sobota, 11 stycznia 2014

Duet

Wraz ze starym rokiem odeszła do przeszłości maseczka maltretowana przeze mnie od początku października, a ponieważ peeling, który dzielnie jej towarzyszył, powoli zmierza w tym samym kierunku, zapraszam Was na recenzję dwóch produktów marki Himalaya Herbals. Oba otrzymałam do testów.

Czapki z głów? Sprawdźmy.

Maseczka z miodli indyjskiej do cery trądzikowej
75 ml / ok. 12 zł

Tajemnicza miodla powraca, tym razem jako dodatek do brudnozielonej pasty, która ma regulować wydzielanie sebum, oczyszczać zatkane pory skóry i zapobiegać nawrotom zaskórników. O miodli indyjskiej napomknęłam jakiś czas temu, kreśląc kilka słów na temat pianki do mycia twarzy, ale pozwólcie, że przypomnę: jest to roślina o właściwościach antybakteryjnych, przeciwgrzybiczych i antywirusowych, która w rzeczywistości ma niewiele wspólnego z miodem i jodłami (oprócz nazwy).

To naprawdę maska!

Wydobywanie maski z plastikowej tubki od pewnego momentu zrobiło się dla mnie, delikatnie mówiąc, kłopotliwe. Nie raz i nie dwa glinkowa maź bryzgała w nieplanowanym kierunku (albo w kilku takich kierunkach...), a o wyciskaniu resztek z tubki można by zrobić kolejną część Mission Impossible, przy czym kiedy wreszcie ośmieliłam się sięgnąć po nożyczki i rozciąć wredny plastik, okazało się - zgodnie z moimi przypuszczeniami - że w środku siedziała sobie jeszcze całkiem spora porcja, nadająca się przynajmniej na dwa użycia.

Jeszcze przed egzekucją.

Producent zaleca nakładanie maseczki na oczyszczoną skórę na 10-15 minut, w czasie których powinna zdziałać wspomniane wyżej cuda, pozostawiając skórę o poprawionej strukturze, odmłodzoną [sic!] i ujędrnioną. Zacznijmy jednak od tego, że maska zastygała na mojej twarzy w czasie krótszym niż zalecany. Czasami zmywałam ją nieco szybciej, ale najczęściej spryskiwałam zastygającą masę wodą lub hydrolatem. Oprócz szybkiego wysychania odnotowałam ciekawy zapach, dla mnie bardzo przyjemny, relaksujący, jakby mydlany, ale skrzyżowany z bliżej niezidentyfikowanym zielskiem czy może mentolem, choć zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą uznać taką mieszankę za co najmniej dziwną. Poza tym zaraz po aplikacji odczuwałam delikatne mrowienie.

Poprawiam strukturę.

Efekty? Może zejdźmy na ziemię i darujmy sobie odmłodzoną skórę (czy ktoś w ogóle daje wiarę takim obietnicom?), chyba że oznaką odmłodzenia jest zaczerwienienie twarzy, które występowało u mnie po większości spotkań z tym produktem. Na szczęście nie utrzymywało się zbyt długo, ale jeśli macie wrażliwą cerę i wpadłyście na pomysł, że jest to maska dla was, pomyślcie jeszcze raz. Pory wizualnie zwężone, cera, oczyszczona i zmatowiona, dopomina się o krem, a kiedy go otrzymuje, spija w błyskawicznym tempie. Czy ja już mówiłam, że za to najbardziej cenię glinkowe maseczki?

W składzie jest również kurkuma.

Na koniec kilka luźnych spostrzeżeń. Ubrałabym je w zdania, ale czeka nas jeszcze peeling, więc najwyższy czas, abym przestała się pieścić z maseczką. Tak więc:
  • warto przemywać wylot tubki, bo maska lubi zastygać
  • nie ma gładkiej konsystencji, są w niej grudki - przy nakładaniu można zrobić pseudopeeling
  • zmywanie bywa upierdliwe, dlatego najlepiej zaaplikować maskę przed wejściem pod prysznic
  • w składzie pojawiają się parabeny, hydantoina i SLS.

Skład: Aqua, Kaolin, Melia Azadirachta Leaf Extract, Propylene Glycol, Bentonite, Fuller's Earth, Curcuma Longa Root Extract, Fragrance, Sodium Methylparaben, Imidazolidinyl Urea, DMDM Hydantoin, Xanthan Gum, Sodium Propylparaben, Citric Acid, Disodium EDTA, Sodium Lauryl Sulfate.


Peeling morelowy delikatnie złuszczający do cery wrażliwej
75 ml / ok. 10 zł

A tutaj mamy produkt przeznaczony właśnie do cery wrażliwej.

Ślimak, ślimak pokaż rogi.

Widzicie te drobiny? Wcale nie jest przesadnie delikatnie. Nie mam cery wrażliwej, ale gdybym miała, podchodziłabym do testów tego peelingu z pewną dozą ostrożności. Zanim produkt trafił w moje ręce, zastanawiałam się, czy będzie dla mnie wystarczająco "ostry". Fakt, lubię hardkorowe zdzieraki, ale raczej do ciała niż do twarzy, którą zazwyczaj traktuję nieco delikatniej, no chyba że mam gorszy dzień i już naprawdę wszystko mi jedno.

Tutaj duet.

Ponieważ moim ulubionym twarzowym zdzierakiem jest morelowy peeling St. Ives, a na swoje pięć minut czeka ledwo napoczęty peeling Sorai, również morelowy, pozwoliłam sobie przeprowadzić drobne porównanie.

A tu trio.

Dzięki temu porównaniu przekonałam się na własnej skórze, że Himalaya rzeczywiście zaproponowała najdelikatniejszą wersję morelowego peelingu. Konkurencja dosypała do swoich produktów więcej drobinek ze skorup orzecha włoskiego (w Sorai i St. Ives na drugim miejscu w składzie, zaraz po wodzie). Zresztą nie potrzeba patrzeć w skład, wystarczy to poczuć. Drobinek w Himalai jest wyraźnie mniej. Najwięcej czadu daje Soraya (przeznaczona niby do każdego rodzaju skóry... polemizowałabym), St. Ives jest gdzieś pośrodku.

Z każdej tubki wychodzi nieco inaczej.

Co ciekawe, ani w peelingu St. Ives, ani w Sorai nie uświadczymy w składzie drobin z pestek moreli, jak moglibyśmy przypuszczać, jedynie wyciąg z tych owoców. W obu produktach znalazło się za to miejsce dla SLES-u, co również można spostrzec bez patrzenia w skład, bo morelowe propozycje konkurencji pienią się lepiej niż Himalaya, przy czym prym wiedzie sorajka. Ta to w ogóle jest dla osób lubiących intensywniejsze doznania, bo nie dość, że drapie najmocniej i najlepiej się pieni, to jeszcze ma bardzo wyraźny, słodki zapach.

Ceny kształtują się następująco:
Himalaya: ok. 10 złotych za 75 ml
Soraya: ok. 13 złotych za 150 ml
St. Ives: ok. 4,5 funta (21 zł na allegro.pl) za 150 ml [niedostępny w polskich drogeriach]

Himalaya ma najbardziej zbitą konsystencję.

Ale wracając do bohaterki dzisiejszego wpisu, chciałam podkreślić, że jest to moim zdaniem całkiem przyjemny produkt, chociaż preferowałabym nieco mocniejsze ścieranie. W każdym razie morelowy peeling spełnił swoje zadanie - oczyszczał i wygładzał skórę, nie powodując podrażnień.

Tylko etykietkę dostał nieodpowiednią, jak to czasami w życiu bywa:

Tego produktu nie testowałam.

Wyciąg z jabłka na pierwszym miejscu w składzie, ale i tak jest to peeling morelowy.

Skład: Aqua, Pyrus Malus [jabłko] Fruit Extract, Stearic Acid, Isohexadecane & C9-C16 Isoparaffin, Cetyl Alcohol, Prunus Armeniaca [morela] Seed Powder, Juglans Regia [orzech włoski] Shell Powder, Sorbitan Stearaqte & Sucrose Cocoate, Triticum Vulgare Germ Oil, Carbomer, Triethanolamine, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Tocopheryl Acetate, Disodium EDTA, Fragrance, Flavour.


Podsumowując, był to całkiem udany duet, ale po wprowadzeniu go do mojej pielęgnacji nie zauważyłam poważniejszych zmian - ani na lepsze, ani na gorsze. Racja, ostatnimi czasy moja skóra nie miała się zbyt dobrze, ale było to spowodowane, jak podejrzewam, przesunięciami geograficznymi, żywieniowymi i hormonalnymi. Nie odniosłam wrażenia, że kosmetyki Himalai dołożyły cegiełkę do tego wysypu, który mnie zaatakował. Wręcz przeciwnie - pomagały łagodzić niechciane objawy. Produkty niezłe, ale zostanę raczej przy swoim ulubionym duecie Ives & Yves.

Buziaki,
Słom

wtorek, 31 grudnia 2013

Prędzej, później, dalej

Prędzej

Jest w nas coś takiego podejrzanego, że u progu nowego roku lubimy wymyślać różne dziwne rzeczy. Zwyczajny kac nie wystarczy, trzeba jeszcze poprawić moralniakiem, bo jak bawić się, to na całego, a jak mieć zjazd, to na samo dno. Plany, miliony planów, trzy miliony niespełnionych. Ja tam nie wiem, ale dzisiaj wolę patrzeć wstecz. Patrzenie wstecz nastraja mnie pozytywnie. Kiedy myślę o tym, co było rok temu, to cieszę się, że ten rok minął. Dlaczego?

Później

Nie, nie dlatego, że mam za sobą dwanaście zajebistych miesięcy, pełnych sukcesów, owocnej pracy i powodzenia. Rany, nie zliczę, ile razy się potknęłam, ile razy dałam ciała i gorzko płakałam. Ile razy bolało, bo padały ciosy, których albo nie mogłam się spodziewać, albo - wręcz przeciwnie - bardzo się obawiałam. Ale też wcale nie chodzi o to, że mam za sobą dwanaście beznadziejnych miesięcy, pełnych porażek, zmarnowanego czasu i nieurodzaju. Wiecie, na zasadzie, ten rok był pechowy, chcę, żeby się już skończył. Nie, kurde, to nie tak.

Największą zaletą i radością dnia dzisiejszego jest dystans. Kiedy masz dystans, możesz wybrać, jak chcesz patrzeć, ponieważ nie jesteś już w środku, tylko gdzieś na zewnątrz. Nie patrzysz na przysłowiowe drzewa, tylko na las. Nie musisz podchodzić emocjonalnie, czuć się dotkniętym (dystans!), oceniać: to było dobre, a tamto złe, z tego się cieszę, tamtego żałuję. Spróbuj pomyśleć nieco inaczej, spróbuj pomyśleć, że każde wydarzenie miało jakiś ładunek. Co z tego jaki on był - dodatni czy ujemny? Wziąłeś ten ładunek na siebie i dla siebie, czegoś się nauczyłeś. Zadaj sobie pytanie czego. Przyjrzyj się, na pewno jesteś innym człowiekiem. Być może brakuje Ci tego czy owego, być może w tym roku zabrakło Ci kogoś. Jednak paradoksalnie jesteś bogatszy. O to wszystko właśnie, czego doświadczyłeś.

Dalej

Taką mam myśl na 2014 rok.

Upływu czasu nie wyczytuj z zegarów ani z kalendarzy, ale ze zmian, które zachodzą w Tobie. Kiedy pojmiesz, że jest inaczej, świętuj. Kończy się nie jakiś tam umowny, kalendarzowy rok. Kończy się Twój "rok". Odwagi! Na końcu jest pięknie.



Do zobaczenia,
Słom

piątek, 20 grudnia 2013

Pożyczony, nie kradziony

Opuszczając kraj nasz piękny i jadem płynący na kilka tygodni, wpakowałam do bagażu aż zero lakierów, top i baza się nie liczą - to nie lakiery, to konieczność. Zawsze można kupić coś na miejscu (i ku temu wyjściu chętnie się skłaniałam, być może nawet zbyt żwawo), ale przede wszystkim czułam po kościach, że Simply nie będzie miała nic przeciwko, jeżeli od czasu do czasu uszczknę sobie co nieco z jej potężnej kolekcji. Niestety nie udało mi się uwiecznić swoich sroczych zapędów, czego po cichu żałuję, bo wyszłaby z tego barwna historia. Zamiast niej mam zaledwie kilka zdjęć.

Zdjęcie pierwsze.

Czyli Nails inc. po raz pierwszy na moich paznokciach. Nazywa się Lexington Street i był ze mną przez trzy dni, bo potem starł się na końcach i musieliśmy się rozstać. Na zdjęciu widzicie go z warstwą Poshe, jestem tego pewna, ale ile razy malowałam nim samym, to nie wiem, gdyż sobie beztrosko nie zapisałam. Pamiętam tylko, że był dość rzadki i musiałam uważać na skórki. Ma taką ni to oberżynową, ni to bordową bazę, a potem mnóstwo drobin, które zdają się niebieskie (akurat w tym oświetleniu niebieski widać najlepiej), jasnofioletowe, a nawet złote. Zdecydowanie niezdecydowany.

Zdjęcie drugie.
Zdjęcie kolejne.
I jeszcze jedno, a co mi tam.

Generalnie podoba mi się, ale nie porywa. Tak to już jest z tymi wielokolorowymi lakierami - zdarza się, że bardziej czarują w butelce niż na paznokciu.

Czaruś.
Oglądałam Nails inc. na żywo i prawdę powiedziawszy, nic mnie na kolana nie rzuciło. Te lakiery trochę kosztują, jakieś 11-12 funciaków za sztukę, więc jeśli miałabym coś kupić, to musiałabym się z miejsca zakochać. A że tak się nie stało, wróciłam tylko z jedną sztuką, dołączoną do gazety. Ale to już zupełnie inna bajka...


Buziaki,
Słom

 

sobota, 7 grudnia 2013

Nie szósty, a piąty, i nie grudnia, tylko listopada

To nie jest tak, że o Was zapomniałam. Ani tak, że porzuciłam. Od ponad tygodnia jestem już w domu i, mówiąc szczerze, walczę z przejedzeniem.

Takie gifty.

Ze wszystkich używek najbardziej przeżarł mi się internet. Kiedy siedziałam u Simply, odzwyczaiłam się od patrzenia w monitor, i to było dobre. Po powrocie omijałam komputer szerokim łukiem, aż wreszcie różne okoliczności zmusiły mnie do wciśnięcia guzika.

Kolejny tydzień upłynął mi na łapaniu słońca.

I oto jestem.

Tak się złożyło, że są mikołajki*, więc pomyślałam, że wrzucę mój mały goodie bag, który częściowo dostałam już miesiąc temu, ale kto by się przejmował takimi umownymi szczegółami, liczy się to, że jesteśmy razem, czyż nie? O tym, jaka historia kryje się za słodką paczką, pisałam już kiedyś >tutaj< i >tutaj< też.

Sporą część stanowią miętówki, zwłaszcza te o niedostępnych u nas smakach. Bohaterki ze zdjęcia poniżej przypominają mi o pewnej amerykańskiej przygodzie i właściwie pierwszej długiej rozłące. Łezka w oku.

Koła, a właściwie kółka ratunkowe. Life savers to moje ulubione miętówy. Sama chemia <3



Inne takie miętowe wow wow. Polecam truskawkowe.


Jeżeli tylko mikołajowa droga wiedzie przez odpowiednie kraje, w paczce nie może zabraknąć również Reese's, obojętnie czy w formie batonów czy uroczych tartaletek. Podczas gdy szczerbaty napala się na swoje suchary, ja spoglądam pożądliwie na masło orzechowe i wszystko, co z jego dodatkiem. Wybaczcie, moje kochane, ale nutella może się schować. Nawet nie pamiętam, kiedy ją ostatnio jadłam. Wcale nie tęsknię. Stri, jest cała Twoja!

Czasem myślę, że jednostką szczęścia są kalorie. Czy to już otyłość?

Pornografia spożywcza.

Poza tym kilka niespodzianek:

Migdałowy snickers. Tak, jest lepszy.

Dla wszystkich fanów The Big Bang Theory, "the most apologetic of the boxed candies".
(W sumie takie Eclairs wywrócone na lewą stronę. Karmel w czekoladzie. Mordoklejka na całego).

Belgijska czekolada. Jeszcze nie próbowałam, ale doszły mnie słuchy, że szału nie ma.

Raz na rok można sobie strzelić piwo korzenne.

I żeby nie było, że sama cukrzyca i próchnica. Złoto też było. O, proszę:

Bling...

... bling.
 
Na tym dziś poprzestaniemy. Resztą łupów pochwalę się następnym razem.
Po stokroć dzięki
 dla Was
i dla Mikołaja.
 
Buziaki,
Słom


---
* Zaczęłam pisać wczoraj, ale zima zaskoczyła drogowców.

niedziela, 3 listopada 2013

Kopiuj wklej

Mam ochotę napisać kilka słów o muzyce, ale uprzedzam, że to nie będzie nic ambitnego, raczej takie szowinistyczne umcyk umcyk, do którego można potupać nóżką, a co odważniejsi i bardziej skorzy do zabawy mogą nawet pokręcić tyłkiem. Zapraszam.

Jakiś czas temu, podczas październikowych zakupowych szaleństw i weekendowych promocji skuteczniej wyciągających ludzi z domów niż wszelkie akcje mające na celu promocję zdrowego trybu życia moje ucho wychwyciło, bodaj w Cubusie, intrygującą melodię. Jestem łasa na bałkańskie klimaty, więc ucho dało rade nawet pomimo słuchawki w nim tkwiącej. Z pomocą gogli udało mi się odszukać rzeczony kawałek. Podejrzewam, że miałyście okazję zapoznać się z nim wcześniej, bo jak się okazało, jest to dźwięk chętnie wałkowany w kilku popularnych rozgłośniach radiowych.



Potem poszperałam sobie dalej i poczyniłam przyjemne odkrycie: refrenowy sampel pochodzi z piosenki Hermetico Balkan Beat Box. Jeden z kawałków tego amerykańsko-izraelskiego zespołu oczarował mnie kilka lat temu, więc z przyjemnością zapętliłam sobie poniższy, przygotowując się do odwiedzin u Simply.



Nie pozostaje mi nic innego jak zadedykować dzisiejszy krótki wpis wszystkim zboczeńcom muzycznym oraz tym, którzy tęsknią za Bałkanami, nawet jeżeli - podobnie jak ja - jeszcze ich nie odwiedzili. Wszystko przed nami!


Buziaki,
Słom

PS Co przemawia do Was bardziej? Kopia czy oryginał?

(No dobra, wiem, że Szopen).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...