kosmosu, a Hawaiian Tropic do kosmosu wystrzelił (albo na te Hawaje właśnie), czekoladowe wojaże wydają mi się mało prawdopodobne. Zaliczyłam co prawda jedną "przygodę" z czekoladowo-pistacjowym scrubem Sweet Secret, ale był to błąd, którego już na pewno nie powtórzę.

Uch.

Zdzierak może i zdzierał, ale inne jego właściwości zalazły mi za na skórę. Czekoladopodobny zapach zamieniał się za każdym razem w chemiczny ulepek. Aż wreszcie, chyba po trzecim z kolei szorowaniu, ubzdurałam sobie, że śmierdzę ropą i nie potrafiłam się tego wrażenia pozbyć, zupełnie jak oleistego klejucha, który nie chciał zleźć z mojej skóry. Fuj. Może o to chodziło - żeby zapewnić sobie ekstra szorowanie podczas zmywania niechcianej warstwy.

Bardziej kleiście i wodniście niż w TBS.

Wątpliwa przyjemność. A ponieważ Sweet Secret to dziecko Farmony, na opakowaniu znów bajki o słodkich ucztach i wyjątkowych kosmetykach (słynne farmazony od Farmony :*). Pięknie powiedziane, jak na parafinę z cukrem. Fakt, że cena nieporównywalnie niższa od TBS-u (ok. 13 zł za 225 ml), ale dajcie spokój, uciekajcie!

"Zniewalająco słodki zapach". Oj, taki eufemizm przecież.

Tyle w temacie czekolady. Przypominam jednakowoż, że najlepsza jest ta, która nadaje się do zjedzenia.

Całusy!
Słom


(A teraz wszyscy całują Simply, bo to ona pożyczyła mi laptopika, żebym mogła skończyć z tym postem).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...