Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Max Factor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Max Factor. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 marca 2013

Świeżo malowane

Chwila odpoczynku.

Dzisiaj nadarzyła się okazja, więc bez zbędnych ceregieli postanowiłam ją wykorzystać i spełnić wczorajsze marzenie, czyli czerwono-matowe usta. Pokażę Wam, co z tego wszyło, i przy okazji napomknę o zeszłorocznym odkryciu w kategorii pomadka.

W końcu prawdziwe buziaki ;)

Jeśli lubicie matowe usta w intensywnym kolorze i wielogodzinną trwałość, której nie straszne gadanie, jedzenie i picie, oto pomadka dla Was. Pomalowałam usta dzisiaj o godzinie 11. Demakijaż zaliczyłam o 18. W międzyczasie przegadałam z Dziewczynami ponad dwie godziny (Bogusi i Kat dziękuję za spotkanie i kosmetyki), z siostrą kolejne pół, zjadłam obiad i wypiłam kefir. Na deser wsunęłam pistacje. I wiecie co? Kiedy stanęłam przed lustrem z wacikiem w dłoni, nadal miałam co zmywać z ust. Oczywiście, przydałyby się drobne poprawki, nie oszukujmy się, zwłaszcza przy konturze ust, ale kolor wciąż na nich był! I to nie taki poprzecierany jak stary dywan. Czerwony, intensywny.

Tak jest za każdym razem.


Słomka, nie podniecaj się, tylko powiedz wreszcie, o co chodzi!

Cudowne rozmnożenie.

No wiem, że na zdjęciu mamy mały tłum, ale chodzi o towarzyszkę w środku. Płynną pomadkę Cream Lip Stain Sephory w odcieniu 03 Strawberry Kissed. To taka chłodna czerwień, karmazynowa. Pomadka, przypominam, daje matowe wykończenie i pełne krycie. Uwaga, malować trzeba ostrożnie, bo jeżeli coś spaćkamy, to potem możemy mieć problem z usunięciem niepożądanego zapaćkania. To jest stain, który naprawdę jest stainem. Plami znaczy.

Aplikator z gąbeczką, całkiem wygodny, chociaż mimo wszystko wolę pędzelkiem.
Zapach (moim zdaniem) delikatny, ciasteczkowo-chemiczny, ale to w sumie nieistotne, bo szybko się ulatnia.

Wady? Całkiem oczywiste. Może przesuszać i ściągać. Nie polecam nakładania na spękane usta. Polecam natomiast dobre nawilżenie przed i po (niah, niah). Ja dzisiaj zrobiłam szybki peeling ust pod prysznicem, a po skończeniu kąpieli nasmarowałam je balsamem. Po ten sam balsam sięgnęłam także po zmyciu pomadki. Moje usta mają się świetnie, dziękuję, że pytacie.

Poza tym cena. Dorwałam lipstaina w promocji za 19,90, jeszcze w zeszłym roku. Świetna okazja, bo z tego, co mi wiadomo, normalnie kosztuje około 45 złotych. Dużo czy mało? Dla mnie sporo, ale szczerze powiedziawszy, gdybym wydała na niego tyle pieniędzy, wcale bym nie żałowała.

Napis się ściera z opakowania, drobiazg, ale czasem mierzi.

Tutaj sprawdzicie kolory. Fanki nudziaków mogą sobie odpuścić zaglądanie.

A wiecie co jeszcze w nim kocham? Że nie muszę kombinować z chusteczką czy kciukiem, żeby nie odbijał mi się na zębach. On po prostu się nie odbija!

Przysięgam, że tam był łuk kupidyna. Ale jak się uśmiechnęłam do Was, to się napiął ;)

Dzisiejszy makijaż. Ogólnie rzecz biorąc, podkład Bourjois Healthy Mix i oczy zmalowane paletką Sleek Au Naturel. Jeśli interesują Was jakieś szczegóły - puder, korektory, róż, tak mam róż, brwi - pytajcie śmiało.

Na koniec chciałabym wyjaśnić, dlaczego na tamtym zdjęciu było tak tłoczno. Bo usta pomalowałam tak:
Najpierw płaskim pędzelkiem nałożyłam lipstaina. Potem poprawiłam kontur mięciutkim ołówkiem od Max Factora. Ma nieco inny odcień, jaśniejszy, ale ładnie się wymieszały. Na środek ust nałożyłam ociupinkę słynnego Eliksiru od Wibo, żeby nie było aż tak super matowo. Wszystko.

Cmok, cmok.

I ściski,
Słomik.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Project Rainbow: Imprezowy pomarańczowy (1)

Jak Wam powiem, dlaczego staruszek zaniemógł, to w najlepszym wypadku będziecie się ze mnie śmiały. Znowu. Ale głupota zasługuje na drwiny, więc pozwalam. Zresztą sama od rana wyglądam tak:

Majgad!

Fryzura się nie wlicza. Chociaż...?

Ogłaszam zatem wszem i wobec, że jestem durna, bo... przeładowałam dysk ce. Fanfary!

Nie, proszę, nie pytajcie, jak to możliwe. Po prostu: się stało się. Wiedziałam, że mam już niewiele miejsca na tej partycji (kolejna głupota to bajzel na pulpicie - bo wszystko jest takie istotne i niezbędne, że zawsze muszę to mieć pod... eee... myszką! no bo po co robić skróty i spamować bezpieczniejszy dysk de?), ale nie spodziewałam się, że zdołam je wyzerować (projekt denko w tym miesiącu pierwsza klasa). Zwłaszcza że staruszek tym razem nie sygnalizował, że trochę mu się przejadło. Ale nie zwalajmy już na staruszka, swoje oberwał, w dodatku zupełnie niesprawiedliwie. Na przeprosiny zrobiłam mu mały lifting bebechów. Dostał nowe kości (ram viagram) i teraz śmiga aż miło. Oby tak już zostało.

A Wam dziękuję za wsparcie i wyrozumiałość. Dużo wyrozumiałości.

Dobrze, przyznałam się, to teraz pędzę nadrabiać zaległości. Zdjęcia odzyskane, nie ma sensu dalej biadolić, a drzeć łacha to można nawet przy oglądaniu.

Przypominam, że biorę udział w tęczowej akcji i właśnie powoli dobiega końca pomarańczowy tydzień. A ja jeszcze nic. Zmieńmy to!

*Klik*

Proszę bardzo, moje pomarańczowo-złote, skrócone do przyzwoitej długości pazury:

Dodaj napis

Zmiksowałam dwa lakiery. Najpierw, nie licząc odżywki, położyłam Catrice 560 Rusty But Sexy (będę to sobie wmawiać na starość) - rdzawy, dość dobrze kryjący lakier z drobnymi (sic!) drobinkami. Ale było mi z nim tak jakoś smutno, niemłodo i jesiennie, więc sięgnęłam po 02 Bronze Max Factora z tej serii mini lakierów Max Effect Mini Nail Polish. Pan pięknotek, ale pokrywa słabo. To właściwie kolorowa baza napakowana złotymi drobinkami - nieco większymi niż u poprzednika.

Dobrana para.
Catrice, ale na paznokciach już w towarzystwie!
Towarzystwo.

I jeszcze łapsko z oddali. Maltretuję Was zdjęciami całego łapska, bo przecież tak zazwyczaj widzą nasze lakiery osoby drugie i trzecie.


Nieśmiało próbuję stemplować, ale dwie lewe ręce jak zwykle dają się we znaki, więc najlepiej szybko przewińcie do końca. Oczywiście, że jest krzywo. Ale na razie jestem ostrożna - wybieram mały kontrast i tylko niektóre paznokcie.

WTF?

A Mega Shine od Sally Hansen znowu sobie nagrabił: wszystko mi dziad porozmazywał!

Lepiej już zostańmy przy tej odległości.

Mhm, i to by było na tyle.
Jutro (a właściwie dzisiaj) powracam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...