środa, 1 lutego 2012

Zaległe pożegnania (zwei)

Zapinamy pasy i jedziemy dalej.

CZĘŚĆ II: Pielęgnacja skóry i włosów

Kogoś brakuje... kogo?

5. Krem do stóp na zrogowacenia (Neutrogena)
50 ml / 12,99 (promocja)

Mam sentyment do Neutrogeny, bo jeden z jej kremów do rąk uratował kiedyś moje łapska przed kompletnym rozkładem (trzymam się truposzowatej stylistyki z poprzedniego wpisu, w końcu to kontynuacja). Ale widoczny powyżej krem do stóp nie wzbudził mojego zachwytu. Nie płakałam, kiedy się kończył. Od tamtego czasu minął jednak miesiąc, a ja – wstyd się przyznać – trochę zapuściłam swoje platfusy. Niczym nie smarowałam i teraz mam sporo do nadrobienia. Wniosek: lepszy taki krem niż nic. Zainteresowanym powiem, że na drugim miejscu w składzie ma mocznik (to chyba dobrze?), ale na trzecim olej parafinowy (nie panikujmy, to „tylko” stopy).


6. Szampon o zapachu piżma i migdałów (Sephora)
200 ml / ? (prezent)

Tak, prezent. W dodatku gwiazdkowy. Ale mówimy tutaj o Bożym Narodzeniu 2010 – wspominałam przecież, że trzymam rękę na pulsie. Zużywałam go długo, bośmy się nie dopasowali. Owszem, za zapachem polazłabym wszędzie, jako że piękny i w dodatku długo utrzymuje się na włosach, jeśli nie widziały suszarki. Tyle że ja rzadko kiedy zostawiam włosy do samoistnego odparowania, więc mnie ten plus nie urządza. Dodam jeszcze, że nie robił niczego szczególnego, oprócz szopy.


7. Creme de douche, czyli krem pod prysznic monoi tiare (Sephora)
50 ml / ? (prezent)

Na zdjęciu brak, bo Kogoś swędziały łapska i puste opakowanie powędrowało do kosza bez mojej zgody. Jeśli chodzi o prysznicowe mazidła, to nie mam wygórowanych wymagań. Muszą dostarczać mi przyjemnych doznań zapachowych. Ten dostarczał. Le super, ale podejrzewam, że niestety le drogo. Jak to w syforze.


8. Lait corps hydratant, czyli nawilżające mleczko do ciała monoi tiare (Sephora)
50 ml / ? (prezent)

Odnoszę wrażenie – i zapewne nie jest ono mylne – że syfora skupia się (ach, gra słów) głównie (nioh, nioh!) na zapachu. Nic dziwnego, w końcu to perfumeria. Ładny zapaszek, który zostaje z nami na dłużej, jest okej, ale czasami chciałoby się czegoś więcej. Dlatego specyfik czekał na specjalne okazje: żel plus mleczko i Słomka cała jak gardenia wymacerowana w kokosie. Mniam! Miło dostawać takie pachnące prezenty.


9. Balsam do ust (???)
??? / ??? (?!)

Widzicie ten różowy słoiczek? Zabijcie mnie, nie wiem, co to jest. To znaczy pamiętam, że jakieś mazidło do ust, ale wszystkie napisy szlag trafił, więc nie jestem w stanie stwierdzić, kto wyprodukował zawartość. Tajemniczy balsam naprawdę długo zalegał w moich zbiorach. W końcu stwierdziłam, że najwyższy czas albo wyrzucić, albo zużyć. Posmarowałam raz – nie zrobił mi krzywdy. Posmarowałam drugi – okej, gościu, zostajesz i będziesz mi służył do wieczornego pielęgnowania. Tłustawy, trochę kamforowy, jakoś sobie radził z moimi spierzchniętymi wargami. Nie wiem, czy kupiłabym ponownie, ale miło byłoby wiedzieć, czego używałam. Pomożecie?

Baju i baj

10. Ekspresowy tonik do demakijażu z „efektem lotosu” – z wyciągiem z lotosu i bławatka oraz mleczkiem owsianym (Faberlic)
150 ml / 12,90 (promocja)

Płyn dwufazowy, który powracał do mojej kosmetyczki jak bumerang. Obie części równomiernie się mieszały, tonik nie pozostawiał tłustej warstwy, nie podrażniał oczu i był moim zdaniem zupełnie przyzwoity. Teraz przerzuciłam się na micela Bourjois, bo jest trochę większy i równie dobrze się spisuje. To że tonik zniknął z oferty nie ma nic do rzeczy. Serio.


11. Odświeżający lotion regulujący wydzielanie sebum (Faberlic)
150 ml / ok. 13 zł

Jeśli dobrze pamiętam, to dostałam go w spadku po Rodzicielce, bo za bardzo ją wysuszał. Dla mnie był w porządku, lubię takie odświeżenie, ale jeśli faktycznie zniknął z katalogu (tak, on też!), to nie będę za nim łez wylewać.


Dobra, ze zużyciami na razie stopujemy. Mam przesyt, więc jako pan i władca tego bloga odraczam styczniowe denko. Potrzebuję koloru!

niedziela, 29 stycznia 2012

Zaległe pożegnania (eins)

Zbliża się koniec stycznia, więc pora na zużycia. No tak, tylko że moje będą listopadowo-grudniowe. Słomka jak zwykle trzyma rękę na pulsie. Umarlaka.

CZĘŚĆ I: Pielęgnacja dłoni i paznokci

Było, minęło...

 1. Zmywacz do paznokci (Nailty)
200 ml / ok. 4 zł
 

Powtórka z rozrywki. Nic dziwnego, skoro zużywam w tempie jedna butla na dwa miesiące. Bardzo lubię, więc na razie pozostaję mu wierna. Tym razem jednak jestem zmuszona wrzucić na luz ze sztachaniem. Czemu? Ano przekonałam się na własnym nosie, że niektóre partie są felerne i śmierdzą gorzej niż pozostałe.



2. Ochronny krem do rąk z silikonem (Avon)
100 ml / ok. 9 zł (można dorwać taniej)

 
Kto nie smaruje, ten… cierpi. Nie znoszę mieć spierzchniętych dłoni, dlatego smaruję kremem ile wlezie. Zwłaszcza teraz, kiedy mróz nie oszczędza, a grzejniki suszą na wiór. Kremów Avonu używam od lat. Przepadam za glicerynowym, ale dla odmiany skusiłam się na silikonowego braciszka. Dobrze się wchłaniał, nie kleił (tego nie cierpię!) i ładnie pachniał. Moim wymaganiom – co prawda niezbyt wygórowanym – sprostał na piątkę z plusem.


3. Olejek do skórek i paznokci suchych, podatnych na uszkodzenia i pękanie (
Barbra)
7 ml / 11,99 zł


Pachnie obłędnie słodziutkimi pomarańczkami. Po każdym wysmarowaniu pazurów miałam ochotę wychylić go do dna, a potem jeszcze oblizać palce. Jest bardzo wydajny i ma uroczą pipetkę. Czy pomaga? Nie jestem w stanie tego stwierdzić. Tak wiele czynników ma wpływ na kondycję moich paznokci, że nawet nie zamierzam zgadywać, który z nich jest
najkorzystniejszy. Mogę podejrzewać, że olejek był fantastyczny, ale równie dobrze mogłoby się okazać, że jadłam w tamtym czasie dużo owoców i warzyw, i to one odwaliły kawał świetnej roboty.  Dwie rzeczy wiem na pewno: olejek nie zrobił mi krzywdy i dobrze nawilżył skórki. Paznokcie smarowałam regularnie, bez względu na to, czy krzyczały lakierem czy paradowały nieprzyzwoicie nagie. Raz zafundowałam sobie tygodniową kurację (smarowałam 3-4 razy dziennie obnażony paznokieć), ale nie zauważyłam spektakularnych zmian. Co wcale nie oznacza, że ich nie było. Być może pojawiły się z opóźnieniem – pazury jednak chwilkę rosną – a ja nawet nie zauważyłam.


4. Rozgrzewający peeling do skórek i paznokci
(Avon)
30 ml / dorwałam za grosze

Nie chcę za bardzo rozpisywać się na temat produktu, którego nie mogę w tej chwili znaleźć w katalogu (czyżby wycofany?). Powiem tyle: był bardzo wydajny, rzeczywiście rozgrzewał i ułatwiał odsuwanie skórek. Mam wrażenie, że moje keratynowe stadko było zadowolone z
cotygodniowego masażu. Tak, mówi, że było. I tęskni.


W porządku. Na dzisiaj wystarczy. Ciąg dalszy nastąpi.

W międzyczasie możecie się podzielić swoimi spostrzeżeniami. Chętnie zapoznam się z Waszymi pewniakami. Które kremy do rąk lubicie? Po które zmywacze sięgacie najczęściej? Skuście mnie czymś...

piątek, 27 stycznia 2012

Boho-maz dedykowany (Inspirowane muzyką: Ścieżka 1)

Były inne plany na dzisiejszy wpis, ale słońce znów miało na mnie wylane i postanowiło pięknie świecić przez cały dzień. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko wykazać się mile widzianą elastycznością: chwyciłam za pędzle i wymyśliłam boho-maza. Uwaga! Boho-maza sponsoruje Katalina, bo to ona postanowiła się pozbyć przecudnej paletki 88 połyskliwych cieni Coastal Scents, a ja dedykuję go zarówno jej, jak i Hexxanie, która - nie wiedzieć czemu - upodobała sobie moje maziaje. Dziękuję, Dziewczęta!

Boho-maz!

O matulu! Powinnam wreszcie odpowiedzieć na wszystkie zaległe tagi, a nie marnować czas na takie bzdety...

Bzdet!

Pokazuję Wam tylko jedno oko, bo drugie zostawiłam sobie au naturel. Sama nie wiedziałam, gdzie mnie ręka poprowadzi (nioh, jak to fajnie brzmi). Chciałam poeksperymentować i nieskromnie powiem, że eksperyment uważam za udany.

Exhibit A

Oczywiście nie wyszłabym w tym makijażu do warzywniaka, ale na szaloną imprezę - w te pędy! Tylko jakoś nie ma z kim iść. Ech, podensiłabym sobie, zwłaszcza że karnawał. Niech mnie ktoś przygarnie... :(

Rzucam urok
na mojego przyszłego towarzysza imprezy!

Okej, zdjęć mogło być więcej, ale nie będę przesadzać. Co za dużo, to niezdrowo. Teraz Wam pokażę, jakich surowców i maszyn użyłam przy produkcji tej tapety.

Surowce i maszyny :)

Co my tutaj mamy? Ano różne takie. Może wymienię, bo przecież wypada założyć, że ktoś może być zainteresowany:
  • baza pod cienie (Artdeco)
  • korektor Match Perfection 030 Classic Beige (Rimmel)
  • paleta cieni 88 Ultra Shimmer Eye Shadow Palette (Coastal Scents) - wykorzystane cienie oznaczyłam kwadracikiem
  • paleta Paraguaya (Sleek) - cienie Sandstone i Blush przydatne do rozcierania oraz Stone do brwi
  • paleta Au Naturel (Sleek) - nie ma jej na zdjęciu, ale poczęstowałam się najjaśniejszym cieniem (Nougat), a czerń (Noir) wzięłam do zrobienia kreski
  • cień dinozaur Classic Canvas (Avon)
  • czarna kredka SuperShock (Avon)
  • fioletowa kredka Longlasting Eye Pencil 08 Touch of Glam (Essence)
  • tusz False Lash Effect Fusion (MaxFactor)
  • pędzle: Inglot, Maestro i jakaś sierota avonowa
Ponadto bardzo ważnym elementem było tło muzyczne. Przypomniałam sobie o Radiohead i gdybym puszczała z winyla, a nie youtube'a, to chyba zjechałabym płytę na łyso. Lotus Flower. Bardzo dobre dźwięki wspomagające, idealne do boho-mazania. Przynajmniej dla mnie.



I co mi powiecie, Żabki Kochane? Widzicie różnicę pomiędzy ciapaniem na szybko (patrz: poprzedni wpis), a precyzyjnym boho-mazaniem? Bo ja owszem. Zawsze.

niedziela, 22 stycznia 2012

Oko dla Troya

Na czym to ostatnio stanęło?
Aha, już wiem, chciałyście zobaczyć niedorobione oko. Nie ma sprawy, właśnie się doigrałyście:

Jebs!

Pewnie mogłam je zrobić staranniej, ale spieszyłam się na rozpustę ze stri w Golden Rose. Wyszło, jak wyszło, nie zamierzam czarować, że byłam niezadowolona. Wręcz przeciwnie, spodobało mi się. Do tego stopnia, że przed wyjściem cyknęłam kilka fot z gatunku: "robię, co mogę, ale nic z tego nie będzie, bo słońce ma na mnie wylane". Bądźcie wyrozumiałe.

Słońce ma na mnie wylane...
 
Myślę, że Troy by był. Na pewno ucieszyłby się z takiego makijażu.

Tak z innej beczki: Słomka znowu jest słomiana. Na razie jeszcze to do mnie nie dotarło. Od wtorku musiałam pracować na zwiększonych obrotach i przy zmniejszonej dawce snu. Jak zwykle nic z tego nie będę miała. Chyba że satysfakcję. Frajer.

Oko frajera.

Mam trochę pomysłów, ale na razie muszę skończyć to, co zaczęłam. Dlatego grzecznie mówię dobranoc.
Nie mogę się doczekać poniedziałku!

niedziela, 15 stycznia 2012

Mój Troy i jego pożyczone klejnoty

Pędzę z szybkim postem lakierowym, bo na coś ambitniejszego nie mogę sobie teraz pozwolić. Poznajcie Troya:

Witam, jestem Troy. Położyła mnie na Jewel of the Orient (Sensique).
Bo sam nie mam klejnotów.

Troy jest brokatowym lakierem nawierzchniowym i należy do kolekcji Essence Nail Art Twins. Jego partnerką jest róziowa Gabriella, której nie kupiłam i nie zamierzam. Zrobiłam mały risercz i wyszło na to, że Troy i Gabriella to słodka para z High School Musical. Cóż, teraz mogę mówić, że jestem fanką Troya. Tak, fejspalm. Ale z jakimi ładnymi paznokciami! (Poza tym to wszystko przez Katalinę! Znowu!).

Seksi!

Spróbowałam go jakiś czas temu i oszalałam. Drobinki są przepiękne, jaskrawe - fioletowe, niebieskie, srebrne. Lakier dosłownie skrzy się w słońcu i sztucznym świetle, a moje paznokcie wyglądają jak kolorowy pompon. Z początku planowałam wyszydzić prawdziwego Troya za to, że nazwali jego imieniem taki oczobijący (chciałabym użyć innego słowa, ale skoro już jestem taka grzeczniutka...) brokat, ale potem zobaczyłam Gabriellę i zrozumiałam, że nie trafił najgorzej.

Na zdjęciach mam trzy warstwy na niebiesko-fioletowym Jewel of the Orient z duochromowej limitki Sensique (pożyczony od stri). Pamiętajcie o tym! Troy sam w sobie ma przezroczystą bazę, więc dużo zależy od tego, na czym spocznie.

Błyszczę się pod lampą.

W cieniu też jestem interesujący.

Podoba się? To pędem do Natury czy innego przybytku rozpusty, bo chodzą słuchy, że ta para jest na dywaniku i niedługo wyleci z kolekcji.

Aby należycie zwieńczyć swoją pieśń pochwalną, przygotowałam niespodziankę. Potraktowałam naszego lalusia szronionym matem z Catrice. Lubię to!

Po lewej - cień. Po prawej - słońce.
Frosting Top Coat jest tylko na trzech palcach.
Na pewno nie zgadniecie na których. Muahaha!

Aha, proszę mi nie jęczeć, że zmywanie jest dodupne, bo wcale nie jest, jeśli się ma kawałek folii aluminiowej.

Dobra, napisałam, co chciałam , a raczej - ile mogłam. Zostawiam Was ze swoimi szponami (nie bójcie się, już dawno ścięłam), a sama idę popatrzeć na listę z szajsem, który muszę zrobić do końca tygodnia. Nie po drodze mi z tym wszystkim, bo jeszcze chwila i znów zamienię się słomianą Słomkę. Fuck!

Wszystkie lakiery, których użyłam.
Bros before hoes!


Jest mi niezmiernie miło. Pomimo iż nie grzeszę częstotliwością dodawania nowych wpisów, jesteście ze mną. I ciągle Was przybywa. Dziękuję za wizyty i każdy komentarz!

PS Mam jeszcze makijaż do tych pazurów. Z niedociągnięciami, but still. Chcecie?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...