Śnieżnego powinno być. Nareszcie zima. Bez śniegu było smutno. Niech się tylko utrzyma, niech jeszcze trochę poskrzypi, pozakrywa. Wyciszy ten hałas. Do tego siarczysty mróz i jaskrawe słońce.
Ale absolutnie nie narzekam. Teraz też jest dobrze.
!!!
Nie mogłam się powstrzymać i wyszłam na krótki spacer, żeby mnie też trochę oprószyło. Po drodze weszłam do Biedronki. Z przykrością odkryłam, że zniknęła moja ulubiona sałatka z rukolą (love, love) i mozarellą. Chyba tak na amen. Tej z kurczakiem też już nie ma.
Są za to dwie nowe. Jedna z tuńczykiem, druga z oliwkami i fetą. Lubię te rzeczy, więc czemu nie? Oczywiście, najlepiej zrobić samemu, ale czasem brakuje wielu elementów, no i nie mam ochoty jeść takiej samej sałatki pięć dni pod rząd tylko dlatego, żeby nie wyrzucać. Wtedy sięgam po gotowca z biedzi. Tuńczykowa okazała się bardzo smaczna. Ma też grzanki, dressing i ociupinę marchewki. Mogłabym zjeść dwie takie porcje, ale trzeba umieć powiedzieć sobie dość.
Potem śliwkowa LaRissa. Postanowiłam dać jej szansę, bo jestem przecież dobrym człowiekiem. Może tym razem coś wyczuję, gdy będzie się paliła? Znalazłam też kulę Body Club, lawendowo-pomarańczową. Akurat miałam w planach dłuższą przygodę z wanną, także wiadomo, jak to się skończyło - przyjemnie.
W ogóle... zastanawiałam się dzisiaj, dlaczego ruffian jest ruffianem. Dotarłam do informacji, że ten odwrócony frencz, czy tam odwrócony księżycowy manicure (potato, potahto) został stworzony przez firmę CND - Creative Nail Design (to ci od popularnego ostatnio shellaca) specjalnie dla domu mody Ruffian na nowojorski tydzień mody sezon jesień/zima 2010. I nazwa przylgnęła.
Naprawdę nikt nie wpadł na to wcześniej? Hmm.
Ponoć projektanci Brian Wolk i Claude Morais uważają moon manicure za swój znak rozpoznawczy i tworząc nowe kolekcje, wymyślają wariacje na temat, no i ruffian jest jedną z takich wariacji. Akurat jeśli idzie o moon, czytałam, że gwiazdy filmowe nosiły go już w latach 20. zeszłego stulecia. Popularna była kombinacja tego, co obecnie nazwałybyśmy moonem i frenczem. Czyli biało na końcu i na początku, a pośrodku najlepiej czerwono.
Jeśli coś zmyślam, to mnie naprostujcie. Internetowi nie należy ufać.
Czyżbym po mistrzowsku strzeliła sobie właśnie w stopę?
Moon jeszcze przede mną, ale ruffiana już trzy razy oswajałam. Pod rząd. Bardzo mi się podoba.
Dodaj napis
Pewnie, że nie wygląda jak zwyfotoszopowanego żurnala, ale i tak działa. Jaram się jak polano w kominku.
Złota baza to jedna warstwa Barry M 320 foil od Simply. Kryje dobrze i schnie w zawrotnym tempie. To mój ulubiony lakier do stemplowania, choć przyznaję, że nie mam takowych za wiele.
Właściwie cały manicure jest małym hołdem dla Simply, bo od niej mam też OPI Live and Let Die - chyba nie muszę mówić, z której kolekcji. Lakier najbardziej podoba mi się w butli. Na paznokciach traci tę iskrę. Dobrze kryje - wystarczyła jedna warstwa.
Closer.
A Wy z którym bondem najchętniej przeżyłybyście zbliżenie?
(Cały czas mowa o lakierach).
Manicure przykryty Seche Vite. Cudny-wredny Seche coraz bardziej działa mi na nerwy, pewnie dlatego że gęstnieje, bo już przekroczyłam niebezpieczny poziom zużycia, czyli ponad połowę butelki. Zdałam sobie również sprawę, że coraz rzadziej bawię się w tak zwane zdobienia na drugi dzień. Mam wrażenie, że Seche potrafi ściągnąć nie tylko ten lakier, na którym leży, ale też ten, który się na nim położy. Nie znoszę tego! Z okazji uświadomienia sobie tych dwóch przykrych prawd uzbierałam inne magiczne topy. Zobaczymy.
Zdobienie przetrwało trzy dni na moich paznokciach, ale na trzeci dzień było strasznie zmasakrowane na końcówkach. Znaczy wytarte. Nie wiem, czyja to wina.
Kilka zdjęć uczynionych telefonem. Jest niedziela, przeważnie chcemy ją przeżywać na luzie, ja też bym chciała, i pomimo że się spinam przed kolejnym tygodniem, robię, co mogę, by za dużo sobie nie wyobrażać. Na przykład siedzę tu i piszę. A zaraz pokażę Wam jeszcze parę nowości. To zawsze taki lekki temat.
Jak te wrony na liniach wysokiego napięcia.
Ponownie zostałam zaskoczona podczas robienia questa "idź_po_pieczywo". Pierre René w tym roku nie zostaje w tyle i wypuściło na karnawał błyszczące lakiery w ośmiu odcieniach, w tym dwa migotliwe brokaty - złoty i srebrny. Szczególnie zauroczyła mnie iskrząca czerwień, zamrugał też granat. Nie pogardziłabym urokliwym nudziakiem. Mimo to do domu wróciłam z samymi bułkami.
*.*
Mój ulubiony sklep lakierowy (czyt.: H&M) poszedł na jeszcze większą całość. Sparkling Nail Glitter Kit, drogie Panie.
Wciskanie kitu.
To znaczy duży brokat w słoiczku, bezbarwny lakier, coś na kształt sondy. Może akurat będziecie chciały się zabawić? Ja nie chciałam. Nie pamiętam, za ile ta impreza. Podejrzewam, że 20 złotych nie przekracza. Nie powinna w każdym razie.
Jest też coś, po co nie musiałam wychodzić. Samo do mnie przyszło.
<3
Gustowny papier pakowy przytulony przez jeszcze gustowniejszy szpagat. Love it!
Zawartość:
Glosi u Słomki?!
Odetchnijmy. W kwestii boksów nie zmieniłam zdania. Nawet po odpakowaniu jednego. ;) Nadal uważam, że nie są mi potrzebne. Wewnątrz kryła się po prostu bardzo przyjemna wygrana w konkursie Niecierpka. Choć muszę przyznać, że samo pudełko wydało mi się równie przyjemne, a to dlatego, że właśnie poszukiwałam wygodnego schowka na kilka bibelotów, które walają mi się po biurku niczym krzaki w westernie. Niecierpku, dziękuję!
Nie, lakiery by się nie zmieściły ;)
To mniam.
Skoro już jesteśmy przy podziękowaniach, ślę całusy do Obsi (tylko się nie zasłaniaj!). Castle pomadka nosi się bardzo dobrze nawet w powszednie dni. To też dla mnie nowość.
I to mniam.
A na koniec zostawiłam mojego ulubieńca:
Mast hev!
Farenight?!
To dlatego stoi obok lampki i ma żarówiastą metkę?
A tak na poważnie: niesamowicie jestem ciekawa, jaką broń chemiczną zamknięto w środku...
Mam ochotę rozliczyć się z grudnia, i to przede wszystkim z niekosmetycznego grudnia. Możektoś poczuje się zainteresowany. Zapraszam.
Dzisiejszy odcinek będzie... hmm, kulturalny.
Słowo pisane
Tutaj skromnie. Jestem czytaczem powolnym, lubię potykać się o słowa, przystawać i przyglądać się im. Nie idę ani w ilość, ani w jakość. Po prostu sobie czytam.
W grudniu skończyłam trzy książki. Jedna była cieniutka, ale mimo to okazała się cięższa niż dwie pozostałe - obszerniejsze. To ci dopiero psikus.
A były to:
Witolda Gombrowicza Kosmos
Victorii Twead U mnie zawsze świeci słońce oraz Andaluzja, Olé!
Kosmos jest inny. Chyba nawet dla Gombrowicza. To ostatnia powieść tego pisarza, niektórzy twierdzą, że arcydzieło. Nie mogę podpisać się pod tą opinią, nie jestem wszechwiedząca. Ale czy "Kosmos" mi się w ogóle podobał? I tak, i nie. Momentami czułam znużenie, zwłaszcza formą, więc musiałam sobie dawkować, a wtedy było zdecydowanie więcej frajdy. Poza tym zaskoczyło mnie kilka rzeczy w samej treści. Głęboko było. I znajomo:
Czy więc (...) nikt nigdy nie zdoła oddać bełkotu rodzącej się chwili, jak to jest, że, urodzeni z chaosu, nie możemy nigdy z nim się zetknąć, zaledwie spojrzymy, a już pod naszym spojrzeniem rodzi się porządek... i kształt.
Victoria Twead zaskoczyła mnie natomiast niezwykle przyjemną i lekką lekturą o Hiszpanii. Dwóch emerytowanych Anglików opuszcza ojczyznę, chcąc skosztować, jak smakuje życie w maleńkiej mieścinie na południu Europy. Te dwie książki pożyczyłam od znajomego małżeństwa, które ma podobne plany na przyszłość. Szczerze mówiąc, nie bardzo mi się paliło do czytania, ale kiedy zaczęłam, to już poszło. Bardzo dużo zabawnych momentów, dużo zwierząt, wyjątkowych ludzi i zwyczajów. Zresztą uważam, że tytuł polskiej wersji jest mało fortunny. Książka serwuje dużą porcję humoru, zwykle sytuacyjnego, i angielski świetnie to zapowiada: Chickens, Mules and Two Old Fools. Owszem, U mnie zawsze świeci słońce sugeruje dużo radości, ale chwila, gdzie to mrugnięcie okiem?
Książki oczywiście oparte na faktach, wypełnione przepisami kulinarnymi. Podobno dobrymi, są tacy, co sprawdzali.
Aha, z pierwszej części pochodził poruszający cytat o kąpieli. Caroline i Nicholas tak skrupulatnie oszczędzali wodę, ponieważ nauczyła ich tego praca w Afryce. Ale spokojnie, jeśli kogoś rażą takie przyzwyczajenia, spieszę wyjaśnić, że Caroline i Nicholas nie są głównymi bohaterami.
Druga część podobała mi się nawet bardziej. Przez zbieg okoliczności. Sporo w niej było o zwyczajach bożonarodzeniowych i noworocznych, a ja zaczęłam ją czytać... w Boże Narodzenie.
Obraz ruchomy
W grudniu obejrzałam, żeby nie skłamać... aż jeden film! Była to Gra dla dwojga (Duplicity) z Julią Roberts i Clive'em Owenem. Akurat leciała w telewizji w Boże Narodzenie i jakoś tak zostałam z Rodzicielką przed odbiornikiem. Zagmatwany film, trzeba się skupić. Po obejrzeniu przeczytałam streszczenie w internecie, żeby sprawdzić, czy wszystko dobrze zrozumiałam. Na szczęście tak. Brawa dla tej pani!
Seriale? Ponieważ od czasu do czasu przebywam w gronie moich kochanych miłośniczek Pamiętników wampirów (cmok, cmok, cmok dla Dziewuszek), postanowiłam, że sobie obejrzę, żeby wiedzieć, o co tyle hałasu. Pierwszy sezon zaliczyłam już kilka miesięcy temu i dopiero w grudniu nabrałam ochoty, by napocząć drugi. Muszę przyznać, że okazał się znacznie lepszy od pierwszego. Mniej ckliwych do porzygu momentów, więcej akcji, bohaterowie ewoluują. Super. No i nareszciepojawił się jakiś interesujący mężczyzna w tym serialu.
Youtube. Przykro mi, ale okazało się, że mam słabość do Włodka Markowicza i Karola Paciorka razem wziętych. Zabieram ich ze sobą do wanny i do łóżka. Panowie pewnie by się ucieszyli.
W moim H&M oprócz fajnych lakierów miewają też fajną muzykę. Gdy siłowałam się z ciasno upchanymi wieszakami, walcząc o to, by wykorzystać kupon z Glamour, z głośników poleciał świetny kawałek. W mig poznałam zespół z gatunku charakterystycznych i dotarło do mnie, że zupełnie zapomniałam o jego ostatniej płycie. Jak mogłaś, Słomko?! Postanowiłam nadrobić zaległości. W ten sposób po raz drugi w tym roku przepadłam dla Yeasayera. Czy są tu jakieś fanki? Tak, wiem, że są. Pozdrawiam jedną taką Malowaną.
Dlaczego kocham tę muzykę? Bo jest wielowarstwowa, multidźwiękowa i powykręcana w wielu kierunkach. Chwytliwa. Słyszę w niej Depeche Mode, Hot Chip, The XX - wszystko to, co lubię. Każda piosenka na Fragrant World jest inna, żadnego powielania schematów, żadnej nudy. Szanuję chłopaków za to, że wciąż się rozwijają i eksperymentują. Że potrafią napisać jedną linijkę tekstu, która jest tak bardzo, bardzo prawdziwa i moja. No i Anand Wilder z długimi włosami jest seksualny.
Chciałabym malować więcej, ale ciągle coś mi przeszkadza. Albo wmawiam sobie, że coś mi przeszkadza. Mam kilka rzeczy w zapasie, jednak z biegiem czasu zaczynam dostrzegać w nich coraz więcej elementów, których wolałabym nie dostrzegać.
Waham się.
Tego brzydala Wam obiecałam - teraz nie ma zmiłuj...
Proszę Państwa, makijaż numer trzy paletą Supreme:
Supreme brzydal.
Tym razem skupiłam się na zestawie zieleni i dorzuciłam (niepotrzebnie) trochę żółci.
Przygotowałam powiekę bazą Hean i jakimś cielistym dinozaurem z Avonu. Właściwie zawsze nazywam go dinozaurem, ale tak naprawdę ma wiele mówiącą nazwę Classic Canvas. Żeby powieka była jak płótno.
Pamiętam, że ktoś kiedyś dziwił się, po kiego grzyba jeszcze takiego cielaka dawać pod spód. Ano po takiego, żeby wyrównać koloryt powieki (to samo robimy podkładem czy pudrem na twarzy). Poza tym, a może przede wszystkim, na takiej "pudrowej" bazie sypkie cienie łatwiej ze sobą łączyć niż na nieco lepkim kremie. Naprawdę warto pamiętać o tym kroku. Zgodzicie się ze mną?
Środkowa czwórka + żółty bonus. U góry: Bronx Back, P-Funk, Grand Master Flash Na dole: Al Green, Delfonic
Najciemniejszym, brązowym cieniem (Bronx Black) zaznaczyłam załamanie i zewnętrzny kącik dolnej powieki. Pozostałe kolory rozłożyłam na górnej powiece - szłam sobie od zewnętrznego do wewnętrznego kącika - zaczynając od najciemniejszego cienia (Al Greena) i kończąc na ożywionych, o ile można je takimi nazwać, kolorach (P-Funk i Grand Master Flash). Przejścia łagodziłam najjaśniejszym odcieniem środkowej czwórki (Delfonic).
Delfonic przydał mi się też na dolnej powiece.
Brzydki brzydal.
Kreska? Oto jest pytanie. Jestem prawie pewna, że zrobiłam ją kredką Catrice Kajal Designer w odcieniu 100 Tropical Green, a potem przyklepałam cieniem, najprawdopodobniej Alem Greenem, bo za bardzo odstawała od brudnej reszty.
Tym razem znów obydwa.
I jeszcze cała twarz, choć może nie powinnam.
Ups.
I co Wy na to? Lepiej pisać czy malować?
Zestawienie prezentuje się następująco: został nam już tylko jeden makijaż.
Będzie mało wyjściowy. Choć wiadomo: co kto lubi.
Mało zostało.
Swatche najbrzydszej ;) paletki Sleeka tutaj.
Pozostałe makijaże w zakładce Sleek Solo.