niedziela, 11 sierpnia 2013

Heniek wraca

Zafundowałam sobie dość intensywny tydzień. Głównie pod względem fizycznym, bo umysłowo było w normie. Dojeżdżałam do pracy na rowerze (jakieś 14 km w jedną stronę), a co drugi dzień wyciskałam siódme poty na wuefie przy trzydziestostopniowych upałach. Wieczorem zasypiałam na siedząco. Przyszedł weekend i oklapłam. Słońce odpuściło, świat ucichł. Nagle zrobiło mi się niewyobrażalnie pusto. Z tęsknoty zaczęłam przeglądać zdjęcia i wspomnienia. Tak jest: czas na drugi wpis o tegorocznym heńku!
(Pierwsza część tutaj).

VIP trybuna nocą.

Mówiłam Wam, że to był spontan. Dzień przed rozpoczęciem, a właściwie w nocy, podjęliśmy decyzję, że wpadniemy na jeden dzień. Po dłuższym namyśle wybraliśmy pierwszy. Kładłam się spać lekko podekscytowana. W autobusie wymieniłam kilka esemesów ze znajomymi. W kupie raźniej. Po czym coś mnie tknęło. Wybrałam kolejny numer. Poczekaj, posłuchaj, a może...

Nie musiałam długo namawiać.

Po pracy szybko wymieniliśmy świeżo kupione bilety na opaski i pojechaliśmy do domu przygotować się do długiego spaceru. Pamiętam, że było gorąco. Pierwszy dzień był właściwie najcieplejszy, ale nauczeni doświadczeniem zabraliśmy ze sobą grubsze ciuchy, które w nocy bardzo się przydały. Doczłapaliśmy się na Babie Doły, a potem na sam koniec terenu festiwalowego (początek, jeżeli patrzeć od strony Kosakowa), gdzie czekał już na nas Dawid Podsiadło.

Skubany, paczy się!

To był delikatny koncert, odrobinę marzycielski. Taka lemoniada w upalne lipcowe popołudnie. Nie powiem, całkiem miło, ale po wszystkim poszliśmy na piwo, już w powiększonym składzie. Festiwal rozpoczął się na dobre.

Petarda

Gdy zapytacie mnie o najlepszy koncert Open'era 2013, to bez chwili zawahania odpowiem: Alt-J (∆). W gazetach i na portalach internetowych redaktorzyny mogły sobie wzdychać do Nicka Cave'a i rozpływać nad Damonem Albarnem z Blur (woohoo), ale ja swój muzyczny orgazm przeżyłam pod namiotem z chłopakami, którzy wydali na razie tylko jeden krążek. Za to jaki zajebisty! Po dziś dzień mam ciary, gdy słucham.

Something Good leci.

Petardą była też Skin ze Skunk Anansie, ale Skin ma na drugie Petarda, więc w sumie żadne zaskoczenie. W błyszczącym wdzianku wskoczyła na scenę i momentalnie rozgrzała publiczność do czerwoności.

Skin Petarda.

Na tym koncercie byłam blisko, więc kiedy wbiła się tłum, a potem dała nosić się na rękach, macnęłam jej sprężyste udo. Fajny koncert, tym razem zamiast lemoniady mieliśmy energy drinka.

Petarda w tłumie.

Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie także czwartkowy koncert Crystal Fighters, na który trafiliśmy przypadkiem, po drodze na Kings of Leon. Pod Alterklub Stage zgromadziło się wówczas naprawdę dużo festiwalowiczów. Miałam wrażenie, że wszyscy tańczą, a przynajmniej podrygują. Przy muzyce zakręconych Hiszpanów po prostu nie dało się ustać! Za to właśnie lubię heńka: uczy mnie nowych dźwięków.

Nie mam Crystal Fighters, to wklejam Blur.

Jeżeli chodzi o polskie gwiazdy - zdecydowanie Hey. Delikatnie rzecz ujmując, nigdy nie przepadałam za Nosowską i jej bandem. Dopiero dwie ostatnie płyty trochę mnie zainteresowały. Ale czemu, do licha ciężkiego, nikt mi nigdy nie wytłumaczył, że Kaśka na żywo brzmi sto razy lepiej niż na nagraniach? Ja nie wiem, o co chodzi, ale zarówno jej głos, jak i sama muzyka brzmią w radiu nieznośnie płasko. Na żywo poczułam się oczarowana. W dodatku na scenie pojawiła się Brodka. Nosowska tłumaczyła, że to był spontan, że dopiero wczoraj się spotkały podczas jednego z festiwalowych koncertów i wpadły na pomysł wspólnej piosenki. Czy naprawdę? Nie wiadomo. Ale to na pewno nie był ich pierwszy raz, bo już na ubiegłorocznym Męskim Graniu próbowały takiej kombinacji.

Oł, heloł, szczerzę się do Was spod sceny głównej.

Niespodziewanie dobrze bawiłam się ponadto na koncercie Kalibra. Ogólnie raczej nie moja bajka, ale miło było cofnąć się w przeszłość przy niektórych tekstach, bo przecież nie sposób tego nie znać. Śmialiśmy się, że chłopaki odchowali dzieci, to teraz wracają na scenę. W sumie bardzo się nie pomyliliśmy...


Beyonce i inne rozczarowania

Nietrudno zgadnąć. Chyba już wszyscy powiesili psy na Rihannie, która była dodatkiem do tegorocznego Open'era, dość jednak ekskluzywnym skoro bilety podrożały przez nią o stówę w stosunku do ubiegłego roku. Nie będę ukrywać, że noszę kilka jej kawałków na moim wysłużonym płodzie. Nigdy nic do niej nie miałam, a taneczny beat przydaje się czasem do rozbudzenia i szybszego marszu. Niestety, skończyło się rumakowanie. Teraz kiedy szufel podrzuca mi Rihannę, szybko ją przełączam. Niechęć w sobie odczuwam. Panna, która spóźnia się na koncert ponad godzinę, a potem połowę każdej piosenki śpiewa z playbacku, nie zasługuje na mój czas. Może nie byłabym zawiedziona, gdybym nie miała za sobą całych czterech dni heńka. Rozpieszczona solidnym graniem i punktualnością wykonawców zbuntowałam się wewnętrznie przeciwko "wielkiej gwieździe". Więcej emocji wzbudziła we mnie solówka gitarzysty niż pseudotaneczne popisy z obmacywaniem krocza na czele. I mam wrażenie, że publiczność podzieliła się na dwa obozy: zajarane golden circle pod sceną oraz zdegustowani festiwalowicze na tyłach. Nie podobało się gwizdanie i buczenie? Trzeba było nam sprzedać tańsze bilety i nie wpuszczać na koncert. O!

Where the fuck is Beyonce?

Z kolei na Kings of Leon odrobinę zawiodło nagłośnienie. W pewnym momencie lepiej słyszałam laski gadające za moimi plecami o chińskich zupkach niż muzykę ze sceny. Na szczęście szybko zakumaliśmy, że coś jest nie tak i przenieśliśmy się w inne miejsce, gdzie wszystko brzmiało już bardzo dobrze, jak na pozostałych koncertach.

Rozczarował mnie także Steve Reich & Ensemble Modern na zakończenie festiwalu. Ale nie chodzi o sam występ, bardziej o program. Kurde, zwieńczając taką imprezę, trzeba walnąć kolejną petardę, wystrzelić tysiącem fajerwerków. Na co liczyli organizatorzy zapodając dość monotonną muzykę z subtelnymi zmianami? Chcieli się nas szybciej pozbyć czy jak? Fakt, pod sceną bardzo się przerzedziło... Przykre. To nie był po prostu czas i miejsce dla tego występu, skądinąd na pewno dobrego.

Przed Greenwoodem.

Mieszane uczucia mam też w stosunku do koncertu Noviki. Muzyka spoko, ale Kaśka mogłaby poprzestać na śpiewaniu i nie odzywać się do publiczności. Niemniej jednak było zajebiście, ale głównie dlatego, że czwarty dzień, więc zmęczeni pierdzielnęliśmy się na kocyk i pod błękitnym niebem chilloutowaliśmy przy aksamitnym plumkaniu.

Nie tym razem, cwaniaku.

Coś jeszcze

Bo heniek to nie tylko muzyka, ale też teatr, moda, sztuka, ngo, diabelski młyn - zupełnie jakby muzyka nie wystarczyła, a uwierzcie mi, wystarcza aż nadto. W tym roku na przykład premiera "Kabaratu Warszawskiego" w reżyserii Warlikowskiego z Cielecką, Ostaszewską, Chyrą, Poniedziałkiem i "młodym" Stuhrem. Nie załapałam się, ale też jakoś specjalnie o to nie zabiegałam. Trzeba było.


Futro w modzie? Chyba sztuczne.

 Duże zainteresowanie budził samolot sklecony z kaszlaków i pomalowany na biało, na którym można było zostawiać autografy, złote myśli i podobizny penisa. Bardzo to sprytne. Autobus - samolot - lotnisko - ikarus - latanie. Zresztą co ja się będę produkować, zobaczcie filmik poniżej i moje ulubione pytanie: Gdzie ja jestem?



O reszcie niech powiedzą zdjęcia. Mam nadzieję, że tym razem wystarczy.

Jest pole...

... jest wypas...
... no i fallus pośrodku pola.

Dzień drugi. Zapowiadało się groźnie. Na szczęście tylko przez chwilę.

Przyszła odsiecz.
Z kołem ratunkowym.
To po walce.

Przestrzeń.



Bliskość.


Czary mary.

Szkoda. Szkoda, że tak szybko się skończyło, bo tego, że zrobiliśmy dobrze jestem w stu procentach pewna. Trzeba oszczędzać, ale na rzeczach. We wspomnienia lepiej inwestować. Poza tym jakoś niewyobrażalnie ciepło zrobiło mi się na sercu, gdy usłyszałam: Tak się cieszę, że mnie namówiłaś. I nie, to nie był upał.

Fin.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Sparkle dwa razy trzy

Uszanowanie, koleżanki Czytelniczki!

Wracam z obiecanym rozwiązaniem zadania domowego. Poniżej znajdziecie makijaże wykonane paletą Sparkle 2, o której opowiedziałam więcej w tym hexxboksowym wpisie. Niektóre propozycje częściowo pokrywały się z moimi. Wszystkie natomiast poruszyły wyobraźnię. Miałam ochotę spróbować ich na sobie, ale czas nie sprzyjał. Coraz bardziej brakuje mi lampy, bo na zdjęcia makijaży zostają mi - w najlepszym wypadku - soboty i niedziele.

Pierwszy
Na rozgrzewkę kombinacja, której nie mogłam sobie odmówić. Prosta, lecz intensywna. Wykorzystałam raptem dwa cienie - zielononiebieskiego ulubieńca (Blue Spruce) oraz wzbudzający zainteresowanie granat (Twinkle). Wyszła taka rozgwieżdżona noc, nieco już blednąca. Jeszcze trochę, a będę miała na blogu wszystkie pory dnia i nocy. Wschód słońca przecież już oglądaliśmy...

Kreski na powiece ruchomej i na linii wodnej zrobiłam niebieską kredką z H&M.

Wspominałam ostatnio, że w Sparkle 2 brakuje mi jasnego cienia do rozcierania.
Dlatego przy wszystkich makijażach pomagałam sobie pudrem Wet'n'Wild,
którego używam na co dzień do utrwalania podkładu.

Tęczówka jak zwykle niezdecydowana.

Wykorzystane cienie:

(1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle,
(5) Mistletoe, (6)Illusion, (7) Festive, (8) Gold Ribbon,
(9), Glitz&Glamour, (10) Tinsel,
(11) Twinkle, (12) Starry Night.


Drugi
Tym razem w pełnym słońcu i nad jakimś akwenem. Skusiły mnie cienie bez brokatu, ale nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła Blue Spruce. Trafił na linię wodną, choć w żadnym wypadku nie jest to trwałe rozwiązanie. Do zaakcentowania zewnętrznego kącika użyłam między innymi czerni.

Przy robieniu kreski na górnej powiece wykorzystałam brązową kredkę Pierre Rene.

Jeśli znacie wodoodporną kredkę w odcieniu zbliżonym do Blue Spruce...
błagam, zlitujcie się i napiszcie o niej w komentarzu!

Aha, pamiętajcie, że wszystkie makijaże z tego wpisu zmalowałam na bazie Hean.


Wykorzystane cienie:

(1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle, (5) Mistletoe, (6) Illusion,
(7) Festive, (8) Gold Ribbon, (9), Glitz&Glamour, (10) Tinsel, (11) Twinkle, (12) Starry Night.


Trzeci
A tu taka multikolorowa popierdółka, z której jestem zadowolona najmniej, zwłaszcza że wymyśliłam sobie jakieś dziwaczne połączenie kolorów. Całe szczęście, że na zdjęciach nie wygląda tak źle.

Do kreski na górnej powiece wykorzystałam fioletowy Festive i Duraline z Inglota.
Tuż nad kreską dołożyłam odrobinę srebrnego cienia Tinsel.

Na linii wodnej kredka Catrice Kajal Designer 160 Get Your Golden Eyes. Raczej już wycofana.

Wykorzystane cienie:

(1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle, (5) Mistletoe, (6) Illusion,
(7) Festive, (8) Gold Ribbon, (9), Glitz&Glamour, (10) Tinsel, (11) Twinkle, (12) Starry Night.



Na koniec zostawiam Was jeszcze z takimi oczami:

Makijaż poranny.

Ponieważ dolna powieka zniknęła w mroku, skupmy się na górnej. A na niej Mulled Wine, którego jako jedynego zabrakło w poprzednich makijażach, oraz Tinsel z obiecaną niebieską poświatą. Mam ochotę to powtórzyć, ale na pewno nie teraz. Teraz idę spać, a Wam życzę samych dobrych rzeczy!

Buziaki!

PS Na komentarze pod poprzednim wpisem odpowiem już jutro. Dziś odpadam.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Baltic Sand vs The Real Baltic Sand

Ze specjalną dedykacją dla Ciebie.

Przepraszam Was bardzo. Miało być o czymś innym, ale spontanicznie trafiłam wczoraj na plażę i nie mogłam się oprzeć. W końcu zrobiłam to, co kusiło mnie już od dawna. Oto przed Wami piasek w piasku:

W grajdole.

Kiedy widzę na lakierze napis Baltic Sand, przed oczami stają mi pety, szkło i kapsle. Na szczęście żadnej z tych rzeczy nie odnajdziemy w butelce piaskowego Lovely. Lakier z numerem 1 ma w sobie jedynie skrzące złote drobiny.

W słońcu.

W półcieniu.

Typowy piasek, który po wyschnięciu (błyskawicznym!) robi się nie tylko matowy, ale też chropowaty. Papier ścierny o bajkowym kolorze. Niezdecydowana mieszanina pomarańczu, różu, może nawet czerwieni, zwłaszcza na zdjęciach.

Pamiątka z Kluczborka ♥

Ma gruby, spłaszczony pędzelek, co jednak nie przeszkadza, bo przy piaskach o precyzję znacznie łatwiej. Z prostej przyczyny - nie rozlewają się. Trwałość oceniam na przeciętną, ale pamiętajmy, że mnie trzy dni w zupełności wystarczą.

Pierwszy plan: piasek. Drugi plan: piasek.

Kryje dobrze. Na zdjęciach widzicie dwie warstwy, bez żadnej bazy i bez topu. Przy zmywaniu najlepiej sięgnąć po folię. Kupiłam go za 8,59 zł. W butelce jest 8 ml, czyli nie tak dużo, jak się spodziewałam.




Co powiecie? Dostrzegacie podobieństwo? Który ładniejszy? I wreszcie: co na to Piasek?

Nie ogarniam tej kuwety.
(źródło)

Na deser kilka słów o tym, co robiłam w sobotę i jak znalazłam się na plaży. Ponieważ pogoda wyjątkowo dopisała i było przeważnie bardzo ciepło (w cieniu nadal gęsia skórka), wgramoliłam się na rower, czego nie robiłam już od dawna, i pojechałam na małą, 37-kilometrową przejażdżkę, bo przecież na początku nie ma sensu szarżować. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem ilości nowych ścieżek rowerowych w naszym mieście, oby tak dalej, zwłaszcza że wciąż jeszcze istnieją odcinki, na których brakuje sensownych rozwiązań. Tego właśnie w jeździe na rowerze szczerze nie znoszę: uczucia, że jestem intruzem zarówno na chodniku, jak i na jezdni. Weź tu prowadź zdrowy tryb życia, gdy nieustannie odnosisz wrażenie, że wszyscy dookoła chcą cię zaszlachtować... 


Nie było miejsca dla ciebie...

Zostawmy jednak przykre sprawy na boku, skoro i tak wczoraj nie były w stanie popsuć mi humoru. Wiedziałam, że zahaczymy o plażę, więc na wszelki wypadek zabrałam ze sobą strój, choć z lekkim niedowierzaniem. Mieszkam nad morzem, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio do niego wchodziłam. To znaczy teraz już wiem, że wczoraj, ale wcześniej? Nie mam pojęcia. Zawsze wybieram jezioro, o ile mam taką możliwość. Zatoka, jak mawiają, to taka brudna kałuża ze śledziami.

Trawka.

Niespieszno mi było do kąpieli. Dopiero kiedy usłyszałam, że woda jest ciepła, i poszłam się o tym przekonać na własnej stopie, zrozumiałam, że taka okazja dwa razy się nie zdarza. Błyskawicznie zrzuciłam z siebie ubranie i wskoczyłam do bajora. Ta trawa, którą widzicie na zdjęciu, cokolwiek to jest, ale na pewno nie sinice, kłębiła się tylko przy brzegu. Dalej woda była "czysta".

Zbędne owłosienie.

Woda to mój żywioł. Zawsze była i zawsze będzie. Marzy mi się wrócić jeszcze na Mazury, na jacht, a najlepiej na Morze Śródziemne. Ciekawe, czy kiedyś coś mi odbije, i zrobię sobie patent sternika. Lol, na pewno, jak prawa jazdy nie mogę. No cóż, jeśli nie, wakacje w domku na wodzie nadal aktualne.

Rysiek, hamuj, bo jest z górki!

Tyle tego dobrego. Dzisiaj odpoczywam w domu, bo za oknem lekkie zachmurzenie. Planuję wyskoczyć do pobliskiego centrum handlowego, bo potrzebuję kilku rzeczy, ale jeszcze nie wiem, jak to będzie. Na razie leniwa niedziela od szóstej rano.
A dla Was całusy.

Pa!

czwartek, 1 sierpnia 2013

Zaglądamy do Hexxboksa (2)

Na początek wyprostujmy kilka spraw. Kiedyś Sleek był fajniejszy. Dzięki niemu w błyskawicznym tempie powiększyłam swoją kolekcję z rozmiaru, który i tak zawstydziłby przeciętną Polkę, do czegoś, co śmiało moglibyśmy podpiąć pod ciężki przypadek zbieractwa. Odpowiadała mi pigmentacja tych cieni, kolory, których jeszcze nie miałam, sensowna, wręcz niska cena. Aż tu niespodziewanie, nie wiadomo kiedy, bo jak to zazwyczaj bywa, takie zmiany nie dzieją się od zaraz, tylko bardzo powoli i w dodatku chyłkiem (porozmawiajmy o starości), przestało mi zależeć. Paletki zrobiły się wtórne, cena skoczyła w górę… przestałam śledzić nowości, nawet nie wiem, co wyszło ostatnio. Moja świadomość zatrzymała się gdzieś na etapie rispektów i suprimów. W bieżącym roku, który - przypominam - trwa już siedem miesięcy, przybyła mi jedna paletka. W dodatku sama jej nie kupiłam, ale otrzymałam do testów od sklepu cocolita.pl w ramach HexxBoksa. Mowa o Sparkle 2.

Edycja limitowana. Wciąż dostępna na Cocolicie za 37,49 zł.

Ucieszyłam się. Przede wszystkim dlatego, że trochę chciałam ją sprawdzić, ale niepokój pokrzyżował mi plany i ostatecznie zrezygnowałam. Cienie z brokatem, bo przecież to w nich zasadza się cały pomysł na Sparkle, nigdy nie wzbudzały mojego zaufania, choć niechęć bardziej wynikała z domysłów niż empirycznego doświadczenia. Zawsze sobie myślałam: brokat, poważnie? Jak ja mam to porządnie rozetrzeć? Sparkle tu, sparkle tam, wszędzie sparkle na sobie mam!

Tak, TAM też.

I wiecie co? Nie pomyliłam się. Najpoważniejszy zarzut, jaki mam do tej paletki, to upchnięcie w niej matów, które są wszak bardziej wymagające przy rozcieraniu niż satyny czy perły, i dodanie do nich brokatu. Nie ogarniam. Mogę sobie wklepywać cienie, ale w którymś momencie potrzebuję muszę je rozetrzeć. A wtedy brokat robi wszystko, tylko nie zostaje na powiekach. Nie wiem, może ja po prostu swoją amatorską ręką nie potrafię zrobić tego we właściwy sposób, ale tak czy siak nie zamierzam się ze swoją nieudolnością kryć, bo jednak amatorskich rąk jest wiele i każda z nich zasługuje na to, by zostać ostrzeżoną przed wymagającymi cieniami i brokatową zamiecią.

Coraz bliżej święta.

Zamieć nie jest przypadkowym słowem. Sparkle 2 wyszła bowiem na zimę, szczególnie z myślą o świętach, na co wskazują nazwy cieni nadrukowane na folii zabezpieczającej: znajdziemy wśród nich lametę (Tinsel), jemiołę (Mistletoe), grzane wino (Mulled wine) czy świerk (Blue Spruce). Tak, tak, macie rację - środek lata, rychło w czas.

Folijka.
Górny rząd: (1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle, (5) Mistletoe, (6) Illusion.
Dolny rząd: (1) Festive, (2) Gold Ribbon, (3), Glitz&Glamour, (4) Tinsel, (5) Twinkle, (6) Starry Night.

Nazwy są znaczące i świetnie oddają kolory poszczególnych cieni. A są to kolory ciemne, brudne, raczej ciepłe. Cztery satynowe cienie nie zawierają brokatu: złoty Gold Ribbon, srebrny Tinsel, miedziany Chocolate Penny i mający zadatki na kameleona, czekoladowy Truffle. Od razu je polubiłam. Pozostałe cienie są matowe i zbezczeszczone migoczącym brokatem, głównie srebrzystym, chociaż w grzanym winie (Mulled Wine) jest on złoty, a w zielonej jemiole (Mistletoe) wydaje się zielonkawy. Brokat ma co prawda różne natężenie w różnych cieniach, ale nadal w nich jest. Same maty rozcierają się całkiem nieźle, a pigmentacja też daje radę. Gdyby jeszcze te upierdliwe paprochy raczyły zniknąć, byłabym wniebowzięta.

Ciepło i przytulnie.

Tak więc kiedy przyjrzałam się temu wszystkiemu z bliska, mina trochę mi zrzedła. Zrozumiałam, że przygotowanie recenzji tej palety nie będzie proste. Przede wszystkim dlatego, że moim zdaniem Sparkle 2 jest zestawieniem cieni wybitnie wieczorowych, a ja wieczorem nie robię zdjęć makijaży, bo nie mam dobrej lampy. Trochę klops.

(1) Chocolate Penny, (2) Blue Spruce, (3) Mulled Wine, (4) Truffle, (5) Mistletoe, (6) Illusion,
(7) Festive, (8) Gold Ribbon, (9), Glitz&Glamour, (10) Tinsel, (11) Twinkle, (12) Starry Night.

Oczywiście, dla chcącego nic trudnego i problem przeskoczyłam. Kolejny też, choć okazał się jeszcze kłopotliwszy. Muszę bowiem wyraźnie zaznaczyć, że nawet jeżeli ta paleta tworzona była z myślą o długich zimowych nocach, to jednak brakuje mi w niej jaśniejszych akcentów. Okej, jest złoto i srebro, ale nie o to chodzi. Skoro do prawie każdego sleeka można pakować tę przebrzydłą czerń, to dlaczego nie da rady wraz z nią dorzucić jakiegoś w miarę jasnego, najlepiej matowego cienia, który ułatwi rozcieranie i rozświetlenie makijażu, bez dodawania odpustowego błysku? Nie wiem, może ja jestem jakaś spaczona, olśnijcie mnie.

Głównie górny rząd oraz gęsia skórka.

Dlatego pomimo iż po Sparkle 2 sięgałam dość często, zwłaszcza ostatnio, choć jest jasno, a o Last Christmas nikt już nie pamięta (spokojnie, niedługo ruszą wyprzedaże z okazji tegorocznych świąt), to przeważnie łączyłam ją z innymi paletami, żeby nie robić z siebie pandy. Albo nawet drag queen. Łączenie z innymi paletami i podobnymi kolorami, tylko że pozbawionymi brokatu, pozwalało mi również uniknąć osypywania.

Głównie dolny rząd. I gęsia skórka.

Które cienie upodobałam sobie najbardziej? Przede wszystkim nieokreślony Blue Spruce. Zakochałam się po uszy i sięgałam po niego najczęściej. Wbrew pozorom idealny na lato. Natomiast spośród bardzo przyjemnych satyn, najbardziej zaciekawił mnie Tinsel, dlatego że srebrny, ale dość niezwykły, bo z piękną niebieską poświatą, czego być może nie widać na zdjęciach, ale spróbuję to pokazać w jednym z makijaży. Spodobał mi się również ciemny fiolet z górnego rzędu, czyli Illusion oraz bajecznie napigmentowany, granatowy Twinkle. Zielony Mistletoe też jest niczego sobie. W opakowaniu zupełnie mnie nie ruszał, ale po rozsmarowaniu na powiece, pięknie podbija kolor mojej tęczówki.

Tinsel na czarnej kredce.

Zupełnie natomiast nie ciągnęło mnie w stronę czarnego Starry Night (a to ci zaskoczenie). Zawiodłam się również na ciemnoszarym, nieco oberżynowym Glitz&Glamour. Na oku robiła mi się z niego brzydka, szarobura plama. Być może trzeba go jeszcze okiełznać.

Okiełznuję paletę z paprochami.

W tym miejscu chciałabym zakończyć swoją recenzję, a przynajmniej część ze słoczami i moim narzekaniem. Makijaże dorzucę w kolejnej notce, nie chcę, żeby się zagubiły w natłoku tych wszystkich zdjęć, które dzisiaj zamieściłam. Celowo pominęłam opis opakowania, skład i hejtowanie pacynki, po którą ja akurat czasami lubię sięgać. Te rzeczy są wałkowane przy większości wpisów o paletkach Sleeka, nie widzę sensu, aby je powielać. Wszystkie słocze na ręce robiłam w świetle dziennym, przy lekkim zachmurzeniu, podczas jednego z naszych wypadów nad jezioro - stąd gęsia skóra. Pod cieniami nie ma żadnej bazy.

W tle widać kawałek domku ♥

Macie pracę domową!
Oj no, dla chętnych.
Zanim zamieszczę kolejny wpis z malunkami, zapodajcie w komentarzu ciekawe kombinacje cieni z tej palety. Zobaczymy, czy nasze pomysły były podobne. :)


Farfocle w sztucznym świetle.



Bardzo dziękuję Hexx oraz sklepowi internetowemu Cocolita.pl
 za umożliwienie mi przetestowania powyższego produktu w ramach akcji HexxBox.
 (Kliku klik w poniższe obrazki).



Buziaki!

 PS Makijaże znajdziecie tutaj. Zapraszam!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...