Ten post dojrzewał sobie w wersjach roboczych od czasu pewnej zabawnej awarii.
Dzisiaj daję mu pożegnalnego całusa i posyłam w świat.
A Was ostrzegam: nie dobrniecie do końca.
1. Żel dogłębnie oczyszczający (L'Oréal)
150 ml / 16,99 zł (promocja)
![]() |
| Pocieradełko zostaje ze mną. |
Kupiłam go, bo miałam chrapkę na gumowe pocieradełko. Mniej więcej w kwietniu zeszłego roku. To było długodystansowe zużywanie. Ale tylko dlatego że mieliśmy ciche dni... przez pół roku. Obraziłam się na niego, bo bardzo wysuszył mi skórę na policzkach. Jak przystało na początkującą damę, dopuściłam się kilku niewyszukanych epitetów, wepchnęłam klienta głęboko do szafy i szybko zapomniałam. Aż któregoś sprzyjającego dnia w przypływie łaskawości wyciągnęłam go na brzeg. Tym razem ograniczyliśmy kontakty do jednego mycia dziennie (a nie dwóch). Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu zachowywał się poprawnie. Pienił się (SLES na drugim miejscu), mył, odświeżał i służył dzielnie aż do rozkrojenia – o dziwo w środku nie została nawet kropelka. Tylko tyle i aż tyle. Drugi raz nie kupię. Zresztą teraz mam melodyję na oleistość.
Masażyk za to pierwsza klasa.
2. Krem żel do skóry wokół oczu (Faberlic)
15 ml / 19,90 zł (kosmetyk katalogowy, więc często i gęsto w promocji)
15 ml / 19,90 zł (kosmetyk katalogowy, więc często i gęsto w promocji)
Ma plusa za higieniczne opakowanie, za przyjemne chłodzenie i nawilżanie, a nawet za wydajność. Ale cieni spowodowanych zmęczeniem, stresem i niewyspaniem to mi raczej nie zlikwidował (pokażcie mi krem, który to robi). Mogłabym do niego wrócić, ale szukam teraz intensywniejszych doznań.
3. Aktywny przeciwtrądzikowy krem na noc z kwasem salicylowym
oraz antybakteryjnym kompleksem roślinnym (Faberlic)
50 ml / 29,90 zł (zazwyczaj tańszy)
oraz antybakteryjnym kompleksem roślinnym (Faberlic)
50 ml / 29,90 zł (zazwyczaj tańszy)
Pierwsze wrażenie: poproszę więcej. Skóra zareagowała zaskakująco dobrze. Nowych wyprysków niet, a drobne ranki kaputt. Uradowałam się, ale postanowiłam tego nie uzewnętrzniać, ponieważ – jak wiadomo – różnie bywa. Słuszne posunięcie. Okazało się, że trafiłam na korzystny moment. Chociaż potem nie było już tak różowo, krem wyzerowałam z przyjemnością. Lubiłam go za szybkie wchłanianie. Niestety nie powstrzymał nowych wykwitów, ale kiedy już się pojawiały, od razu dostawały po łbie.
4 i 5. Szampon i odżywka Elsève
NUTRI-BLASK: Lustrzany blask, aksamitny dotyk (L'Oréal)
400 ml (szampon) i 200 ml (odżywka)
![]() |
| Skarłowaciałe. |
Na szczęście moje włosy nie potrafią czytać i nie wiedzą, że skład jest fe. Zanim postanowiłam stracić czas (wątpię, że lepsza pielęgnacja zmieni cokolwiek w moich włosach), zużyłam wiele butelek różowego duetu i nie narzekałam, wręcz sobie chwaliłam. Tylko pamiętajcie, że moje przykrótkie cienkusze z natury są nijakie. Wszystko im jedno, byle żeby się nie elektryzowały. Ech, w kwestii włosów wgrałam sobie olbrzymiego (prawie największego) kompleksa i raczej szybko się go nie pozbędę. Nie można mieć wszystkiego. Ja na przykład nie mogę mieć bujnej, seksualnej fryzury. Chyba że sobie przeszczepię.
6. Żel pod prysznic kaktus i guarana (Original Source)
250 ml / 6,99 zł
![]() |
| Kaktus, który nie kłuje. Ale wysusza Słomki. |
Kiedyś przed Rossmannem stał kartonowy domek z intrygującym guziczkiem. Jasne, że nacisnęłam. Ale nic się nie stało. Dopiero gdy odwróciłam się na pięcie, by odmaszerować (do kolejnej drogerii), z mrocznych kartonowych czeluści wystrzeliła nagle ręka dzierżąca miniaturkę miętowego żelu pod prysznic. Jak miło! Od tamtej pory wiem o sobie coś nowego: miętę czuć lubię, ale raczej, ehehehe, nie pod prysznicem. Postanowiłam, że dam szansę innej wersji zapachowej (ofiara marketingu). Padło na kaktusa i guaranę. Na początku było miło, ale potem się skiepściło. Zapach jakoś spowszedniał, a skóra zachowywała się jak przesuszona. Nie, na razie nie mam zamiaru do ciebie wracać. I jeszcze ta nazwa: Original Source?! Specjalnie, żeby Słomka cały czas myślała, że to jest Organic Source! A nie jest. Może tylko w skrajnym ujęciu.
7. Serum intensywnie wyszczuplające + ujędrniające. Antycellulit 3D.
Do skóry wrażliwej i skłonnej do alergii (Eveline Cosmetics)
250 ml / 11,49 zł (promocja)
250 ml / 11,49 zł (promocja)
![]() |
| Pozbędziesz się tłuszczu, wyrzeźbisz sylwetkę, będziesz miała udane życie erotyczne, liczne sukcesy zawodowe i lśniący dom. |
8. Planet Spa: Śródziemnomorski krem do ciała z oliwką (Avon)
200 ml / 49 zł (ale pamiętajcie o nieustających promocjach)
Już marudziłam tutaj.
9. Masło do ciała Tutti Frutti: Liczi i rambutan (Farmona)
250 ml/ 13,19 zł (promocja na niby)
250 ml/ 13,19 zł (promocja na niby)
Masłoszparkę pamiętacie? Nie? Odmaszerować tutaj.
10. Waniliowy krem do ciała Sweet Secret. Wanilia i indyjskie
daktyle (Farmona)
225 ml/ 8,99 zł (promocja)
225 ml/ 8,99 zł (promocja)
11. Maseczka
oczyszczająca z glinką krzemową i minarałami (Be Beauty)
50 ml / ok. 6 zł
50 ml / ok. 6 zł
Lubię glinkę, lubię
maski z glinką, ale ta maseczka ma z nimi niewiele wspólnego. Moje zastrzeżenia
wzbudziła już sama konsystencja, jakaś taka rzadka, przypominająca mleczko, zamiast zwartą,
gęstą pastę. Wrażenie po zastosowaniu? Coś było na twarzy, ale już się zmyło. Moja
skóra wcale nie wyglądała lepiej (gdzie te zwężone pory? gdzie zapobieganie
błyszczeniu?). Racja, czułam, że jest oczyszczona i odświeżona, ale równie
dobrze mogłabym sięgnąć po żel i wymiziać gębę gumosmyradełkiem. Wyszłoby na to samo. Oj, kochana, dożywotni ban na moją łazienkę!
12. Balsam do ust Pure&Natural
z oliwką i cytryną (Nivea)
4,8 g / ok. 7 zł
4,8 g / ok. 7 zł
Najlepszy w nim
jest zapach. Nawilża natomiast średnio, na pewno nie długotrwale. Dobry na
cieplejsze pory roku albo gdy usta są ustami, a nie wyschniętą skorupą. Naszła mnie
ochota na wersję z miodem, ale zapasy! Zerujemy, nie szalejemy.
13. Musująca kula do
kąpieli – lawenda i pomarańcza (Body Club)
165 g /3,99 zł (biedronkowy szał)
165 g /3,99 zł (biedronkowy szał)
![]() |
| Kullllka <3 |
Wiecie, że to było nawet przyjemne? Nie, nie siedziałam sobie na tej kuli, kiedy byłam w wannie. Dowód tutaj:
![]() |
| Patrzcie jaka "tłusta" woda się zrobiła :) |
Fajnie musowało, a
jeszcze fajniej pachniało (mówiłam już, że mam melodię na lawendę?). Nawet się
nie przejęłam brakiem piany. Kurza twarz, szkoda, że ta impreza nie jest
tańsza. Cztery złocisze mogę jeszcze rozpuścić w wodzie, ale regularna cena ze
sklepu osiedlowego (prawie dwa razy tyle!) skutecznie mnie odstrasza.
14. High Impact Mascara
01 Black (Clinique)
4 g / darmoszka z Syfory
(pełnowymiarowe opakowanie: 8 g /ok. 90 zł)
4 g / darmoszka z Syfory
(pełnowymiarowe opakowanie: 8 g /ok. 90 zł)
Pamiętacie zeszłoroczną wakacyjną promocję w Syforze? Trzeba było złożyć niechciany tusz w ofierze na kontuarze, a w nagrodę dostawało się miniaturkę Clinique’a. Chociaż może miniaturka to złe słowo – w końcu to połowa normalnego opakowania. Świetna sprawa, zwłaszcza że tusz rzucił na mnie urok (i był darmowy :P). Niby 3 w 1 (wydłużający, pogrubiający i podkręcający, oh really?!), a jednak dał radę upiększyć moje oczyska. Na początku był zbyt świeży, więc wysłałam go na leżakowanie i zrobił się idealny. Nie osypuje się, nie skleja rzęs, szczoteczka bardzo na tak, dlaczego już sobie poszedł, no dlaczego?
Niestety, Słomka
nie rozbiła banku, więc na razie sobie nie kupi.
W każdym razie na moich oczach wyglądała tak (weźcie pod uwagę, że tutaj jest już mocno stara):
Uuufff.
A teraz jak na spowiedzi. Kto od razu przewinął do końca?
Niniejszym ogłaszam i uspokajam: raczej nie zamieszczę już więcej wpisów z podsumowaniami zużyć miesiąca. Przyznaję bez bicia, że trochę nuży mnie wysyp takich postów w blogosferze na koniec każdego miesiąca/początek nowego. Dlatego się wypisuję.
W każdym razie na moich oczach wyglądała tak (weźcie pod uwagę, że tutaj jest już mocno stara):
![]() |
| Łyse oko mnie przeraża. Natomiast to po prawej... rzeczywiście High Impact! |
![]() |
| Szybki przegląd przy szybkim makijażu. Po lewej z tuszem, po prawej bez. |
Uuufff.
A teraz jak na spowiedzi. Kto od razu przewinął do końca?
Niniejszym ogłaszam i uspokajam: raczej nie zamieszczę już więcej wpisów z podsumowaniami zużyć miesiąca. Przyznaję bez bicia, że trochę nuży mnie wysyp takich postów w blogosferze na koniec każdego miesiąca/początek nowego. Dlatego się wypisuję.





























